Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Pniówek, Zofiówka. Trzeba wyrwać policję górniczą z rąk właściciela kopalń

Arkadiusz Lawrywianiec / Forum
Górnictwo przy każdej zmianie rządów staje się politycznym łupem aktualnej ekipy. Minister odpowiedzialny za węgiel dostaje władzę decydowania o setkach albo i tysiącach kadrowych nominacji. I kombinacji.

Na straży życia i zdrowia górników, i w ogóle bezpieczeństwa ich pracy, powinien stać niezależny Wyższy Urząd Górniczy, a także podległe mu okręgowe urzędy. To swoista górnicza policja, uzbrojona w dotkliwe dla właściciela kopalni prawa – wstrzymania wydobycia, zamknięcia jej części albo całego przedsiębiorstwa – w przypadku stwierdzenia zagrożeń dla ludzi pracujących setki metrów pod ziemią. Prawa absolutnie nadrzędne. Bez względu na tony urobku, których domaga się właściciel. Bez względu na wynik ekonomiczny kopalni. Bez względu na wszystko.

Tak powinno być.

Sasin w górnictwie jak Ziobro w sądownictwie

Ostatnie dwie katastrofy zdarzyły się w kopalniach Jastrzębskiej Spółki Węglowej: Pniówku i Zofiówce. Zginęło 19 kamratów fedrujących węgiel na głębokości kilometra, w tym pięciu ratowników spieszących z pomocą. Siedmiu górników Pniówka uważa się oficjalnie za zaginionych, ale wiadomo, że akcja poszukiwawcza, która ruszy za dwa–trzy miesiące, polegać już będzie tylko na odnalezieniu ciał. To razem 26 ofiar w ciągu paru dni!

Takie straty w ludziach wymuszają pytanie o skuteczność działań górniczej policji. I sugerują następne: o jej niezależność od państwowego właściciela naszych kopalń węglowych.

Funkcje właścicielskie nad węglowymi spółkami sprawuje aktualnie minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Z pozycji właściciela nadzoruje także cały Wyższy Urząd Górniczy. Pozostając w tym funkcyjnym władczym rozkroku, może dowolnie szafować – bezpośrednio lub pośrednio – setkami intratnych posad. Jednak tak rozległy funkcyjny potencjał, usytuowany pomiędzy WUG a górniczą policją, implikuje szereg porównań obnażających absurd zależności związanych z istniejącym w tej sytuacji konfliktem interesów.

To tak jakby właścicielowi i kierownictwu węglowych spółek podlegały urzędy kontroli skarbowej albo nawet NIK – a wiadomo przecież, że są to organy mające oceniać prawidłowość właścicielskiego zarządzania.

To tak jakby pożenić prokuraturę z sądem – do czego zresztą dąży maniakalnie Zbigniew Ziobro, choć na nasze szczęście nie do końca mu się to udaje.

To tak jakby policyjną drogówkę podporządkować… sami już sobie dopowiedzcie komu.

Czytaj też: Koniec kopalni odkrywkowych?

Gdy liczą się tylko tony czarnego złota

WUG odgórnie i niezależnie powinien podejmować przemyślane decyzje, nierzadko stojące w sprzeczności z biznesowymi interesami właściciela kopalń i jego nominatów w spółkach węglowych. Nawet za cenę strat ekonomicznych. Życie jest wartością nadrzędną, o czym przecież władza trąbi na lewo i prawo. Tak więc bezpieczeństwo ludzi na dole musi iść przed tonami i przed zyskami. Wprawdzie to dość akademickie założenie, ale przynajmniej należy w tym kierunku dążyć.

Mając na uwadze te oczywiste sprzeczności interesów, Janusz Steinhoff – wicepremier i minister przemysłu w rządzie Jerzego Buzka (1997–2001), a w latach 1990–94 prezes WUG z nominacji premiera Tadeusza Mazowieckiego – od lat apeluje o powrót WUG pod bezpośrednie berło prezesa Rady Ministrów, czyli o powrót do tamtych korzeni.

Wyższy Urząd Górniczy, wraz z czterema urzędami okręgowymi, został powołany w czerwcu 1922 r. Rok później weszło w życie „Rozporządzenie Górniczo-Policyjne Wyższego Urzędu Górniczego w Katowicach” regulujące jego działalność. Od chwili powstania organ ten został podporządkowany szefowi rządu, tak by w sprawach bezpieczeństwa nie ulegać naciskom prywatnych właścicieli kopalń. Po wojnie WUG wszedł w skład Ministerstwa Górnictwa mającego siedzibę w Katowicach. W zakresie bezpieczeństwa pracy był to najczarniejszy okres w historii górnictwa. Liczyły się wtedy tylko tony „czarnego złota”.

Z końcem 1954 r. WUG, jako urząd centralny, ponownie został podporządkowany premierowi, a jego prezes uzyskał pozycję niemal równorzędną z ministrem górnictwa. Powoływał go premier i tylko jemu w swojej działalności podlegał. I tak powinno było być!

Oczywiście, w latach PRL podlegał także „po linii partyjnej” pierwszemu sekretarzowi partii w Katowicach – w KW PZPR funkcjonował wydział węglowy posiadający istotny wpływ na sprawy kadrowe w górnictwie – ale to już inna para kaloszy.

Czytaj też: Długie i drogie pożegnanie z węglem

Pniówek, Zofiówka i trzy komisje

W takiej pozycji ustrojowej WUG przetrwał do 2000 r., kiedy to rząd Buzka przeprowadził reformę administracji centralnej. W jej rezultacie WUG trafił do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Nawiasem mówiąc, pomysłodawcą takiego rozwiązania był wicepremier Steinhoff. Wtedy chodziło o wyjęcie centralnych organów państwowych spod nadzoru premiera. Było to jeszcze akceptowalne, ponieważ MSWiA nie miało najmniejszych nawet kompetencji właścicielskich wobec kopalń.

Później, w ramach kolejnych reform, WUG podporządkowywano państwowym właścicielom kopalń, ministrom przemysłu i handlu, środowiska (właściciel złóż), skarbu, energii, wreszcie aktywów państwowych.

Nie sugeruję tutaj jakiegokolwiek związku „policji górniczej” z wypadkami w Pniówku i Zofiówce, ale akurat ta formacja powinna być niczym żona Cezara… Podporządkowanie jej właścicielowi kopalń to ewidentna sprzeczność interesów – rozwiązanie co najmniej nonsensowne, na pewno dla pracujących na dole kontrowersyjne. Teraz WUG powołał dwie komisje do zbadania przyczyn wypadków w jastrzębskich kopalniach. Swoje śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Gliwicach. Ale zespół do zbadania ostatnich katastrof utworzył też wicepremier Jacek Sasin, a więc właściciel kopalń. Na jego czele postawił Piotra Pyzika, wiceministra aktywów państwowych odpowiedzialnego za górnictwo. Trzy resortowe komisje – bo jak inaczej je nazwać? – mają być niezależne i obiektywne. Aż do bólu.

Żywię nadzieję, że nie umkną im sprawy kadrowe w JSW, które mogły mieć wpływ na organizację i bezpieczeństwo pracy, a także na wydobycie bardzo cennego obecnie węgla koksującego. Zapotrzebowanie na niego jest takie jak na świeże bułeczki. Zyski ogromne. To kusi, aby iść po węgiel na skróty. Otóż, jak wyliczyła „Gazeta Wyborcza”, od 2015 r. spółka miała dziesięciu prezesów i powiązanych z nimi członków zarządu. A to przecież tylko siedem lat! Czy ta karuzela stanowisk, kręcąca się bardzo szybko nawet jak na standardy górnictwa, mogła nie mieć wpływu na sposób zarządzania spółką? Na bezpieczeństwo górników? Stawiam to pytanie do rozważenia.

Czytaj też: Wojna. A rosyjski węgiel jedzie i płynie do Polski

Kopalnie trzeba sprywatyzować?

Górnictwo przy każdej zmianie rządów staje się politycznym łupem aktualnej ekipy. Minister odpowiedzialny za węgiel dostaje władzę decydowania o setkach albo i tysiącach kadrowych nominacji. I kombinacji. Co by nie mówić, to w czasie słusznie minionym stabilizacja kadrowa w kopalniach była o niebo wyższa. Dzisiaj kopalnie, jak były, tak są we władzy „państwowego kapitalizmu”. Choć, rzecz jasna, w innym układzie prawnym i ustrojowym. Dostrzega to prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego, który gdzie tylko może przekonuje: żeby w górnictwie coś się zmieniło, trzeba „wyrwać je z rąk polityków”. Ale jak odebrać politykom ich atrybuty władzy: sprawy kadrowe? No jak?

Tylko jednym, znienawidzonym przez państwo sposobem – poprzez prywatyzację kopalń!

Kiedy trwa akcja ratunkowa, najczęściej winę za katastrofy zwala się na siły natury. O tzw. czynniku ludzkim, odpowiedzialnym za niemal 80 proc. wszystkich wypadków, raczej się milczy. W takich chwilach najważniejszy jest ratunek dla tych odciętych, zasypanych, połamanych, oparzonych… Kiedy akcja się kończy, jak w Zofiówce, albo zamiera, jak w Pniówku, rozwiązują się worki z żalami i pretensjami, często dotyczącymi zaniedbań w sferze bezpieczeństwa pracy. Igraniem z nim. Chodzeniem po krawędzi zagrożeń.

Związek Sierpień ′80 napisał do wicepremiera Jacka Sasina, że do ich działaczy zgłaszają się górnicy z informacjami o błędach i nieprawidłowościach przed tragicznymi wydarzeniami i w czasie akcji ratowniczej. Konieczne jest więc zagwarantowanie bezpieczeństwa tym, którzy zdecydują się ujawnić prawdę: „Nie rozstrzygamy o niczyjej winie. Nie możemy jednak pozwolić, aby pozostały jakiekolwiek wątpliwości. Domagają się tego ofiary, ich rodziny, przyjaciele”.

Tu należy przypomnieć katastrofę w listopadzie 2006 r. w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej, w której – w wyniku wybuchu metanu i pyłu węglowego – zginęło 23 górników. Śledztwo i procesy sądowe ciągnęły się latami. Ostateczny wyrok zapadł dopiero w ubiegłym roku przed Sądem Apelacyjnym w Katowicach. Były dyrektor kopalni i kierownik działu wentylacji dostali po dwa lata bezwzględnego więzienia. Pozostali – oskarżono 27 osób – kary w zawieszeniu (z tego dziesięciu pracowników dobrowolnie poddało się karze).

Sąd uznał, że są winni sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia w okresie poprzedzającym katastrofę. Mieli oni bowiem świadomość zagrożenia – przekroczonych norm stężenia metanu – ale wywierany był nacisk na górników, aby jak najszybciej zakończyli prace likwidujące stare wyrobisko. W sprawie Halemby chodzi o to, że zeznający górnicy zgodzili się mówić, co naprawdę działo się kilometr pod ziemią, po otrzymaniu gwarancji bezpieczeństwa. Dopiero to pozwoliło złamać zmowę milczenia. Ustalić i skazać winnych katastrofy. Długo bowiem utrzymywano, że znowu zawiniły siły natury.

Czytaj też: Powrót do węgla? Wojna nie cofnie biegu historii

Jak czarna skrzynka pod ziemią

Podobnych gwarancji Sierpień ′80 domaga się dla górników Pniówka i Zofiówki – świadków podziemnych zaniedbań i kombinacji. Mogliby mieć status podobny do świadków koronnych. Tym bardziej jest to zasadne, że z Pniówka wyciekają informacje rejestrowane przez system ZEFIR, który monitoruje pracę wszystkich urządzeń pod ziemią. To rodzaj czarnej skrzynki w samolotach. 20 kwietnia tuż przed eksplozją stężenie metanu w kopalnianym powietrzu wzrosło do 6 proc. Przepisy górnicze mówią, że przy stężeniu 2 proc. należy wyłączyć pracujące pod ziemią maszyny (jeżeli nie wyłączą się automatycznie), a przy 3 proc. – bezwzględnie wycofać górników z zagrożonej strefy.

W trzeciej godzinie akcji ratunkowej ZEFIR miał odnotować stężenie sięgające 18 proc., ale ratowników nie wycofano. Wówczas nastąpił drugi wybuch metanu… Jerzy Markowski, ekspert górniczy, który przez 14 lat sam był ratownikiem, powiedział Onetowi, że nie przypomina sobie podobnej tragedii, która tak dotknęła kolegów idących na pomoc. Po pierwszym wybuchu zbagatelizowano możliwość kolejnych: „Dopiero kiedy zginęli ratownicy, zdecydowano się na wycofanie wszystkich i izolowanie wyrobiska”.

Kiedy dochodzi do wypadku w kopalni, akcją ratunkową kieruje dyrektor kopalni, który równocześnie pełni funkcję kierownika ruchu zakładu górniczego. Od 31 marca Pniówek, największa kopalnia jastrzębskiej spółki, nie miał dyrektora. Na wymuszoną emeryturę musiał odejść Józef Jaszczyk (wcześniej kierował kopalniami Budryk i Krupiński). Prawa emerytalne nabył wprawdzie 12 lat wcześniej, ale jego wiedza i doświadczenie ciągle były JSW potrzebne.

Do czasu aż nie podpadł reprezentatywnym w jastrzębskiej spółce związkom zawodowym: Solidarności Górniczej, Kadrze i Federacji Związku Zawodowego Górników. Najsilniejsza jest Solidarność mocno powiązana z lokalnymi politykami PiS. Od zdymisjonowania w 2015 r. prezesa Jarosława Zagórowskiego – tego, który się związkom zawodowym nie kłaniał – ma wielki wpływ na sprawy kadrowe w spółce i podległych kopalniach.

Czytaj też: Metan – cenny truciciel

Ci na dole i ci na górze

Właśnie Solidarność od jakiegoś czasu domagała się odwołania Grzegorza Kaczmarczyka, dyrektora ds. pracowniczych, zastępcy Jaszczyka. Kaczmarczyk swoją funkcję objął rok wcześniej i już na dzień dobry podpadł reprezentatywnym związkom „rządzącym” kopalnią. Na spotkaniu z działaczami oznajmił, że wszystkie organizacje, nawet te małe, mają u niego równe prawa. To się nie spodobało. Zaczęło iskrzyć, a skarg do zarządu JSW na Kaczmarczyka przybywać. Mocno zaiskrzyło nie tak dawno w sprawie wypłat z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych zapomogi covidowej. Solidarność chciała decydować o formie wypłat – żeby było wiadomo, kto daje pieniądze – ale Kaczmarczyk na to się nie zgodził.

Z kolei Jaszczyk nie zgodził się na jego odwołanie. Sam został w kopalni jeszcze do końca czerwca bez obowiązku świadczenia pracy. Pozbawiony został też funkcji kierownika zakładu górniczego. Tak więc w najtrudniejszych dla Pniówka dniach kopalnia nie miała dyrektora, choć nominacja nowego powinna być natychmiastowa. Mówi się, że opóźnienie w powołaniu szefa kopalni i prawie trzytygodniowy wakat (do wybuchu) wynikał z przepychanek wśród śląskich posłów PiS, który z ich protegowanych dostanie to intratne stanowisko.

Grzegorza Kaczmarczyka zwolniono 31 marca. Będzie się sądził z pracodawcą, bo przecież nie z liderami związkowymi. Bo co oni mają z tym wspólnego?

Zarówno komisja WUG, choć ciągle we władzy właściciela kopalń, jak i prokuratura muszą zbadać, czy zawirowania kadrowe w Pniówku, brak ośrodka decyzyjnego w dniach przed wybuchem, w najtragiczniejszych godzinach, a nawet minutach – mogły wpłynąć na organizację i dyscyplinę pracy. Na decyzje – lub ich brak – podejmowane przez tych na dole i na górze.

Zapewnienie bezpieczeństwa świadkom, gwarancje w pracy, w tym zatrudnienia – jak w Halembie – są tu niezbędne. Tak samo jak wyrwanie WUG, policji górniczej, spod władzy właściciela kopalń.

Czytaj też: Kopalnia, która umarła po cichu

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Mobbing i zachowania niepożądane. Czego w pracy robić nie wolno?

Wszelkie sprawy dotyczące dyskryminacji to mniej niż 1 proc. pozwów związanych z prawem pracy, a te o molestowanie to już zupełny ułamek ułamka.

Ewa Wilk
18.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną