Bitwa na kotlety
Nowa piramida żywieniowa. Ameryka lansuje, świat to łyka. A ludzie znów nie wiedzą, co jeść
PAWEŁ WALEWSKI: Niech zgadnę: zjadł pan dzisiaj na obiad stek usmażony na łoju wołowym, do tego była sałatka polana pełnotłustą śmietaną, a na koniec szklanka surowego mleka. Smakowało?
DAMIAN PAROL: Surowe mleko zdarzyło mi się pić w dzieciństwie, bo rodzicie jeździli po takie na wieś. Obecnie uważam, że ryzyko przeważa nad wątpliwymi korzyściami. Stek na łoju wołowym to zdecydowanie nie moja bajka – tym bardziej że w Polsce używany jest raczej smalec.
Ale to wymarzony jadłospis amerykańskich ekspertów od żywienia: zamiast owsianki na śniadanie jajka na boczku i maśle, na obiad czerwone mięso, na kolację tłusty ser. Mamy do czynienia z rewolucją czy polityką, bo tak jadają prezydent Stanów Zjednoczonych i jego sekretarz zdrowia Robert F. Kennedy Jr?
Niedawno ogłoszone amerykańskie wytyczne żywieniowe to jak kombinacja szpagatu z krokiem w tył. Dziwne jest już to, że przygotowano je w postaci piramidy żywieniowej. Ten koncept graficzny porzucono kilkanaście lat temu, bo nie był czytelny. W nowych wskazówkach jest mnóstwo niekonsekwencji, zmiany korzystne wymieszane są z niezrozumiałymi. A zatem decydująca okazała się chyba polityka – by zadowolić różne frakcje wyborców i przemysłu.
Kogo ma pan na myśli?
Kennedy zarzeka się, że podczas jego rządów w departamencie zdrowia wszystko jest wolne od wpływów politycznych, ale przecież sam zadeklarował, że nowe zalecenia mają wspierać między innymi amerykańskich producentów mięsa wołowego. Mamy tu także wyraźny ukłon w stronę populizmu, idący w parze z niezwykle popularnym – zwłaszcza w internecie – trendem antynaukowym i pseudomedycznym, w którym zawiera się też tzw. dietetyka alternatywna.
A konkretnie?