Społeczeństwo

Biblistyka, czyli sposób na dosypanie do kościelnej sakwy

Przemysław Czarnek podczas gali Samorządowego Forum Województwa Lubelskiego Przemysław Czarnek podczas gali Samorządowego Forum Województwa Lubelskiego Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Kościół jest chyba ostatnią instytucją na świecie, która mogłaby być podejrzewana o zdolność do zachowania bezstronności w badaniu dziejów Kościoła.

Wykaz dziedzin i dyscyplin naukowych wkrótce zostanie uzupełniony. Nie wystarczą już „nauki teologiczne”, będące dziś dziedziną i dyscypliną jednocześnie. Owe „nauki” zostaną zróżnicowane, a pierwszą wyodrębnioną dyscypliną stanie się biblistyka. Ogłosił to 18 kwietnia na Jasnej Górze sam minister Przemysław Czarnek – z okazji piątego Narodowego Dnia Czytania Pisma Świętego.

Więcej „nauk”, więcej pieniędzy

Zapewne biblistyka nie będzie sierotką i wyodrębnione zostaną jeszcze inne „nauki teologiczne” w ramach wielkiej dziedziny „nauki teologiczne”. Może będzie „teologia dogmatyczna”? A może „homiletyka”? A może „teologia apostolatu”, wymyślona przez ks. Rydzyka? Tak czy inaczej, chodzi o to, aby więcej „nauk” przekładało się na więcej pieniędzy. Bo skoro dana dyscyplina (w ramach dziedziny) jest wyodrębniona, to jej udział w torcie, jakim jest ogólny budżet nauki, musi zostać zwiększony. I w taki to sposób biedna polska nauka będzie jeszcze głębiej drenowana przez Stolicę Apostolską, którą zapewniliśmy w konkordacie o naszej jak najlepszej woli zwiększania dotacji na katolickie uczelnie. Bibliści z różnych wydziałów teologicznych mogą być pewni, że otrzymają nowe granty i inne dotacje. A nauka polska znowu straci kilka czy kilkanaście milionów, które mogłyby zostać przeznaczone na prawdziwe badania.

Jak widać, nie ma końca popasom Kościoła na skromnym budżecie polskiej nauki. Jedna z jego zasad brzmi bowiem tak: skoro dają, to znaczy, że mogą dawać więcej. Nigdy więc nie mówcie, że jest dość, nigdy nie dziękujcie, lecz zawsze żądajcie więcej i więcej. Skuteczna, wypróbowana przez kilkanaście stuleci strategia. Zresztą trudno się dziwić, że drenaż nauki polskiej przez Kościół i jego wierne partyjne sługi tak się rozwija, skoro nawet PRL utrzymywał kościelną uczelnię (Akademię Teologii Katolickiej).

W III RP Kościół z pomocą usłużnego, a wręcz uniżonego państwa stworzył cały odrębny obieg „naukowy” złożony z uczelni katolickich i wydziałów teologii, a także znacznej liczby etatów dla księży doktorów i księży profesorów na państwowym garnuszku. Pod pretekstem średniowiecznej tradycji, kiedy teologia była koroną nauk, a teologowie elitą uniwersytetów, państwo finansuje tzw. teologię, która z nauką ma wspólnego tyle, że stosuje przypisy i wykazy literatury.

Faktycznie teologia jest nauki zaprzeczeniem, zakładając „objawiony charakter Pisma Świętego”, czyli przyjmując skrajnie antyracjonalne założenie, że każde słowo Biblii i innych pism uznawanych przez Watykan jest czystą prawdą i mądrością, niepodlegającą krytyce ani polemice. Tego rodzaju dogmatyzm jest tak skrajnym zaprzeczeniem wszelkiej naukowości, że stosowanie współczesnych tytułów naukowych do osób i działalności polegającej na bezkrytycznym propagowaniu dogmatów religijnych i posłusznym krzewieniu narzuconej przez ośrodek watykański ideologii zakrawa na szyderstwo z nauki i państwa.

Biblistyka, czyli kpina z nauki

Jednak pieniądze dla Kościoła pod akademickim pretekstem nie idą wyłącznie ścieżką teologiczną. Dużo pieniędzy trafia do niego również poprzez jednostki badawcze zajmujące się historią Kościoła. To kolejna kpina z nauki. Kościół jest chyba ostatnią instytucją na świecie, która mogłaby być podejrzewana o zdolność do zachowania standardów obiektywizmu i bezstronności w badaniu dziejów Kościoła. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie też usiłował dowodzić uczciwości intelektualnej i autonomii badawczej księży historyków, zwłaszcza wtedy, gdy mają badać coś, czego z niejasnych powodów obfita historiografia kościelna nie nazywa „zbrodniami Kościoła katolickiego”.

Podobnie ma się sprawa z biblistyką. Biblical studies to uznana dyscyplina usytuowana na przecięciu nauk historycznych i filologicznych. Bibliści są na całym świecie, a ich wspólnym językiem jest angielski. Aby być biblistą, trzeba nie tylko sprawnie pisać po angielsku i publikować w międzynarodowych czasopismach, lecz przede wszystkim na poziomie profesjonalnym znać hebrajski (w przypadku zaś badań nad pismami chrześcijańskimi dodatkowo jeszcze grekę ewangelistów). Należy też spełnić jeszcze jeden warunek. Nie można być związanym żadną doktryną religijną ani zależnością od instytucji narzucającej badaczom dogmaty interpretacyjne związane z taką czy inną konfesją. Owszem, biblista może być wierzący, lecz tylko prywatnie. Właśnie dlatego znaczna część niejako naturalnie kompetentnych znawców Pisma nie nazywa się biblistami. Są to bowiem po prostu rabini.

Nieobiektywni księża katoliccy

Niestety, księża katoliccy nie znają tej powściągliwości. Polscy „bibliści”, którzy teraz będą dostawać mannę z nieba, to w przeważającej większości po prostu księża, czyli osoby całkowicie niesamodzielne, bo związane doktryną (czego zresztą nie można powiedzieć o rabinach). Ich badania nad Biblią są z zasady podporządkowane stanowisku katolickiemu (ogłaszanemu przez Watykan), którego są zobowiązani w każdym przypadku bronić. O niezależności nie może tu być mowy. Taki „biblista” będzie np. bronił tezy, że praca w sobotę nie łamie dekalogu (nakazującego świętowanie szabatu), a tłumaczenie „szabatu” jako „dnia świętego” jest uprawnione. Albo że dekalog obowiązuje Żydów, za to chrześcijanie mogą sobie w sobotę robić na akord. To oczywiście kompletny nonsens, lecz właśnie dlatego świetny przykład niemożliwości bycia księdzem i biblistą jednocześnie.

Nawet gdyby przejść do porządku dziennego nad tym żenującym uzależnieniem polskich biblistów od Kościoła i jego ideologii, to pozostaje jeszcze kwestia kompetencji badawczych. Owszem, owszem, niektórzy polscy księża bibliści są w stanie czytać tekst Biblii w oryginale, lecz nie ma mowy o profesjonalnej znajomości biblijnej hebrajszczyzny (i aramejskiego na dobitkę). Gdy taki polski ksiądz pojedzie do Izraela na kurs biblijnego hebrajskiego, to już naprawdę jest coś. Tylko że profesjonalne zajmowanie się starożytnymi tekstami wymaga o wiele więcej nauki niż roczny lub dwuletni pobyt w jednej ze szkół w Jerozolimie czy Nowym Jorku. To robota na długie lata, i to robota polegająca na tym, że studiuje się u Żydów. Więcej, studiuje się z pokorą, słuchając żydowskich objaśnień. Niestety, innej drogi nie ma. A że nie jest to droga, którą mógłby pójść polski ksiądz, przeto kończy się na wspomnianych dwuletnich kursach, po których można składać litery i znać kilkaset wersów Biblii w oryginale. Tyle że do profesjonalnej biblistyki bardzo stąd jeszcze daleko.

Nie miałbym nic przeciwko, aby nasze pieniądze szły na biblistykę czy badania historii Kościoła – pod warunkiem że nie zajmowaliby się tym księża katoliccy, z natury rzeczy niezdolni do zachowania badawczej autonomii i bezstronności. Obawiam się jednak, iż takie subtelności i skrupuły są obce panu Czarnkowi i jego partii. Przeto księża bibliści: Halelu Jah!

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną