„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

„Trzeba jechać” – powiedział żonie. Ostatnia podróż doktora z Kępna

Karetka pogotowia z ratownikami w kombinezonach ochronnych Karetka pogotowia z ratownikami w kombinezonach ochronnych Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
Andrzej Wiśniewski, mimo że już na emeryturze i w wieku podwyższonego ryzyka, przez całą pandemię dyżurował na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych. Mógł bawić wnuki, ale nie umiał stać z boku.

Błagałam go, żeby nie jechał tą karetką – mówi Izabela, wdowa po anestezjologu Andrzeju Wiśniewskim. – Żeby znaleźli kogoś innego, nie siedemdziesięciolatka po dwóch operacjach kręgosłupa. Myślę, że on tego kombinezonu nie był nawet w stanie dobrze ubrać i zapiąć, tak żeby był szczelny i chronił przed zakażeniem.

Andrzej Wiśniewski, 71 lat, miał dyżur na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Kępnie. A na oddziale covidowym pogorszył się stan pacjenta, już zaintubowanego i na respiratorze. Trzeba go było szybko przewieźć do specjalistycznej kliniki. Taki chory, podłączony do respiratora, musi jechać karetką z anestezjologiem. W szpitalu w Kępnie poza dr. Wiśniewskim nie było innego lekarza z uprawnieniami tej specjalności.

„Trzeba jechać, skarbie” – powiedział żonie. I pojechał.

I nie opuszczę cię aż do śmierci

Andrzej Wiśniewski, mimo że już na emeryturze i w wieku podwyższonego ryzyka, przez całą pandemię dyżurował na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych. – Mógł bawić wnuki, ale on nie umiał stać z boku, siedzieć w domu, kiedy ludzie potrzebują pomocy – mówi Izabela. – Całe życie, prawie 40 lat, jeździł karetką. Ratownictwo to była jego pasja.

Pięć lat temu miał operację kręgosłupa. Potem kolejną. Nie poszło dobrze, przez kilka miesięcy nie mógł chodzić. Żona odebrała go ze szpitala sparaliżowanego. Ale zawziął się i stanął na nogi. Zaczął chodzić. I wrócił do pracy. Tylko nie do karetki. Nie mógł już dźwigać pacjentów. Nie był tak sprawny fizycznie. Dyżurował więc na SOR-ach i na bloku operacyjnym, przy znieczuleniach do planowych operacji.

Ślub wzięli w lipcu tego roku. Był zaplanowany na kwiecień, ale plany pokrzyżowała pandemia. Przełożyli skromną, rodzinną uroczystość na lato. Po dziesięciu latach związku postanowili obiecać sobie nawzajem, że „cię nie opuszczę aż do śmierci”. On miał czwórkę dzieci z poprzedniego małżeństwa, jedna córka poszła w ślady ojca, jest lekarką, ona dwoje, razem więc mieli szóstkę i kilkoro wnuków. Na chrzcinach najmłodszej wnuczki dr. Wiśniewskiego już nie było.

Mleczna szyba w płucach

Kilka dni po tym, jak zawiózł karetką ciężko chorego na covid-19 pacjenta, już był chory. Wysoka gorączka, katar, bóle mięśni. Nie miał jednak duszności ani kaszlu. Wymaz dał wynik niejednoznaczny, co według konsultujących lekarzy miało i tak oznaczać, że był zakażony.

Doktor czuł się jednak coraz gorzej, koledzy lekarze naciskali: ma jechać do szpitala. Żona zawiozła go do Sieradza. Na SOR, który przed 20 laty dr Wiśniewski sam stworzył i którego był wieloletnim szefem. – To było jego miejsce. Dobrze znane. Kawał życia tam spędził. Ale mimo tego nie chciał tam zostać – mówi pani Izabela. – Już ubierał kurtkę, jeden rękaw zdążył założyć. – Ale lekarz dyżurujący go przekonał. „Panie doktorze, niech pan zostanie, zrobimy tomografię, zobaczymy, co się dzieje w płucach”. Został.

Położyli go w izolatce na SOR-ze, bo uznano że trzeba powtórzyć wymaz. W niezłym stanie, mimo wysokiej gorączki nie potrzebował wspomagania oddechowego. Założyli mu tylko wąsy z tlenem. Dostał antybiotyki, które zwykle dostają covidowi pacjenci. W izolatce po dwóch dobach doktorowi zatrzymało się serce. Kiedy się zorientowali (bo w tych izolatkach zakażeni pacjenci leżą sami, co jakiś czas zagląda lekarz i pielęgniarka, ale przy każdym wejściu muszą się ubrać w jednorazowy kombinezon), była reanimacja. Potem leżał już na Oddziale Intensywnej Terapii. Tam, po siedmiu dniach, zmarł.

Jeszcze zdążyli mu zrobić tomografię. W płucach tzw. covidowa mleczna szyba.

– Myślę, że Andrzej jest ofiarą kompletnej niewydolności systemu – mówi Izabela. – Widziałam, co się tam dzieje, jaki jest natłok pacjentów, chaos, to jest piekło i armagedon, lekarze i pielęgniarki po prostu nie są w stanie tego ogarnąć.

Nie wie, czy udało się uratować pacjenta, dla którego jej mąż poświęcił życie.

Rodzinna reanimacja

Do tej pory, kiedy do szpitala trafiał lekarz, pielęgniarka czy ktoś z medycznej rodziny, zawsze mógł liczyć na najlepszą opiekę. Tak działa solidarność zawodowa. Ale nie w czasach pandemii, kiedy brakuje lekarzy, pielęgniarek, leków, tlenu, respiratorów, reduktorów do butli z tlenem, monitorów, pomp, cewników. Wszystkiego.

Więc kiedy dr Wiśniewski walczył o życie na OIOM-ie (a ta walka była z góry przegrana, mózg doktora, niedotleniony po zatrzymaniu krążenia, już nie pracował), w innej części Polski na covid umierała matka anestezjologicznej pielęgniarki, teściowa lekarza specjalisty medycyny ratunkowej.

Córka Agnieszka przywiozła ją do szpitala i widząc, co się tam dzieje, po prostu została z nią na oddziale covidowym. Matka dusiła się kilka godzin, nie było dla niej respiratora ani worka samorozprężalnego. Nie dostała żadnych leków. Nie przyszedł nikt, żeby ją zbadać. Anestezjolog na prośbę lekarza dyżurnego zrobił telekonsultację. Założyli jej tylko maskę tlenową. Córka przez cały czas była z nią, ale nie mogła się doprosić żadnej pomocy. Kiedy matka przestała oddychać, Agnieszka sama zaczęła ja reanimować. Nikt inny nie przyszedł. Po kilkunastu minutach odstąpiła.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak zostałem obrońcą życia. Reporter „Polityki” na szkoleniu antyaborcyjnym

Projekt ustawy zakazującej aborcji, homofobusy, banery ze zdjęciami abortowanych płodów. By przebić się ze swoim przekazem, Fundacja Pro – Prawo do życia idzie szeroko. Szeroko też werbuje, bo również wśród dziennikarzy „Polityki”.

Mateusz Witczak
03.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną