Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Polscy rodzice w pułapce sejfizmu: wszędzie wożą dzieci. Trzeba z tym wyhamować

Od 40 do 54 proc. polskich uczniów jest dowożonych do szkoły przez rodziców. Od 40 do 54 proc. polskich uczniów jest dowożonych do szkoły przez rodziców. PantherMedia
Od 40 do 54 proc. polskich uczniów dowożą do szkoły rodzice. A według badań ci „dowożeni” wyrastają na osoby mniej samodzielne w porównaniu z rówieśnikami docierającymi na lekcje pieszo czy komunikacją miejską.

Poranek na warszawskiej Pradze. Prawy pas Grochowskiej pod jedną z podstawówek jak zwykle o tej porze przytkany z powodu aut stojących na światłach awaryjnych. Co chwila dojeżdżają kolejne. Z samochodów wychodzą zaspane dzieci, wloką się na lekcje, a ich rodzice chaotycznie próbują z powrotem włączyć się do ruchu. Sporo z nich wróci tu po południu. Odbiorą pociechy ze szkoły i powiozą dalej: na angielski, hiszpański, piłkę, judo, jazdę konną. I tak od poniedziałku do piątku. Ilu z nas dotyczy rytuał dowożenia? Dlaczego to sobie – a przede wszystkim dzieciom – robimy?

Nie tędy droga

Z sondażu przeprowadzonego jakiś czas temu przez IBRiS dla banku Santander wynika, że zależnie od wielkości miasta od 40 do 54 proc. polskich uczniów jest dowożonych do szkoły przez rodziców. Tylko co piąte dziecko korzysta z komunikacji zbiorowej, a 36 proc. przychodzi na lekcje pieszo – w młodszych klasach zazwyczaj z jednym z rodziców. Połowa „zmotoryzowanych” uczy się w klasach 4–8 – wynika ze statystyk. Niedawny audyt Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie pokazuje nieco lepsze dane: podwożonych ma być 22 proc. młodych warszawiaków, a po południu autem wraca tylko 14 proc. dzieci.

Wydawałoby się, że tendencja do dowożenia ma związek wprost proporcjonalny do odległości między miejscem zamieszkania a szkołą. Otóż niekoniecznie: badania wrocławskiego stowarzyszenia Akcja Miasto sprzed kilku lat wykazały, że prawie połowa tamtejszych uczniów codziennie przyjeżdża na lekcje samochodami, choć większość ma do szkoły mniej niż kilometr. Podobną prawidłowość ustalił Polski Klub Ekologiczny w przypadku Łodzi, gdzie do jednej ze szkół samochodem dojeżdżało aż 46 proc. uczniów. Połowa z nich miała do pokonania z domu ponad 2 km, a niewiele mniejszy odsetek mieszkał kilometr od szkoły lub bliżej.

O co chodzi? Czy dzieciom nie chce się ruszać? – Przede wszystkim uważnie obserwują i przejmują nasze zwyczaje. Jeśli rodzice lubią wszędzie jeździć autem, przyzwyczajają dziecko, że tak jest szybciej i wygodniej – mówi Karolina Ziegart-Sadowska, psycholożka. Ankietowani dorośli przyznają, że wolą dowozić, bo i tak mają po drodze, a przynajmniej dziecko może sobie dłużej pospać. Nieliczni (6 proc.) pytani przez IBRiS deklarowali, że wozić dzieci do szkoły po prostu lubią.

Pas bezpieczeństwa

Z sondaży wynika jednocześnie, że dla wielu matek i ojców liczy się nie tylko wygoda, lecz przede wszystkim bezpieczeństwo. – Łatwo zrozumieć, że rodzice nie chcą, by dziecko jechało rowerem przez pół dzielnicy w porannym czy popołudniowym szczycie, jeśli na trasie brakuje bezpiecznie wytyczonych ścieżek rowerowych. Coraz częściej bywa jednak tak, że mówiąc o bezpieczeństwie, dorośli mają na myśli konieczność ogarnięcia przez 10-, 11-latka przesiadki z autobusu do tramwaju czy przejście po pasach przez kilka ruchliwych ulic, co zakrawa na nadmiernie lękowe podejście – mówi dr Radosław Kaczan, psycholog rozwojowy z SWPS.

„Troska o bezpieczeństwo dzieci, skutkująca wożeniem ich do i ze szkoły oraz na zajęcia dodatkowe, jest jednym z najlepszych przykładów strategii, która wydaje się mieć sens w wymiarze indywidualnym, podczas gdy przestaje działać stosowana na masową skalę. Większy ruch samochodów oznacza więcej wypadków i zanieczyszczeń powietrza – a te szkodzą najbardziej dzieciom – czyli w efekcie przekłada się to na mniej bezpieczeństwa i więcej problemów ze zdrowiem” – przekonują na swojej stronie inicjatorzy akcji #UlicaSzkolna, czyli Stowarzyszenie Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego. I namawiają zwłaszcza wielkomiejskich rodziców do zmiany podejścia.

Po pierwsze dlatego, że dowożenie zmniejsza i tak ograniczoną ilość aktywności fizycznej w ciągu dnia, a to jest, jak wiadomo, niezbędny czynnik prawidłowego rozwoju i zdrowia. – W tym przypadku chodzi nie tylko o ryzyko rozwoju otyłości czy problemy z kręgosłupem. Jeśli w ciągu dnia przemieszczamy się na trasie: garaż podziemny–szkoła–angielski–garaż podziemny–dom, to brakuje nam ekspozycji na naturalne światło, potrzebne dla dobrego samopoczucia i zdrowia psychicznego – wyjaśnia Karolina Ziegart-Sadowska.

Stowarzyszenie Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego, powołując się na badania prowadzone m.in. w Niemczech, Danii, Kanadzie i Australii, dowodzi, że uczniowie, którzy dostają się do szkoły samodzielnie, mają w ciągu dnia lepszy nastrój i osiągają lepsze wyniki w nauce niż ci regularnie przywożeni samochodem. Naukowcy z duńskiego Uniwersytetu Aarhus ustalili, że dzieci przyjeżdżające do szkoły rowerami mają w porównaniu z dowożonymi rówieśnikami znacznie lepszą koncentrację (intensywne skupienie utrzymuje się przez cztery godziny lekcyjne) i zdolności poznawcze (na poziomie dzieci starszych o pół roku). Jessica Westman, badaczka z uniwersytetu w Karlstadt w Niemczech, wykazała natomiast, że „dowożeni” wyrastają na osoby mniej samodzielne i o niższym poczuciu bezpieczeństwa w porównaniu do rówieśników docierających na lekcje pieszo, rowerem czy komunikacją miejską.

To ten aspekt współczesnego trybu życia, napakowanego dodatkowymi zajęciami, doszkalaniem, rozwijaniem hobby, którego dzieci są i beneficjentami, i ofiarami, psychologowie rozwojowi podkreślają najmocniej. – Co z tego, że dziecko będzie się po szkole uczyło trzech języków obcych, jeśli w ciągu dnia nie ma czasu budować relacji z kolegami z klasy? Kilka przerw między lekcjami czy chwila w szatni to za mało na luźną rozmowę, wspólne eksplorowanie, swobodną zabawę. Nie dziwmy się, że nasze dzieci przesiadują po powrocie do domu na komunikatorach czy umawiają się na wspólne granie w sieci. To im daje namiastkę poczucia przynależności – mówi Ziegart-Sadowska.

Pułapki sejfizmu

Według specjalistów jeśli nie umożliwiamy dziecku podejmowania działań, które uczą je wiary w siebie i samodzielności, ograniczamy jego prawidłowy rozwój emocjonalny i psychospołeczny. A jednym z takich działań może być właśnie poruszanie się po mieście. – Z samodzielnym dojeżdżaniem na trening czy powrotem ze szkoły z kolegami przez park jest trochę jak z niebezpieczną zabawą: zawsze istnieje element ryzyka, że coś się stanie, spadnę z drzewa, obiję kolano, rozedrę bluzę. Zgubię się w przejściu podziemnym na stacji metra? To zapytam kogoś o kierunek. Pojechałam autobusem za daleko? Tramwaj się zepsuje? Trudno. Dla dziecka takie trudności to przygoda, na początku może i stres, ale jak inaczej człowiek ma się przekonać o własnej sprawczości? – wyjaśnia dr Radosław Kaczan.

Kto ma dzieci, ten wie, że maluchy odkąd tylko nauczą się chodzić, każdy murek czy płotek traktują jak wyzwanie. Jeśli rodzice pozwalają na tego typu aktywności najeżone mikroprzeszkodami, rośnie szansa, że ich dzieci szybciej – choć pewnie niebezboleśnie – zdobędą cenne umiejętności. – Trzymanie pod kloszem nie pozwala małemu człowiekowi zgromadzić tych wszystkich cennych rozwojowo doświadczeń, sytuacji, kiedy miał szansę się przekonać, że da sobie radę – mówi Radosław Kaczan.

Zatem rodzice, nadmiernie chroniąc, nie pomagają. Tymczasem dziś przed dziećmi, nastolatkami, wreszcie młodymi dorosłymi coraz rzadziej stawiane są nawet prozaiczne wyzwania – uważa dr Radosław Kaczan. – Rośnie tendencja przeciwna: do chronienia naszych „piskląt” przed trudnościami, nieprzyjemnościami.

Amerykański psycholog społeczny Jonathan Haidt nazwał to zjawisko „sejfizmem”. Niewykluczone, że ta nasza, dorosłych, obsesja dotycząca bezpieczeństwa w wymiarze psychicznym, czyli usuwanie przewidywanych przyczyn stresu, dyskomfortu, frustracji, kreuje pokolenia nieprzygotowane do prawdziwego życia.

Czasem człowiek się zgubi. Spóźni. Zaśpi i nie wyjdzie punktualnie. Nie pozwalając dorastającym dzieciakom, żeby jak najczęściej miały okazję radzić sobie same, również z konsekwencjami, zaciągamy hamulec na drodze do spokoju i pewności siebie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Duda nie wypełnia obowiązku. Ktoś się łudził?

PiS i Andrzej Duda dostarczyli przekonującego dowodu, że powoływani przez nich ambasadorowie byli, ogólnie rzecz biorąc, marnej jakości. Konflikt prezydenta z rządem Tuska na tym tle właśnie się pogłębił.

Marek Ostrowski
13.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną