Społeczeństwo

Odwiedziny w szpitalu? Za zgodą i tylko u umierających

Oddział ratunkowy jednego z lubelskich szpitali Oddział ratunkowy jednego z lubelskich szpitali Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Zakaz odwiedzin obowiązuje od marca, ale z wyjątkami: zgodę na wizytę może dać kierownik oddziału, ordynator lub dyrektor szpitala, jeśli pacjent jest w ciężkim stanie.

W Dolnośląskim Centrum Onkologicznym odwiedzin u chorych nie ma od pół roku. W szpitalu leżą ci, którzy wymagają długiego leczenia, nierzadko są w bardzo ciężkim stanie. Do tej pory od ogłoszenia stanu pandemii zaledwie kilka razy rodziny zwróciły się do kierowników oddziałów o zgodę na widzenie z bliskimi.

Czytaj też: Epidemia się rozpędza. Czy służba zdrowia to wytrzyma?

Rzadkie przypadki. Co to znaczy?

Rodziny naszych pacjentów są bardzo zdyscyplinowane. Wiedzą, że to chorzy z grupy wysokiego ryzyka, i nie chcą ich dodatkowo narażać, nawet nieświadomie. Dlatego od pół roku nie tylko nie ma zwykłych odwiedzin, co wynika z przyjętych zarządzeń, ale też niezwykle rzadko ktoś z bliskich zwraca się z prośbą o pozwolenie wejścia na oddział – tłumaczy Agnieszka Czajkowska-Masternak, rzeczniczka Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego.

Te rzadkie przypadki to tak naprawdę dwie sytuacje. Raz córka poprosiła o możliwość pożegnania się z umierającą matką. W drugim przypadku bliscy przekazali na oddział rzeczy niezbędne dla chorego.

Inaczej sytuacja wygląda w szpitalach wielospecjalistycznych, tam, gdzie są oddziały internistyczne, diabetologiczne, endokrynologiczne, neurologiczne, a pacjenci są często starsi, wymagają dodatkowej opieki, której personel nie jest w stanie sam zapewnić, czy po prostu leżą po kilka tygodni – mówi lekarka z oddziału internistycznego szpitala w mieście wojewódzkim na południu Polski.

Czytaj też: Premier już się nie chwali sukcesami

Telefony z awanturami

Internistka z ponad 20-letnim stażem przyznaje, że rodziny, choć wiedzą o zakazie odwiedzin, starają się te zakazy obejść, licząc na brak uwagi ochrony, czasami po prostu kłócąc się z tymi, na których akurat się trafi. – Sama odbieram telefony z prośbami i awanturami, bo mój numer wisi na stronie szpitala – przyznaje rzeczniczka jednej z wrocławskich placówek, gdzie od marca bliscy mogą wejść tylko do holu, zawiadomić chorego, że już są, a pacjent może poprosić salową o pomoc.

Moja mama już trzeci raz w ciągu pół roku jest na diabetologii. Oczywiście wizyt nie ma. Te pobyty trwają średnio po dwa tygodnie, więc jeździmy na zmianę z ojcem i bratem co trzy dni, zawożąc a to papier toaletowy, a to chusteczki, a to wodę czy serek. I zawsze jest tak samo: w holu pojedynczy ludzie w maseczkach, dzwonię do mamy, a po kilku minutach na horyzoncie pojawia się pani salowa i odbiera torbę. Wszystkie oddziały są praktycznie izolowane. Z tego, co wiem, pacjenci mają nakaz przebywania tylko na swoich salach, chyba że idą na badania. Jak ktoś ma rodzinę blisko, to jeszcze da radę, ale jak babcia przywieziona z jakiejś wioski? – mówi Anna i zastrzega, że nikt z jej rodziny nie domagał się wejścia na oddział, nie robił awantur, nie wykłócał się. Po prostu nie chcą narażać mamy ani innych pacjentek, tym bardziej pielęgniarek i lekarzy na oddziale.

Czytaj też: Rekordy zakażeń jeszcze przed nami

Mama – tak, ciocia – nie

Prof. Alicja Chybicka, szefowa kliniki Przylądek Nadziei, gdzie ratuje się dzieci chore na nowotwory, na pytanie, czy rodzice mogą je odwiedzać, odpowiada krótko: nie. A po chwili tłumaczy, że od początku pandemii w placówce obowiązuje całkowity zakaz odwiedzin, ale rodzice, najczęściej mamy, ze swoimi dziećmi po prostu są cały czas na oddziałach.

Obecność rodzica ma ogromne znaczenie dla procesu leczenia. Dlatego zdecydowaliśmy, że mama z małym pacjentem tak, bo przebywają dłuższy czas na oddziale razem, ale już ciocia czy babcia z wizytą – nie, bo takie odwiedziny niosą ryzyko. Nasze dzieci są w stanie immunosupresji, przed i po przeszczepach. Nie ma mowy, żeby je narażać – mówi prof. Chybicka.

Niedzielski: Mamy eskalację pandemii, zakażeń będzie jeszcze więcej

Minister u babci

Dyskusja (czy może raczej awantura) o wizyty w szpitalach wybuchła, kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że przyszły minister edukacji Przemysław Czarnek, nieobecny na poniedziałkowym zaprzysiężeniu nowego rządu z powodu zakażenia koronawirusem, dwa dni wcześniej odwiedził babcię w Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie. Dostał na tę wizytę zgodę kierownika oddziału rehabilitacyjnego, dzisiaj przebywającego (podobnie jak prawie cały personel) na kwarantannie. Okazało się też, że zakażona jest duża część pacjentów oddziału, na którym leczeni są chorzy po urazach, nowotworach, operacjach narządu ruchu czy udarach.

Po ujawnieniu wizyty posła Czarnka szpital wydał komunikat, że zakaz odwiedzin w placówkach lecznictwa zamkniętego w województwie lubelskim wojewoda wprowadził w połowie marca. „Jednocześnie jednak dopuszcza się możliwość odwiedzin pacjentów w stanie bardzo ciężkim, których rokowanie co do przeżycia lub utraty zdrowia jest poważne – z zachowaniem wszystkich obostrzeń sanitarnych” – napisano w oświadczeniu.

Kolejny komunikat dyrekcja szpitala opublikowała 9 października, tym razem powołując się na decyzję wojewody z czerwca regulującą zasady odwiedzin. Czarnek zaś na Twitterze napisał: „W sobotę nie miałem żadnych objawów koronawirusa i nie byłem skierowany na kwarantannę. Wobec poważnego stanu mojej 88-letniej babci po udarze widziałem ją krótko w szpitalu, zgodnie z procedurami, w pełnym reżimie sanitarnym. Nie miałem żadnego bezpośredniego kontaktu z innymi pacjentami. Sugerowanie w tej sytuacji, że jestem źródłem zakażeń, jest absolutnym nadużyciem”.

Czytaj też: Trwają protesty przeciwko Czarnkowi. PiS się cofnie

Twój ból jest większy…

Marta, która w czasie lockdownu chowała ojca, z trudem hamuje język. – Najpierw nie mogłam go odwiedzać, bo był w szpitalu w grupie wysokiego ryzyka. Ryczałam po nocach i nic nie mogłam z tym zrobić. Kiedy już czuł, że zbliża się koniec, zdecydował, że idzie do hospicjum. Tam też nie mogłam do niego wejść, potrzymać za rękę, po prostu być przy nim do końca. Umarł sam. Pogrzeb był kolejnym koszmarem, bo chowałam go wtedy, kiedy obowiązywały wszystkie ograniczenia, również te dotyczące pogrzebów i wizyt na cmentarzach. Nie mogę sobie z tym poradzić. I nikomu nie życzę takiego doświadczenia, bo wiem, że zostanie ze mną do śmierci. I wszystko we mnie krzyczy, że jedni do tych szpitali wejść mogą, a inni nie.

Czytaj też: W styczniu może być 2,5 mln ofiar koronawirusa

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Losy władczyń, które nie mogły dać mężom potomka

Kobieta, która nie mogła urodzić następcy tronu, była narażona na niebezpieczeństwa.

Tomasz Targański
23.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną