Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Sylwia Spurek dla „Polityki”: Czy powiedziałbyś tak swojej córce?

Sylwia Spurek Sylwia Spurek Karolina Harz
Niestety, media społecznościowe to dzisiaj nie jest żadna „społeczność”, tylko coraz częściej miejsce przemocy – mówi europosłanka Sylwia Spurek. Trwa kampania 16 Dni Przeciwko Przemocy wobec Kobiet.

ALEKSANDRA ŻELAZIŃSKA: „Że też cię mamusia nie wyskrobała”, „takim jak ty po wojnie golono łby”, „chyba powinien cię ktoś przelecieć”. Takie m.in. komentarze słychać w spocie, który towarzyszy kampanii 16 Dni Przeciwko Przemocy wobec Kobiet, a pochodzą z pani mediów społecznościowych. Brutalne, ale faktycznie nie tak rzadkie w sieci.
SYLWIA SPUREK: Wybraliśmy tylko przykłady, żeby na ich bazie pokazać charakter przemocy w internecie. Dostaję takich komentarzy czasami setki dziennie i widać, że są kierowane do kobiety polityczki – polityk takich by nie dostał. To samo dotyczy artystek, aktorek, biznesmenek, aktywistek... Co ciekawe, a raczej smutne, zgłosiliśmy te komentarze administracji Twittera, ale nie uznała, że naruszają regulamin, więc ich nie usunęła ani nie podjęła żadnych innych działań w stosunku do ich autorów. W tej kampanii chcemy z jednej strony pokazać, co mężczyźni robią w sieci, a z drugiej – czy operatorzy mediów społecznościowych i platformy internetowe w ogóle na to reagują.

Pod spotem już pojawiają się komentarze, że akcja kierowana jest do mężczyzn, a przecież i kobiety hejtują.
Oczywiście można zgodzić się z tezą, że i kobiety, i mężczyźni hejtują, jedni i drudzy są atakowani w sieci. Ale ataki na kobiety – ośmieszanie, poniżanie, zastraszanie – mają bardzo specyficzny charakter. Odnoszą się w sposób opresyjny do naszego wyglądu, życia rodzinnego, prywatnego, grozi nam się przemocą seksualną. Mężczyźni takich, delikatnie mówiąc, komentarzy nie otrzymują. Dodatkowo większość ofiar cyberprzemocy to kobiety. Z danych organizacji Thomson Foundation wynika, że to wręcz 85 proc.

Spora dysproporcja, ale dotyczy w zasadzie wielu innych rodzajów przemocy, nie tylko w sieci.
No właśnie, kobiety doświadczają przemocy w różnych obszarach, w domu, na ulicy, w miejscu pracy. Wraz z rozwojem technologii do tych „tradycyjnych” form dochodzą nowe. Korzenie tej przemocy są podobne jak korzenie każdej innej przemocy wobec kobiet, podobny jest cel – to próba pokazania im, gdzie ich miejsce, kontrolowania ich i uciszenia. Czasem bardzo skuteczna, bo wiele kobiet wycofuje się z aktywności w sieci albo jej nie podejmuje. Młode kobiety nie chcą się angażować, bo patrzą, jak dostaje się ich starszym koleżankom.

W ramach kampanii 16 Dni Przeciwko Przemocy wobec Kobiet od lat mówię o tym, że kobiety mają prawo czuć się bezpiecznie w domu i miejscach publicznych, mają prawo oczekiwać, że prawo i cały system państwa stoi po stronie ofiar, a nie po stronie sprawców. Kobiety muszą czuć się bezpiecznie – wszędzie. A badania pokazują, że zjawisko cyberprzemocy narasta, właściciele mediów społecznościowych wypierają swoją odpowiedzialność za to, co się u nich dzieje, a system prawny nie obejmuje skutecznych instrumentów ochrony kobiet. Warto podkreślić, że to nie są jakieś marginalne, indywidualne problemy. Cyberprzemoc wpływa na zdrowie, prowadzi do depresji, wywołuje myśli samobójcze. Ale to też kwestia demokracji i jakości debaty, z której kobiety próbuje się wykluczyć.

Czytaj też: Kiedyś bójki, teraz bulling

Debaty i rozmowy, bo zjawisko występuje w sieci wszędzie: od Twittera po Tindera.
Owszem. I kiedy się spojrzy w historię różnych form przemocy wobec kobiet, widać, że to może nie tyle „normalne”, ile standardowe. Ale nie chcę, żebyśmy to my się zastanawiały, co robić, żeby czuć się bezpiecznie, jak sobie radzić z tą formą przemocy i jak na nią reagować. To znowu jest odwrócenie odpowiedzialności i uczenie kobiet, jak nie dać się zgwałcić, zamiast uczenia mężczyzn, że nie mogą gwałcić.

Dlatego z jednej strony trzeba postawić na edukację, mówić o równości, pokazywać dobre wzorce, a z drugiej strony są operatorzy i ich odpowiedzialność. Jest też aparat państwa, który ma obowiązek tworzyć dobre prawo i efektywne instytucje ochrony naszych praw. Niestety, media społecznościowe to dzisiaj nie jest żadna „społeczność”, tylko coraz częściej miejsce przemocy. Mam wrażenie, że właściciele mediów społecznościowych to ignorują, bo hejt nakręca zasięgi, a to się opłaca.

Czytaj też: Niemoc i przemoc. Wciąż nie znamy skali domowych dramatów w Polsce

W spocie pada pytanie: „Czy powiedziałbyś tak swojej córce?”. Sądzi pani, że to zadziała na wyobraźnię wirtualnych hejterów?
Wspólne z think tankiem European Fem Institut, który jest pomysłodawcą kampanii, chcieliśmy pokazać, że nikt nie zasługuje na przemoc, nie da się jej niczym usprawiedliwić, a zachowania sprawcy nie można tłumaczyć. Dlatego jemu zadajemy to pytanie, pewnie trochę retoryczne. Przemocowiec powinien się zastanowić, jaki świat tworzy dla swojej córki, czy chciałby, by ktoś w taki właśnie sposób zwracał się do jego matki czy żony. Nie wiem, czy to wywoła głębszą refleksję, ale jeżeli część mężczyzn włączy myślenie, to już będzie sukces. Przede wszystkim chcemy pokazać, że to sprawca jest winien, a nie ofiara. Mówimy mu: to ty masz się wstydzić, ukrywasz się za telefonem czy klawiaturą komputera, masz się za prawdziwego mężczyznę, a jesteś zwykłym przemocowcem.

Pracujemy więc nad podniesieniem świadomości, ale jestem prawniczką, więc naturalnie interesuje mnie też zmiana systemu prawnego. Spotykam się teraz z organizacjami pozarządowymi, międzynarodowymi i polskimi, by rozmawiać o projekcie dyrektywy antyprzemocowej, ogłoszonej 8 marca przez Komisję Europejską, zawierającej instrumenty zapobiegania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Elementy cyberprzemocy znalazły się w tym dokumencie po moim dużym raporcie legislacyjnym, który razem z rezolucją został przyjęty przez Parlament Europejski pod koniec zeszłego roku. Cieszę się, że KE na serio potraktowała przemoc wobec kobiet w sieci. Teraz rozmawiamy o tym, jak te instrumenty przeciwdziałania cyberprzemocy wzmocnić.

Tylko jak skutecznie walczyć z całą lawiną komentarzy w internecie?
Najpierw trzeba odróżnić „wolność słowa” od mowy nienawiści, krzywdzenia, szydzenia, wyśmiewania. I dostrzec granicę między cenzurą a moderacją, a ta granica jest wyraźna. Portale i media społecznościowe powinny mieć precyzyjne procedury „notice and take down”, czyli w momencie zgłoszenia wpisu jako naruszającego regulamin użytkownik czy użytkowniczka powinien wiedzieć, co się z tym zgłoszeniem dalej dzieje, kiedy zostanie ono rozpatrzone, dlaczego zapadła taka, a nie inna decyzja i jak można się od niej odwołać. Kiedy dostajemy bez wyjaśnienia komunikat, że „komentarz nie narusza regulaminu”, a jest opresyjny, to czujemy się bezsilni i odechciewa nam się zgłaszać kolejnych. Jeśli większość tzw. komentarzy jest dopuszczalna, to i sprawcy czują się bezkarni. A dobra procedura „notice and take down” działa też prewencyjnie – jeśli konto zostanie zablokowane po kilku naruszeniach lub jednym drastycznym, inni zaczną się zastanawiać, czy opłaca im się ryzykować, stosując przemoc. Dlatego w prawie karnym mówi się o prewencji indywidualnej i prewencji ogólnej. Pytanie, czy platformy internetowe są na to gotowe. Ale jeśli nie podejmą działania teraz, to nie zapanują nad cyberprzemocą i będzie tylko gorzej.

Argument o wolności słowa na pewno się pojawi. Już się pojawia – rzekoma obrona wolności słowa to była główna intencja Elona Muska, gdy przejmował Twittera i stawał w obronie banowanego Donalda Trumpa.
Mam wrażenie, że niektórzy nie rozumieją, czym jest wolność słowa, nie rozumieją, że praktycznie wszystkie prawa i wolności człowieka są ograniczone – prawami i wolnościami innych. Kiedy jestem krzywdzona, moje dobra osobiste są naruszane (to zakres prawa cywilnego) i pojawiają się groźby karalne (to już prawo karne), to nie ma to nic wspólnego z wolnością słowa. Wolność nie jest nieograniczona i to, co często się dzieje na Twitterze, nie ma z nią nic wspólnego. Przykro mi, że Elon Musk tego nie rozumie. Jeśli tak sobie wyobraża merytoryczną debatę, to mocno się myli.

Wyobraża sobie też, że użytkownicy chętnie zapłacą za zweryfikowanie konta.
Chętnie będę tę opłaty ponosiła, jeśli ktoś zapewni, że Twitter będzie działał zgodnie z prawem, że będzie stał na straży wysokiej jakości debaty publicznej, że będzie chronił prawa człowieka.

Jak karać za cyberprzemoc poza banowaniem i zdejmowaniem kont?
Jak w przypadku każdego łamania prawa – za naruszenia dóbr osobistych są przewidziane paragrafy w kodeksie prawa cywilnego, dla przestępstw są instrumenty w kodeksie karnym. Ale przede wszystkim ważne jest to, by eliminować przemoc tak szybko, jak to możliwe, zanim się rozniesie. Operatorzy mediów społecznościowych powinni wysyłać sygnały od razu i stać zawsze po stronie ofiary, nie sprawcy. Sięganie po procedury prawa cywilnego czy karnego to dla ofiary określone koszty, czas, działanie wymagające energii i kontaktu z wymiarem sprawiedliwości czy organami ścigania, często kompletnie nieprzygotowanymi do zajmowania się takimi przypadkami. Bardziej stawiałabym na stanowczą reakcję na samym początku, i to ze strony platformy, żeby nie przerzucać odpowiedzialności na ofiarę, która sama ma dochodzić swoich praw często w nieprzyjaznym środowisku wymiaru sprawiedliwości.

Więc zgłaszajmy do Twittera czy Facebooka komentarze, nie tylko te, które widzimy u siebie. Na własne potrzeby w moim biurze na bieżąco przygotowujemy zestawienie wpisów i komentarzy, które zgłosiliśmy administratorom mediów społecznościowych, i odpowiedzi na te zgłoszenia. Staramy się to przynajmniej dokumentować, bo operatorzy mediów nadal wypierają swoją odpowiedzialność. Odnoszę wrażenie, że ci sami mężczyźni atakują mnie, kiedy mówię o prawach kobiet, o tym, że dziecku nie można dać klapsa, bo klaps to przemoc, kiedy mówię o demokracji i praworządności albo o prawach tzw. zwierząt hodowlanych... Najwyraźniej najbardziej uwierają ich sprawy najbardziej fundamentalne. Gdybym z każdym takim komentarzem szła na policję albo miała wysyłać wezwania przedsądowe, nie wspominając o działaniach w celu ustalenia imienia, nazwiska, numeru PESEL, nie zajmowałabym się chyba niczym innym. Podatnicy i podatniczki nie za to mi przecież płacą.

Czytaj też: Elon Musk, upadły cyberzbawca. Jaka piękna katastrofa Twittera

Czy samych właścicieli platform internetowych też należałoby karać?
Jeśli nie mają dobrych procedur zgłaszania i moderowania, to powinno się na nich te obowiązki nałożyć przez jednolite unijne przepisy lub przez regulacje krajowe. Na pewno warto zadać pytania, w jaki sposób właściciele platform internetowych czy mediów powinni odpowiadać np. za to, że dopuszczają komentarze wzywające do przemocy na tle rasowym, grożące Żydom, Romom, osobom LGBT+, w jaki sposób za brak usuwania wpisów znieważających, a jak za brak reakcji na zgłoszenia dotyczące naruszeń prawa autorskiego. Powinniśmy się zastanowić, w którym momencie powinna się pojawić i jaka odpowiedzialność za brak ich działań.

Umowny Mark Zuckerberg czy Elon Musk kary za komentarze nie ponoszą.
Pytanie, czy poddają się prawu obowiązującemu w kraju, w którym funkcjonują, czy przestrzegają prawa unijnego, czy zupełnie nie. Jako prawniczka wyobrażam sobie litygację strategiczną podjętą w interesie publicznym w sprawie braku działań Twittera czy Facebooka dotyczących wpisu osoby fizycznej naruszającego prawo. Chyba nikt się o to jeszcze nie pokusił, a może to spowodowałoby wprowadzenie przez te media porządnych procedur moderacji.

Sprawa wygląda dość beznadziejnie. Na razie o tym, co wolno, a czego nie, decyduje np. miliarder, który zaprowadza własne porządki, bo go stać na przejęcie Twittera.
Ale coraz więcej osób bada zjawisko cyberprzemocy, instytucje publiczne, jak Parlament Europejski, zaczynają się nim zajmować, powstają nowe organizacje pozarządowe, np. w Polsce EFI, które skupiają się konkretnie na cyberprzemocy ze względu na płeć. To daje nadzieję, że jednak będziemy poważnie z tym walczyć. Chciałabym, żeby internet był traktowany jak każde inne miejsce, w którym określone zachowania są uznawane za niedopuszczalne – tak jak nie wolno nikogo zaatakować na ulicy, tak samo nie można nikogo atakować w sieci, a konsekwencje prawne mają być podobne. Przemoc to przemoc. To nie ograniczenia dla operatorów internetowych, to bezpieczeństwo, nasz komfort, nasze zdrowie, a nawet życie.

Czytaj też: Sejm robi krok ku wypowiedzeniu konwencji stambulskiej

Uodporniła się pani na brutalne komentarze w sieci?
Komentarze kierowane do mnie obserwuję raczej z pewną socjologiczną ciekawością. Widzę prawidłowości, o których wspomniałam: te same osoby, najczęściej mężczyźni, atakują mnie za to, że zajmuję się prawami kobiet, i za to, że mówię o prawach tzw. zwierząt hodowlanych. Co więcej, ten drugi obszar najwyraźniej bardziej boli i drażni, co pokazuje, gdzie jesteśmy, jeśli chodzi o prawa zwierząt i jak dużo pracy przed nami. Ale chcę powiedzieć każdej dziewczynie i każdej kobiecie, do której kierowane są wulgarne, opresyjne słowa: pamiętaj, że to nie ty jesteś winna, to nie jest nic o tobie. To, co ktoś wypisuje w sieci, jest o nim, jego nienawiści, frustracji, bezsilności.

Czyli jest pani odporna.
Trudno się uodpornić na ściek i szambo. One śmierdzą. Ale to nie jest mój smród.

***

Sylwia Spurek jest europosłanką (frakcji Zieloni – Wolny Sojusz Europejski ), prawniczką, działaczką społeczną i polityczną, zajmuje się m.in. prawami kobiet i zwierząt hodowlanych. Zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich w latach 2015–19.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pierwsza matura po deformie. Żeby zdać, trzeba szczęścia albo wielkich pieniędzy

Żeby przejść przez maturę, trzeba mieć dużo zdrowia albo spore pieniądze. A najlepiej jedno i drugie – mówią rodzice i nastolatki z pierwszego rocznika wykształconego w szkołach zreformowanych przez Annę Zalewską. Za sto dni podchodzą do trudniejszych niż dotąd egzaminów.

Joanna Cieśla
31.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną