Społeczeństwo

Kolejne dwa miliardy w błoto propagandy

Jacek Kurski Jacek Kurski Jakub Porzycki / Agencja Gazeta
Pandemia pandemią, kryzys kryzysem – aparat rządowej propagandy musi być dobrze nasmarowany. Smaruje się go pieniędzmi i pieniądze te znaleźć się muszą, bez względu na wielkość deficytu i recesję.

W sejmowej komisji finansów publicznych trwają prace nad ustawą budżetową, którą trzeba będzie lada chwila uchwalić. W projekcie znalazły się blisko 2 mld zł na media publiczne. Dzięki ogromnym dotacjom dla rządowych ośrodków propagandy PiS ustrzeże się konfliktu na tym tle z prezydentem Andrzejem Dudą, który, jak pamiętamy, z dużymi oporami podpisał w marcu, u progu pandemii, ustawę o dofinansowaniu mediów analogiczną kwotą, żądając w zamian głowy Jacka Kurskiego.

Kurski faktycznie musiał opróżnić na kilka miesięcy fotel prezesa telewizji, co upokorzyło nie tylko jego, lecz przede wszystkim Jarosława Kaczyńskiego, który nie znosi, gdy ktoś sprzeciwia się jego woli. Poza tym prezes zdaje się szczerze wierzyć w mistrzostwo swojego „szefa propagandy”. Faktycznie nie ma on żadnych skrupułów ani hamulców w stosowaniu najbardziej brutalnych chwytów propagandowych i manipulacji, czego wyrazem była zwłaszcza tegoroczna kampania wyborcza. Duda miał przynajmniej tę satysfakcję, że Kurski z wielką gorliwością mu służył, zmuszony do tego przez ich wspólnego patrona.

Władzę ma ten, kto kontroluje telewizję

Jednakże to już historia. Jeśli nam się dzisiaj przypomina, to za sprawą przewodniczącego komisji finansów Henryka Kowalczyka z PiS, który zaproponował drobne poprawki w artykule ustawy budżetowej mówiącym o emisji skarbowych papierów wartościowych, czyli dotacji na kwotę nie wyższą niż 1,95 mld zł z tytułu rekompensaty za utracone wpływy mediów publicznych z racji ulg i zwolnień od obowiązku opłacania abonamentu. W ten sposób znów został wywołany temat dotowania mediów.

Irytuje może nie tyle dotacja dla mediów publicznych jako taka, ile powtórzenie w ustawie budżetowej dokładnie tej samej kwoty, która wiosną była przedmiotem tak gorącego sporu w Sejmie. Opozycja domagała się wówczas przeznaczenia 1,95 mld zł na cele związane z ochroną zdrowia, co – jak widać z perspektywy czasu – byłoby nader słuszne. PiS nie poszedł wtedy na żaden kompromis, na którym przecież mógłby bardzo zyskać wizerunkowo. Zwyciężyła zasada nieugiętości i polityczny dogmat, że władzę ma ten, kto kontroluje wojsko i telewizję.

Owszem, władza Kaczyńskiego, podobnie jak pierwszych sekretarzy PZPR, uwarunkowana jest przez sprawny mechanizm propagandowy, a zwłaszcza dyspozycyjność telewizji. Jego elektorat to bowiem zmniejszająca się wprawdzie, lecz nadal bardzo liczna grupa obywateli przywiązanych do tradycyjnej telewizji, w ograniczonym stopniu korzystająca z portali informacyjnych w internecie. Nadal zaś pośród licznych kanałów mieszkańcy wsi i mniejszych miast najchętniej korzystają z TVP. Nic dziwnego, że PiS strzeże tej reduty i nawet nie próbuje udawać, że jego media są bezstronne i niezależne od rządu.

Przejęcie kontroli nad mediami publicznymi, poprzez ustawę odbierającą Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji i przekazującą rządowi prerogatywę mianowania szefów telewizji i radia (rad nadzorczych i zarządów), odbyło się z naruszeniem zasad parlamentaryzmu w 2015 r. PiS pokazał wtedy, że w sprawach o zasadniczej wadze z punktu widzenia utrzymania władzy nie będzie nawet zachowywał pozorów. Bezpośrednia rządowa kontrola nad mediami stoi w jaskrawej sprzeczności z ideą mediów publicznych, których ustrój musi gwarantować możliwość krytyki rządu przez dziennikarzy i osoby zapraszane do wypowiadania się na ich antenach i łamach.

4,8 mld zł dla TVP w ciągu czterech lat

Jak podaje portal WirtualneMedia.pl, TVP otrzymała w ramach rekompensat abonamentowych 4,8 mld zł w ciągu minionych czterech lat. Do tego dochodzą inne, drobniejsze dotacje. Zdumiewa nie tylko wysokość dofinansowania, lecz także brak jego powiązania z kondycją finansową przedsiębiorstwa. Jak wytłumaczyć, że TVP spodziewa się w tym roku zysku grubo przekraczającego miliard złotych, z planowaną dotacją w 2021 r., która może wynieść (i zapewne wyniesie) aż 1,95 mld? Chyba jedynie w ten sposób, że „misyjne” media zasługują na ratowanie przed deficytem i na „prorozwojowe” wsparcie.

Jak sądzę, ważnym jego składnikiem będzie wypłacanie sowitych wynagrodzeń dziennikarzom, którzy pracując nad własną lojalnością i dyspozycyjnością wobec partyjnych przełożonych, ponoszą każdego dnia wielkie straty moralne oraz intelektualne. Trzeba je czymś zrekompensować. Wmawiając sobie, że nie jest się sprzedawczykiem i oportunistą, gdyż z pełnym przekonaniem wspiera się ten rząd i tę partię, nie popadając przy tym w kolizję z misją mediów publicznych i zasadami rzetelnego dziennikarstwa, dziennikarz musi poświęcić własne sumienie oraz umysł. A są to rzeczy cenne. Mając do wyboru bezwstyd i cynizm bądź „rżnięcie głupa”, człowiek uwikłany w kolaborację w żadnym wypadku nie wybiera siebie. Można tylko współczuć. No i zapłacić „odszkodowanie”.

Media do kontroli umysłów

Epoka mediów publicznych w postaci strumieniowej emisji treści wizualnych i radiofonicznych na kilku kanałach radiowo-telewizyjnych już się kończy. Za kilkanaście lat nikogo nie będzie obchodziło, czy jakiś nadawca ma taki strumień „w czasie rzeczywistym”, podobnie jak to, czy ma zwyczaj publikowania niektórych treści w formie druku. Nikt też nie będzie płacił żadnych abonamentów, a całość mediów, łącznie z telewizyjnymi transmisjami „na żywo”, będzie osadzona w internecie.

Wprawdzie rządy nadal będą dotować specjalnie chronione najwyższymi standardami produkcje edukacyjne, artystyczne i publicystyczne, a może nawet informacyjne, lecz już nie w formie 24-godzinnych emisji na kanałach radia i telewizji. To po prostu nie ma żadnego sensu. Jednak kilkanaście lat to w polityce cała epoka. Dopóki istnieją „analogowe” media, będą filarem każdej autorytarnej władzy, a każdy rząd pokroju rządu PiS będzie nadużywać idei mediów publicznych w celu kontrolowania umysłów swoich wyborców.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Marcel Andino Velez o trudnej sztuce opieki nad niesamodzielnymi rodzicami

Marcel Andino Velez, założyciel opiekuńczej organizacji Młodszy Brat, o tym, dlaczego dom rodzinny jest ważny dla rodziców w jesieni życia i co należy wiedzieć, decydując się na opiekę nad nimi w domu.

Teresa Olszak
25.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną