„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

Cały ten Durczok

Kamil Durczok. Zdjęcie z 2014 r. Kamil Durczok. Zdjęcie z 2014 r. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Dopadła i jego piękna pani, która czekała na końcu drogi, podobnie jak Joe Gideona*. Wszyscy na chwilę zastygliśmy w zadziwieniu – Kamil? No nie, niemożliwe. A jednak.

Każdy ma prawo mieć coś do powiedzenia, ale ktoś taki jak Kamil zasługuje na prawdę, a nie na wspomnienia na klęczkach. O zmarłym takim, jakim był – albo wcale. A dorosłych Kamilów było dwóch. Obydwu poznałem, lepiej lub gorzej.

Minionej w ubiegłym roku wiosny kończyłem wraz z Kazimierzem Zarzyckim jego autobiografię. „Moja melodia PRL-u” to książka o nim samym, znanym śląskim dziennikarzu, polityku, byłym osobistym sekretarzu Edwarda Gierka. Kazimierz zażyczył sobie zwieńczyć ją osobistym, prywatnym ABC – wspomnieniem ważnych postaci jego życia. Z kilkuset nazwisk wyselekcjonowaliśmy trochę ponad 30. Wśród wybrańców znalazł się także Kamil. Po długich godzinach rozmów o nim mój przyjaciel zaakceptował poniższą, najłagodniejszą wersję. Pozostałe, dotyczące również ich wzajemnych relacji rodzinnych, wylądowały w koszu i nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Kamil Durczok, dziennikarz, któremu się nie udało.

Śledziłem jego karierę z sympatią, bo nieczęsto zdarza się, że „chłopak ze Śląska” idzie po głównych telewizjach jak burza. Do tego był moim studentem na dziennikarstwie. Z upływem lat zaczęło mnie mierzić coraz bardziej widoczne zadufanie Kamila. Mówiłem mu tak, jak mówiono czasem u mnie w domu: Kamil, wyżej dupy nie podskoczysz… Ale on podskakiwał. Spadł tak boleśnie, że gdyby nie pomocna dłoń żony Marianny, to bez reszty pogrążyłby się w celebryckim bagnie. Marianna go z niego wyciągnęła i pomogła otrzepywać się z brudów. Kiedy jednak na powrót zaczął ciągnąć do błota – zdjęła go ze swojego życia, jak się zdejmuje rękawiczki. Pokazała klasę. A my niebawem zapomnimy, że był zdolny dziennikarz, który nazywał się Kamil Durczok. Po ostatnich wydarzeniach – jeszcze bardziej. Choć rozum chodzi różnymi drogami. Może trafi i do Kamila, czego serdecznie mu życzę.

Okazało się, że Kamil nie dał o sobie zapomnieć.

Jan Hartman: Nie przekreślajmy Kamila Durczoka

Kamil Durczok. Historia ku przestrodze

„Ostatnie wydarzenia”, jakie mieliśmy na myśli, to była kolizja na autostradzie A1 i spektakularny upadek portalu Silesion (2016–19), bardzo kosztownego przedsięwzięcia, który miał być projektem życia i ponownie wynieść Kamila na medialne szczyty. Na szczyty, na które wcześniej wspinał się latami – w TVP i przede wszystkim w „Faktach” TVN, z których spadł i wylądował na bocznym torze w ciągu „paru sekund”. Historię Kamila Durczoka powinien wpisać do swojego sztambucha, ku przestrodze, każdy dziennikarz na początku drogi. I nawet taki, który już kroczy w laurowym wieńcu sławy.

Kamila poznałem ponad ćwierć wieku temu, chyba w 1994 r. Po doświadczeniach studenckiego Radia Egida, pracy w Polskim Radiu Katowice i po udziale w stworzeniu i szefowaniu Radiu TOP, które było pierwszą prywatną radiostacją w Katowicach, trafił do TVP Katowice. I to był strzał w dziesiątkę. Naładowany nowatorskimi planami 25-latek szalał na reporterskich drogach, wręcz wybuchał wciąż nowymi pomysłami, projektami, koncepcjami… Zapraszał i mnie do komentowania spraw górniczych, śląskich, do oceny jakości lokalnej polityki i polityków. Złośliwi mówili wtedy z ironią o intensywności jego medialnego zaangażowania. Podkpiwali, że z żoną Marianną, koleżanką po fachu, z którą pobrali się w 1995 r., kupili mieszkanie na nowym osiedlu o rzut beretem od telewizyjnego ośrodka. Żeby być pod ręką i na każde zawołanie. W dzień i w nocy. Zawsze.

Byliśmy na kilku wódeczkach i na paru piwach. Kamil nie ukrywał, że Katowice, które kochał, to dla niego za mało. Robiło mu się tu za ciasno. Mieszkające w nim dzikie medialne zwierzę mogło tak właśnie czuć. Bo Kamil był rzadkim okazem wśród chętnych do robienia telewizyjnej kariery. Wiedział, że ona mu się zwyczajnie należy. I miał rację. Kiedy pytano mnie o krótką charakterystykę Kamila, Ślązaka z Katowickiej Kostuchny, z fińskiego domku, z rodziny mechanika samochodowego, mówiłem: niezwykle pracowity, błyskotliwy, zawsze świetnie przygotowany i, co ważne w tym rzemiośle, całkowicie pozbawiony tremy. Zawodowiec w każdym calu.

Strasznie kibicowałem Kamilowi w czasie walki z nowotworem (białaczka). Również dlatego, że w tym czasie z rakiem płuc zmagał się mój najserdeczniejszy przyjaciel Maciej Tresenberg, ojciec chrzestny młodszej córki. Maciej przegrał – Kamil wygrał. Czy na zawsze? Wtedy Kamil wygrał, jak Joe Gideon Boba Fosse′a.

Czytaj też: Wszystkie stłuczki Kamila D.

Ślązak, któremu się udało

Teraz, kiedy wszystko się już zdarzyło, rodzą się domysły, czy nowotwór czasem nie wrócił i nie dokończył niszczycielskiego dzieła. Jakieś dwa lata temu spotkaliśmy się z Kamilem w audycji Marka Czyża w Radiu Piekary. Coś było również o chorobach, więc na pożegnanie zapytałem: a jak u ciebie z tym sukinsynem? – Nie wraca i nie ma prawa wrócić! – odpowiedział z przekonaniem. Wyglądał świetnie i tak się czuł. Świat wciąż należał do niego, choć już przecież chodził po gruzach Silesionu.

O Silesion zahaczyłem Kamila tuż po starcie portalu. Wyłuskał do niego ze śląskich mediów i z niezłych posad kilku dobrych dziennikarzy. Uwierzyli w Kamila. Ale na zastępcę wyznaczył swoją ówczesną partnerkę, o ponad 20 lat młodszą blogerkę. Zapytałem: – Kamil, czy ty czasem na nasze śląskie podwórko nie przenosisz stołecznych celebryckich fanaberii, czy nie zamieniasz głowy na główkę? Wkurzył się straszliwie. – Odpier... się wszyscy ode mnie! – wrzeszczał. Liczba mnoga wskazywała, że nie byłem w swoim pytaniu odosobniony.

Jako starszy o kilkanaście lat kolega po fachu bardzo kibicowałem Kamilowi w jego warszawskiej karierze. Nie czułem zazdrości, zawiści. Coraz częściej słyszało się o Kamilu brylującym na stołecznych salonach, o kontrowersyjnym sposobie zarządzania „Faktami”. Myślałem sobie – zwykła nieżyczliwość, uprzedzenia. Wreszcie jest Ślązak, któremu się udało. I byłem gotów bronić dobrego imienia Kamila jak śląskiej niepodległości. Tym bardziej że Marianna nie wierzyła plotkom i stała przy mężu jak mur.

Jacek Żakowski: Dlaczego państwo milczy w sprawie Durczoka

Miał dziennikarskiego nosa

Wszystko do czasu. Było to na kolejnych, wrześniowych urodzinach wspomnianego już redaktora Kazimierza Zarzyckiego. W Żywcu stawiło się ze stu przyjaciół solenizanta, wśród nich Kamil.

W gronie gości pojawił się też Zbyszek Sawicz, nestor śląskich fotoreporterów. Jako gość, ale zarazem od zawsze dokumentujący nasze żywieckie coroczne spotkania. „Pstrykał” co ciekawszych ludzi, zapisywał w kadrze co ciekawsze spotkania, jak choćby posłów z różnych stron barykad, zazwyczaj skaczących sobie do oczu, a tego wieczora smakujących pojednawczą wódeczkę Kazika.

Aparat Zbyszka zauważył również Kamila, który już chyba trzeci rok rządził „Faktami”. I nagle wielkie zaskoczenie. Kamil rzucił się na Zbyszka i jego fotograficzny instrument. – Wypraszam sobie! Jestem osobą publiczną, nie pozwalam bez pozwolenia się fotografować! To była zwyczajna napaść. Zbyszek stanął jak wryty i zbladł, a ci, którzy byli świadkami tej zadziwiającej sceny, oniemieli. Ja także. – Zdurniałeś, odbiło ci? – zasyczałem i odciągnąłem go na bok. Za chwilę się zreflektował: – Bo wiesz, Janek, nie wiadomo gdzie te zdjęcia się pojawią, a ja jestem teraz na świeczniku, jestem osobą publiczną, muszę dbać o wizerunek i reputację. Kilkoro gości odsunęło się. – Celebryta, kur… – skomentował ktoś po cichu i impreza szła dalej, ale już nie było tak przyjemnie, choć gospodarze bardzo się starali.

Moja sympatia do Kamila ostygła. Jeszcze na tym spotkaniu parę osób pokazało mu plecy. Potem już się nie pojawiał na żywieckich biesiadach.

Od chwili, gdy reputacja i wizerunek Kamila Durczoka w Warszawie legły w gruzach i wrócił na Śląsk, spotykaliśmy się już tylko okazjonalnie. Byliśmy w kapitule Ogólnopolskiego Konkursu Dziennikarskiego im. Krystyny Bochenek. Wobec zmiany władzy na Śląsku konkurs zawieszono, ale w mojej głowie i w głowach innych członków kapituły, szacowniejszych od mojej, pozostaje dar przekonywania Kamila do nagrodzonych później prac. W tym do prac dziennikarzy TVN i raz swojego Silesionu. Miał dziennikarskiego nosa. Nie faworyzował na siłę, ale tak sugestywnie potrafił znaleźć drugie i trzecie dno w przesyłanych materiałach, że przekonywał nas wszystkich.

Czytaj też: Nowotworowe coming outy

Było Kamilów dwóch

Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy w audycjach Marka Czyża, jeszcze gdzieś przypadkowo... Znajomi donosili, że Kamil walczy, choć nie precyzowali, z czym.

Ostatni medialny indywidualny projekt Kamila – aplikacja internetowa Durczokracja – jakoś spłynął po mnie bez szczególnego zainteresowania. Szału nie było. Przykro to pisać, ale po spektakularnym upadku Silesionu, po tym wszystkim, co było wcześniej i później, nie wierzyłem, że Kamil potrafi odnaleźć się w czymś, co nie jest telewizją. Był jak ryba wyciągnięta z naturalnego środowiska, z przyjaznej wody.

W poniedziałek ok. godz. 14 Kamila przywieziono na Oddział Chorób Wewnętrznych, Autoimmunologicznych i Metabolicznych Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Miał krwotok, był reanimowany. I to była ostatnia przegrana, z której już się nie podniósł. Odszedł bezapelacyjnie w środę nad ranem, w wyniku zaostrzenia przewlekłej choroby i zatrzymania krążenia.

Marianna przesłała mu trzy wirtualne światełka. Tyle i tylko tyle. Na pewno będzie mu łatwiej w ciemnościach, jeśli są. Cóż, nie zaliczałem Kamila do swoich przyjaciół ani on mnie do swoich. Mogę powiedzieć, że znałem świetnego dziennikarza – medialne trofea w katowickim mieszkaniu, te z najwyższej półki, ustawione na dużym biurku, na wszystkich robiły wrażenie. Ale znałem też innego Kamila, mniej świetnego, zaplątanego w swoich słabościach tak, że wyplątać się już nie dało. Było Kamilów dwóch…

* Bob Fosse, Cały ten zgiełk.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Układ się rozpada. Spowiedź byłego doradcy Morawieckiego

Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, o nadziejach i złudzeniach ludzi PiS.

Rafał Kalukin
03.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną