Społeczeństwo

Będzie chałtura, nie matura. Kto i kiedy przygotuje testy?

Co z maturą 2021? Co z maturą 2021? Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Czeka nas matura tysięcy błędów. Nie może być inaczej. Testy są przygotowywane przez zespoły ludzi, którzy się wzajemnie kontrolują. Teraz na kontrolę nie ma czasu.

Przygotowanie testów maturalnych to skomplikowana i kosztowna procedura. W skrócie wygląda to tak: zespoły przedmiotowe złożone z pracowników Centralnej i Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej oraz współpracujących z nimi nauczycieli opracowują propozycje zadań. Następnie są one opiniowane przez specjalistów akademickich i wracają z uwagami. Są poprawiane i wysyłane ponownie do uczonych. Trwa to aż do pełnej akceptacji przez wszystkie strony – nauczycieli, uczonych i pracowników CKE/OKE. Nieraz wiele miesięcy.

Potem następuje standaryzacja, czyli sprawdzenie, jak wybrani uczniowie, reprezentatywni dla swojej grupy wiekowej, rozumieją polecenia. Badane zadania maturalne są wymieszane z innymi w proporcji mniej więcej jeden do dziesięciu. Jeden test może więc być rozbity na wiele sprawdzianów standaryzacyjnych, które otrzymują różne grupy uczniów w wielu miejscach w kraju.

Standaryzacja to bardzo ważna część pracy, pozwala bowiem wychwycić błędy w komunikacji między autorami zadań a osobami piszącymi egzamin. Gdyby zadania nie były standaryzowane, uczeń mógłby błędnie rozumieć polecenia, np. na pytanie: „Jaki przedmiot w szkole lubisz najbardziej?”, miałby prawo odpowiedzieć: „Kredę”, a przecież nie o taki przedmiot chodziło pytającemu. Zwykle rok przed terminem testy egzaminacyjne są gotowe.

Matura. Żeby w maju nie było katastrofy

Wiosną, gdy zaczęto mówić o konieczności zmniejszenia wymagań egzaminacyjnych dla rocznika, który maturę będzie zdawał w roku 2021, trwały intensywne prace nad testami. Nie przerwano ich jednak, gdyż MEN oraz CKE były głęboko przekonane albo po prostu strasznie naiwne, iż pandemia po wakacjach się skończy. A może dały się nabrać słowom premiera, że pandemię mamy już za sobą, dlatego postanowiły nie zmieniać żadnych procedur, tylko maturę przygotować po staremu.

Niestety nadeszła druga fala koronawirusa, nauczanie stacjonarne trwało nieco ponad miesiąc, a w wielu szkołach nawet nie tyle, a teraz mamy kilkumiesięczne nauczanie zdalne. Nowy minister edukacji podjął więc decyzję, że przygotowane „po staremu” testy idą do kosza, a zespoły muszą przygotować na cito nowe zadania, uwzględniające skutki nauczania zdalnego, czyli fakt, że uczniowie wiedzą i umieją znacznie mniej niż poprzednie roczniki. Żeby nie doszło do katastrofy w maju, trzeba znacznie zmniejszyć wymagania.

Normalnie zadania egzaminacyjne opracowuje się w ślimaczym tempie. Im wolniejsza praca, tym większe szanse na uniknięcie poważnych błędów. Trudno zresztą o szybką pracę, gdy zespół składa się z ludzi reprezentujących trzy różne światy: urzędniczy (pracownicy CKE i OKE, którzy narzucają procedury), akademicki (uczeni, którzy oceniają, czy zadania są zgodne z osiągnięciami współczesnej nauki) oraz szkolny (nauczyciele praktycy dbają o poprawność metodyczną zadań oraz ich związek z podstawą programową). Między tymi grupami nieraz bardzo zgrzyta, gdyż akademik może nie mieć pojęcia o tym, czego uczą nauczyciele, a nauczyciele mogą upraszczać wiedzę, co zdaniem uczonych prowadzi do błędów.

Minister Czarnek wyrzuca pracę do kosza

Stworzenie dobrego testu, który zadowalałby nauczycieli, uczonych oraz urzędników, to bardzo długi i kosztowny proces. Teraz dzięki decyzji ministra cała ta praca idzie do kosza. Zespoły muszą w błyskawicznym tempie stworzyć nowe testy. W ogóle tego nie widzę. Nie mogą wziąć się natychmiast do roboty, gdyż nie ma jeszcze nowych wymagań egzaminacyjnych. Muszą więc poczekać, aż inny opracuje je inny zespół – od zmian w egzaminach.

Czekać jednak nie mogą, gdyż już teraz jest za mało czasu na przygotowanie dobrego testu. Z każdym dniem maleją szanse na wykonanie tej roboty dobrze, rośnie zaś ryzyko, iż w testach będzie roiło się od błędów. No i trzeba będzie darować sobie – to już wiemy – standaryzację. Po pierwsze, nie ma na to czasu, a po drugie, uczniowie pracują zdalnie. Tymczasem żadne zadanie nie może trafić do internetu. Nikt nie zaryzykuje standaryzacji online, gdyż byłoby to równoznaczne z ujawnieniem zadań. Mniejszym złem wydaje się rezygnacja ze sprawdzenia, czy uczniowie będą rozumieli polecenia zgodnie z intencją autorów. Żeby przygotować w tak krótkim czasie nowe testy maturalne, do tego według całkiem nieznanych jeszcze wymagań, trzeba mocno uprościć procedury.

Najprawdopodobniej minister zdecyduje się na wersję „jeden robi i odpowiada za wszystko”. A zatem zespół – mam nadzieję, że nie jeden człowiek – który dla danego przedmiotu opracuje zmniejszone wymagania egzaminacyjne (do końca grudnia), opracuje też za jednym zamachem próbne testy (do końca marca) oraz właściwe na majową maturę (już powinny być gotowe). Nie będzie czasu na porządne sprawdzenie, czy zadania nie przeczą osiągnięciom współczesnej nauki, a w ogóle nie będzie czasu na wypróbowanie ich na losowej grupie uczniów. Jeśli twórcy testów chcą zdążyć do maja, muszą wsiąść do bolidów Formuły 1 i wcisnąć gaz do dechy.

Czeka nas matura tysięcy błędów

Nie ma szans, aby bez wypadku zakończyli ten wyścig. Spodziewam się, że czeka nas matura tysięcy błędów. Zresztą nie może być inaczej. Obecnie testy maturalne są przygotowywane przez zespoły ludzi, którzy się wzajemnie kontrolują. Teraz kontrola odpada, gdyż nie ma na to czasu. Minister musi znaleźć ludzi, którzy w jednej osobie będą urzędnikami (znają procedury), nauczycielami (mają praktykę szkolną) oraz akademikami (posiadają wiedzę naukową).

To nie koniec. Wiemy przecież, że Przemysławowi Czarnkowi to nie wystarczy. Członkowie zespołów powinni mieć jeszcze właściwe poglądy, muszą cieszyć się zaufaniem i poparciem PiS. To muszą być nasi ludzie, a nie jacyś lewacy czy liberałowie. No i jeszcze nasi ludzie muszą chcieć rzucić wszystko, czym zajmują się teraz w życiu, i poświęcić się temu, do czego zostali przez ministra powołani. Choć jestem urodzonym optymistą i wiary mi nie brakuje, to nie sądzę, aby tacy ludzie istnieli. Rozsądek dopowiada, że jakiś „ersatz” się znajdzie, fachowcy na pół gwizdka, którzy po prostu odwalą chałturę, wezmą pieniądze, a winę zwalą na kogoś innego, np. na nauczycieli lewaków, Strajk Kobiet albo ZNP. Sprawa jest zbyt poważna, aby powiedzieć: pożyjemy – zobaczymy. Nie ma co czekać do maja, aby się przekonać, że minister porwał się z motyką na słońce. Jeśli do tej pory mówiliśmy, patrząc na dwoje poprzednich ministrów edukacji, iż wywołali chaos w edukacji, to Przemysław Czarnek ma szansę przebić wszystkich.

Prawdziwy chaos nastanie wtedy, gdy światło dzienne ujrzy nowa, przygotowana na chybcika chałtura egzaminacyjna w postaci zmniejszonych wymagań i nowych testów. To będzie jeden wielki wstyd. Zresztą już teraz dochodzą nas słuchy, iż zmiany w wymaganiach są prowadzone – że sparafrazuję Czesława Miłosza – niczym ręką wariata. Tak bowiem wygląda zapowiedź dyrektora CKE, że uczeń nie będzie musiał odwoływać się do znajomości całej lektury, jak to było w tym roku (musiał znać „Wesele” – lektura obowiązkowa), lecz będzie mógł przywołać cokolwiek.

„Mein Kampf” na maturze?

Wiadomość ta rozeszła się wśród uczniów lotem błyskawicy i spowodowała, iż upadł sens czytania jakichkolwiek lektur. Powtarzać wiedzę o już przeczytanych też nie ma najmniejszego sensu. Po co robić cokolwiek na lekcjach języka polskiego, jeśli dano słowo, iż w tym roku uczeń może pisać i mówić (o ile ustna matura będzie), o czym chce. O lekturach może nie wiedzieć kompletnie nic. Wystarczy, że pisząc wypracowanie, przywoła wyłącznie własny tekst kultury, a egzaminator będzie musiał to uznać.

Według rodzących się nowych zasad temat wypracowania musi być tak sformułowany, aby uczeń był w stanie napisać pracę bez konieczności przywoływania lektur. Pomysł wydaje się dobry, ale wystarczy poddać go standaryzacji, czyli pokazać możliwe reakcje uczniów, a okaże się bezwartościowy. „Mein Kampf” na maturze? Czy może być „Mein Kampf”? Uczeń, który o to zapytał, wcale mnie nie zadziwił. Tak to teraz w liceum wygląda. I trzeba takie pytania cierpliwie znosić. To nie jest prowokacja, to naprawdę szczera chęć dowiedzenia się, czy już wolno na polskiej maturze omawiać kluczowe dzieło nazizmu.

Wyjaśniam więc uczniowi, że nowych zasad egzaminacyjnych jeszcze nie ma. Bez względu jednak na zasady niech zawsze kieruje się własnym rozumem oraz wyczuciem sytuacji. Jeśli lepiej zna „Mein Kampf” niż „Pana Tadeusza” i go to nie razi, niech wykazuje się wiedzą. Może przejdzie. Rok temu jeszcze bym odpowiedział, że tekst Adolfa Hitlera może nie pasować do tematu, ale teraz niczego już nie jestem pewien. Koleżanka polonistka mówi, że jak czyta o Berlinie w latach 30., to jej się kojarzy z dzisiejszą Warszawą. To są jednak tylko subiektywne opinie, najważniejsze jest to, co przygotuje ministerstwo. Jeśli uczeń nie będzie musiał odwoływać się do żadnych lektur, a jedynie do tekstów, które sam dla siebie przeczytał, niech pisze i o „Mein Kampf”. Byle egzaminator nie dostał zawału, gdy będzie czytał.

Ponieważ święcie wierzę w sens czytania dobrych książek, zapowiedziałem klasie omawianie „Granicy” Zofii Nałkowskiej. Ktoś powiedział, iż jakiś czas temu przeczytał i uważa, że nie powinno się tego omawiać w szkole. Tego na pewno nie będzie na maturze, gdyż jest o problemach kobiet. Literatury kobiecej nie ma co czytać, gdyż to strata czasu. Nie trzeba być wyrocznią, aby przewidzieć, że takich książek nie będzie w tym roku na egzaminie. Gombrowicza też niepotrzebnie czytaliśmy. Oraz Schulza. Na „Granicę” szkoda czasu, a o „Ferdydurke” i „Sklepach cynamonowych” można zapomnieć.

Wina nauczycieli jest już przesądzona

W ogóle wszystko, czego się uczyliśmy w liceum przez dwa i pół roku, okazuje się zbędne. Dowiedziałem się, że dyrekcja oczekuje od nas oświadczeń, jak bardzo jesteśmy opóźnieni z realizacją podstawy programowej. Mamy dokładnie określić, czego jeszcze nie zrobiliśmy. Polecenie przyszło z góry. MEN chce wiedzieć, jak bardzo trzeba ograniczyć wymagania egzaminacyjne. Dyrekcja prosi o szczerą odpowiedź, gdyż ma to pomóc ministrowi w dostosowaniu wymagań do możliwości uczniów. Idea piękna, ale to przecież pic na wodę. Nawet Herkules nie poradziłby sobie z taką pracą. Nikt nie ogarnie oświadczeń nauczycieli i nie sformułuje na ich podstawie wniosku, co należy zmienić w wymaganiach. Będą bowiem od Sasa do Lasa, poza tym nie ma czasu, żeby to czytać i analizować. Oświadczenia nie są po to, aby na ich podstawie opracować nowe zasady, ale po to, by w razie wpadki zwalić wszystko na belfrów.

Dowodem w sprawie będą przysłane oświadczenia. Proszę bardzo, powie minister, obarczacie mnie winą za nieudaną maturę, a ja mam 100 tys. oświadczeń podpisanych z własnej i nieprzymuszonej woli przez nauczycieli, że nie zrealizowali podstawy programowej. Czarnek powie, że zmieniona przez niego matura nie była idealna, ale na pewno była lepsza od niezmienionej. Wymagania egzaminacyjne trzeba było ograniczyć, gdyż nauczyciele nie zrealizowali podstawy. Gdyby zrealizowali, niczego nie musielibyśmy zmieniać. A zatem wszystko wina nauczycieli. Nawet jak minister spieprzy ten egzamin, zepsuje to, co jest, i tak nie przyzna się do winy. Wina nauczycieli jest już przesądzona.

Zresztą Czarnek nie kryje, że wszystko przez tych wstrętnych belfrów. Wypomniał nam strajk w 2019 r., podkreślił, że nauka zdalna nie idzie jak trzeba, gdyż nie wszyscy nauczyciele prowadzą lekcje online, a już na pewno wiele do życzenia ma jakość nauczania. Uczniowie nie mogą zdawać egzaminów na tych samych zasadach co poprzednie roczniki, gdyż nie zostali do nich właściwie przygotowani. Dlatego PiS postanowił ratować sytuację i dać uczniom egzaminy odpowiednie do poziomu nauczania. Już się boję.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Co algorytmy mogą odczytać z naszych zdjęć?

Prof. Michał Kosiński o tym, co i jak komputerowe algorytmy mogą odczytać z dowolnego zdjęcia portretowego.

Jacek Żakowski
24.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną