Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Justyna Wydrzyńska: Moja córka robi o mnie tiktoki. To duma

Justyna Wydrzyńska Justyna Wydrzyńska Piotr Malecki / Napo Images / Forum / Forum
Nie potrzebuję, żeby ludzie z mojego powodu wychodzili na ulice. Potrzebuję i pragnęłabym tego, by nie bali się pomagać drugiej osobie w potrzebie – mówi Justyna Wydrzyńska z Aborcyjnego Dream Teamu, działaczka społeczna.

AGATA SZCZERBIAK: – Znamy treść wyroku, ale nie widzieliśmy twojej reakcji na niego. Jaka była?
JUSTYNA WYDRZYŃSKA: – Wiedziałam, że wyrok będzie skazujący. Sygnałów było tak dużo, że trudno było liczyć na inny obrót spraw. Ale im dłużej słuchałam uzasadnienia, tym większa ogarniała mnie złość na to, jak sędzia pobieżnie sprawdziła dostarczone jej przez nas dokumenty. Poza tym decyzja o winie i uzasadnienie przygotowane w godzinę oznaczało, że wyrok zapadł już dawno temu, a sędzia tylko go odczytała. 24 godz. później dowiedzieliśmy się, dlaczego moja sprawa zakończyła się tak szybko. Mój prawnik mec. Jerzy Podgórski opublikował na swoim Facebooku poruszający wpis na temat tego, co się stało. Oboje uważamy, że ktoś zrobił nas w konia, grał znaczonymi kartami.

Wiemy, że sędzia Agnieszka Wioletta Brygidyr-Dorosz awansowała w trybie pilnym (news „Polityki”). Prace społeczne dla działaczki społecznej. Sprytny wyrok, bo bez bezwzględnego więzienia?
Trzeba pamiętać, że jesteśmy w roku wyborczym. Kończący się rząd wpadł w panikę, widząc 70-procentowe poparcie dla aborcji. Gdybym dostała wyrok bezwzględnego więzienia, w kraju zahuczałoby jeszcze bardziej. Zresztą mniejsza o wymiar kary. Ja po prostu nie zgadzam się z tym wyrokiem. Uważam, że skazanie kogoś za pomoc jest skandaliczne, zwłaszcza kiedy osoba o pomoc prosi. A Ania błagała o wsparcie. Błagała w mejlach, błagała w wiadomościach, błagała, dzwoniąc do Kobiet w Sieci i Aborcji Bez Granic. Mówiła, że jeśli nie dostanie pomocy, jest w stanie zaryzykować własnym życiem i sięgnąć po niebezpieczne sposoby czy nawet skończyć ze sobą.

Podzielenie się tabletkami to nie jest pomoc w aborcji. Udostępnienie kobiecie możliwości i narzędzia, w którą stronę chce pójść i co chce zdecydować, nie może być karalne. Anna tabletki odebrała, ale ich nie zażyła – partner wezwał policję, tabletki zostały skonfiskowane. Ciąży nie donosiła, bo po kilku dniach poroniła.

Macie dziś kontakt?
Rozmawiałyśmy przez telefon. Moja prawniczka udostępniła, na jej prośbę, mój numer telefonu. To była wzruszająca rozmowa. Wcześniej napisała do mnie list, a w nim te słowa: „W sytuacji, gdy osoby, na których ciążył moralny, a na części z nich także prawny obowiązek udzielenia mi pomocy, stały z boku, umywając ręce, a pani podała mi swoją dłoń. To naprawdę wielka rzecz”.

To ona chciała się z Tobą skontaktować? Po raz drugi?
Tak, ona do mnie zadzwoniła.

Uzasadnienie wyroku zostało utajnione.
To akurat nie było celowym zagraniem. W uzasadnieniu sędzia odnosiła się do kwestii, które stanowiły utajnioną część procesu.

Nie ma możliwości opublikowania go, choćby w tej części, która dotyczyła jawnego procesu?
Jest. Prawnicy, których zapytałyśmy, co z uzasadnienia możemy ujawnić, odpowiedzieli, że naszą własną opinię na ten temat. I nasza opinia jest taka, że sędzia kompletnie nie rozumie tego, na czym polega cykl przemocy, co to znaczy potrzeba aborcji albo stygmatyzacja aborcji. To jest tak smutne. Sędzia powołała się na prawo i zasadę, że każdy obywatel państwa jest zobowiązany do jego przestrzegania. Dla mnie jednak kluczowe – z perspektywy osób, które żyją w Polsce i mogą zajść w ciążę – jest pytanie o to, jak mamy żyć i respektować prawo, które jest skierowane przeciwko nam? Prawo, które jest tak bardzo antykobiece? Nie mam zgody na takie prawo i na ten wyrok.

Nie da się nie zauważyć, że żadnego protestu, demonstracji, strajku po wyroku nie ogłoszono.
Absolutnie się z tym nie zgadzam. Amnesty International opublikowało wyniki badań przeprowadzonych na dość sporej grupie społecznej, które wskazują, że prawie 50 proc. społeczeństwa postąpiłaby dokładnie tak jak ja. A w grupie najmłodszych pomiędzy 18. a 15. r.ż. utożsamia się ze mną aż 64 proc. osób. Nie potrzebuję, żeby ludzie z mojego powodu wychodzili na ulice. Potrzebuję i pragnęłabym tego, by nie bali się pomagać drugiej osobie w potrzebie. Wyniki tego badania to dla mnie jedno z dwóch ważnych potwierdzeń, że zrobiłam dobrze, prawidłowo. Potrzebuję, by ludzie podawali numer do Aborcji Bez Granic: 22 29 22 597, informowali, że tabletki do aborcji można zamówić ze strony Womenhelp.org. Te informacje są bardzo potrzebne, setki osób potrzebują ich każdego dnia.

Drugim potwierdzeniem, że zrobiłam dobrze, jest list Ani, który dostałam po jej zeznaniach. Ania napisała, że jest mi wdzięczna za to, co zrobiłam.

Ludzie naprawdę pomagają sobie na co dzień w aborcjach. Wiem, bo z nimi rozmawiam, odbierając telefon Aborcji bez Granic. „Dzwonię w imieniu koleżanki, która właśnie dowiedziała się, że jest w niechcianej ciąży. Jest roztrzęsiona tak, że nie jest w stanie mówić. Chcę wiedzieć, jak mogę jej pomóc”. Albo taka sytuacja: dzwoni matka, bo właśnie dowiedziała się, że jej córka jest w ciąży. Albo: „moja córka jest właśnie w szpitalu, dowiedzieliśmy się, że płód, który się w niej rozwija, ma wady genetyczne. Jak mogę jej pomóc?”. To jest moja codzienność. Ludzie zamawiają dla siebie tabletki. Przekazują sobie zapasy, które trzymają w domach, oddają koleżankom i przyjaciółkom w razie potrzeby. Ale boimy się prawa, które nas stygmatyzuje, związuje nam ręce, lekarze zasłaniają się prawem, mimo że mają obowiązek ratować życie i zdrowie. Boimy się go tak strasznie, że nie chcemy mówić o naszych aborcjach, a jeżeli mówimy, to robimy to po cichu, bo gdyby znalazła się tak nieprzyjazna osoba jak partner Ani, to ci ludzie skończyliby w tym samym miejscu, co ja. Ale ja naprawdę uważam, że nie powinniśmy się obawiać prawa, jeżeli uważamy, że nasze działanie jest słuszne.

Czyli obywatelskie nieposłuszeństwo?
Kiedy prawo cię nie chroni, trzeba się chronić nawzajem.

Zastanawiam się, jakie jest przełożenie wyroku na Twoją codzienną pracę.
Od wyroku „za pomoc” dostajemy trzy razy więcej wiadomości, telefonów i pytań. Pośród tych zapytań znajdujemy dowody na zaufanie. Jedna z ostatnich wiadomości jest taka: „Chciałabym paniom podziękować, że panie są, bo pomimo, że mam 14 lat, nie wiadomo, co może się wydarzyć, ale jednak robi mi się lepiej, gdy wiem, że panie są”.

Mam naprawdę ogromną złość na tę sytuację, a ta złość powoduje jeszcze większą mobilizację do pracy. Więcej siły, poświęcenia temu, nawet kosztem rodziny i bliskich, bo to jest dla mnie na tyle ważna sprawa. Ja sama byłam w takiej samej sytuacji, jak tysiące osób miesięcznie w tym kraju. Wówczas, w 2006 r., nikt nie mógł pomóc, bo nie miał wiedzy, jaką mam dzisiaj ja i moje koleżanki. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy w razie potrzeby nie miały wokół nas osób, które powiedzą: spokojnie, wszystko jest dobrze, nie musisz się bać, to, co się z tobą dzieje, jest prawidłowe.

Ja nie miałam takiej osoby. Byłam przerażona, że zemdleję, bo krwawienie będzie tak duże, a przecież jestem sama z trójką dzieci, których nie nauczyłam, jak zadzwonić po karetkę. Nie chcę, żeby ktokolwiek musiał dzisiaj bać się tak jak ja wtedy. Zasługujemy na rzetelną informację o tym, że aborcja farmakologiczna przeprowadzona w domu to rekomendowana przez Światową Organizację Zdrowia i bezpieczna metoda przerywania ciąży, a tabletki, które można zamówić do domu, nie są drogie. Zasługujemy, żeby zrobić to na własnych warunkach, oraz na osobę, która przez telefon i komunikatory będzie z nami wtedy wirtualnie. I powie nam, że wcale nie musimy się bać. Ja w 2006 r. błagałabym o taką pomoc, gdyby w ogóle taka wtedy istniała.

Kto Ci wtedy pomógł?
No właśnie nikt. Ja wtedy brałam różne dawki leków, w różnych kombinacjach. Nie pomagało. Ostatecznie poznałam parę, która zamówiła leki od organizacji Women on Web i im się udało. Postanowiłam zrobić to samo, zamówić te same leki, myśląc, że pewnie nie przyjdą i zostanę oszukana. Wydanie wtedy 70 euro nie było łatwe. Ale się udało. Leki przyszły. Przerwałam ciążę tabletkami misoprostol i mifepriston. Ale skończyłam prawie w 12. tygodniu, tak jak Ania.

Przerwałaś ciążę w swoim domu?
Tak, w swoim domu, w swojej łazience. Dzieci były razem ze mną. Oglądaliśmy „Madagaskar”. Pamiętam, że żeby zabić stres, tańczyliśmy do piosenki „Wyginam śmiało ciało”. Pamiętam to do dziś doskonale.

Widziałaś siebie w historii Anny?
Od samego początku. Od momentu, kiedy dowiedziałam się, że każdy jej SMS jest czytany przez męża. Dla mnie było oczywiste, że kiedy doświadczasz tak dużej kontroli, nie musisz mi mówić nic więcej, bo znam ten schemat. Doświadczyłam dokładnie tego samego. To słowa klucze, które wystarczają, żeby zorientować się, jaka jest sytuacja.

W jaki sposób wyszłaś z tego związku?
Dzięki moim rodzicom, którzy w dramatycznym momencie natychmiast przyjechali po mnie. Jak staliśmy, tak wyszliśmy z domu. Ja i trójka moich dzieci. Zajęło mi dwa lata od przerwania ciąży, żeby dojrzeć do tej decyzji o wyprowadzce i rozwodzie. To była trudna decyzja, zwłaszcza kiedy planem na życie było posiadanie dzieci i rodziny. Myślisz sobie, że przecież nie chcesz rozbijać rodziny, że może jest co prawda z niego zły mąż, ale dobry ojciec dla dzieci. Druga wyprowadzka była ostatnią. Za pierwszym razem wróciłam do męża.

To jest charakterystyczne dla cyklu przemocy, te powroty.
Doświadczamy czegoś złego, potem partner nas przeprasza, następuje moment, kiedy jest fajne i dobrze, myślimy, że coś może się wreszcie zmieniło i będzie wreszcie lepiej. Ale potem wraca napięcie i sytuacja kryzysowa. To trwa latami, stopniowo, przyzwyczajamy się do takiego funkcjonowania, aż łapiemy się na tym, że sprawy zaszły za daleko. Bez wsparcia z zewnątrz czasami nie jesteśmy sobie w stanie z sytuacją poradzić same.

Ale nie wszystkie kobiety, które przerwały ciążę, zaczynają pomagać innym. Dlaczego Ty zaczęłaś?
Nie zgadzam się. Ja bym powiedziała, że to typowe. Tak po prostu często bywa. Ja po swojej aborcji miałam poczucie, że jeżeli mnie się udało, i było to tak łatwe, to wszyscy powinni o tym wiedzieć. Zaczęłam najpierw opowiadać o tym, jak to wyglądało. Pisałam bloga. Potrzebowałam to zrzucić z siebie, ale potrzebowałam też pisać o przemocy. Rozmawiałam z ludźmi na różnych forach internetowych, zaczęłam podawać nawet swój numer telefonu, gdyby ktoś chciał pogadać. Poznawałam osoby, które też już miały takie doświadczenie za sobą, i razem uznałyśmy, że naszą wiedzą trzeba się podzielić. Ogromna była też stygmatyzacja w postaci komentarzy, gdy pisałyśmy, że czujemy „po” głównie ulgę. Smutek też, ze względu na znalezienie się w trudnej sytuacji, ale głównie ulgę, że nie mamy już problemu. Komentowano nasze powody do aborcji.

Po kilku miesiącach uznałyśmy, że zbudujemy własną, bezpieczną przestrzeń. Nasze forum przez 16 lat funkcjonowało w różnych domenach, od 2013 r. funkcjonujemy jako Maszwybor.net. Tam wspieramy w aborcjach. Osoby, którym pomogłyśmy, często chcą to, co dostały, oddać, przekazać dalej. Pomóc. Są z nami czasem na tydzień, dwa, a czasami zostają na lata. W międzyczasie powstała organizacja Women Help Women zapewniająca dostęp do tabletek aborcyjnych, z którą blisko współpracujmy. W 2019 r. razem z innymi organizacjami założyłyśmy Aborcje Bez Granic, bo uważamy, że dostęp do aborcji nie powinien zależeć od paszportu czy grubości portfela.

Od aborcyjnej okładki w „Wysokich Obcasach” w 2018 r. minęły lata świetlne, jeśli chodzi o sposób mówienia i pisania o aborcji w Polsce, także tej farmakologicznej.
Jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Bardzo się z tego cieszę. Wtedy oburzało to, że się uśmiechamy, tło okładki jest różowe, niewiele osób przeczytało właściwy artykuł. Dziś ubieramy się do sądu w brokat i cekiny. Hasło „aborcja jest OK” było wykrzykiwane w trakcie protestów po wyroku pseudo-Trybunału w 2020 r. i na początku 2021 r.

Będzie apelacja?
Będzie. Nigdy się nie poddam, jeśli chodzi o pracę społeczną na rzecz osób, które mogą być w ciążach, chcianych czy niechcianych, które podejmują decyzję o aborcji. A dzięki temu, że sprawa ma wsparcie społeczne, a także instytucji zagranicznych włącznie z europarlamentem, nie mogę powiedzieć, że nie mam już siły. Tu nie tylko chodzi o mnie – każdą aktywistkę w Europie i na świecie może spotkać dokładnie taka sytuacja. Prawo w niemal każdym kraju europejskim jest przestarzałe i mówi to samo: nie można przekazywać sobie tabletek. To dla mnie jest głupota! WHO mówi przecież, że aborcja farmakologiczna to bezpieczna metoda i nie potrzeba tu interwencji lekarza. Daje się narzędzie osobom w potrzebie i mówi: proszę, możesz zrobić to sama.

Twój ostatni telefon odebrany na pomocowej infolinii?
Zaraz przed rozprawą, późnym wieczorem, zadzwonił mój telefon. Numer, którego nie znam. Byłam przed procesem, więc nie odebrałam. Coś mnie jednak tknęło i napisałam SMS-a: nie mogę teraz rozmawiać, ale proszę napisać, o co chodzi. Odpisała dziewczyna, że jest po pierwszym razie i boi się, że zajdzie w ciążę. Pomyślałam, że to jest sytuacja, w której nie mogę nie oddzwonić. Moje dziecko mogłoby być w takiej sytuacji, a ja nie mogłabym nie odebrać telefonu od mojego dziecka. Rozmawiamy na temat tego, co się wydarzyło. Osoba jest dobrze zorientowana w tym, w którym dniu cyklu jest, kiedy miała okres, kiedy kolejne krwawienie. Nic nie sugerowało, że mogła zajść w ciążę: zabezpieczyła się, to nie były dni płodne. Objawy, które miała, to tylko objawy pochodzące z twojej psychiki i lęku – tak jej tłumaczyłam. Odetchnęła, ale następnego dnia lęki wróciły, więc kontynuowałyśmy naszą rozmowę.

Córki są dumne?
Mam dwie córki i syna. Jesteśmy w ciągłym kontakcie. Dwoje z nich nie mieszka w Polsce. Najmłodsza jest tegoroczną maturzystką. Robi tiktoki na temat mojej rozprawy i uważam, że to jest pewnego rodzaju duma i chwalenie się. To mnie zawsze wzrusza, bo ona się nie boi hejtu, który może i na nią niestety spaść. Przyjechała do mnie po rozprawie, pojechałyśmy do TVN-u, żeby mogła zobaczyć chociaż kawałek programu. Kiedy zaczęłam wspierać kobiety w aborcjach, moja młodsza córka miała zaledwie dwa lata. Wyrastała w tym. Czasami moje dziecko ma tylko pretensje do mnie o to, że szybciej odbieram telefon od obcej osoby niż od niej. Ale tak moje życie wygląda od wielu już lat.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Historia

Mieli rusyfikować, a się spolonizowali. Rosyjscy kolonizatorzy na Mazowszu

W XIX w. car sprowadził na Mazowsze rosyjskich kolonistów. Mieli krzewić rodzimą kulturę i zruszczać okoliczną ludność. Zamiast tego Rosjanie sami się spolonizowali.

Violetta Wiernicka
21.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną