Superbelferka
Superbelferka dla „Polityki”: U mnie nie ma migania się. A jeśli trzeba będzie robić TikToki, to zacznę
JOANNA CIEŚLA: Podobno straszna z pani piła…
EWA DROBEK: Pewnie. Uważam, że w szkole trzeba stawiać wymagania i trzymać się zasad. Była zapowiedziana klasówka, to będzie klasówka. U mnie nie ma migania się ani „jazdy na opinii”. Trzeba uczyć młodzież, że do sukcesu prowadzą ciężka praca i konsekwencja. Ale trzeba też młodym ludziom dawać zrozumienie i życzliwość. Bez tego nie da się zbudować zaufania, a bez zaufania trudno razem pracować.
Nauczycielka z umęczonej polskiej oświaty trafia do elity najlepszych pedagogów na świecie – tak postrzega się grono wyróżnionych w konkursie Global Teacher Prize, w którym jest pani w ścisłym 10-osobowym finale. I możliwe, że wygra pani tę światową nagrodę, okrągły milion dolarów. Jak to wszystko się stało?
Moja szkoła akurat nie jest umęczona. Bardzo chciałam w niej pracować i do dziś uważam, że dobrze wybrałam.
Chciała pani, ponieważ?
Ponieważ bardzo mnie inspiruje postać Narcyzy Żmichowskiej, patronki naszego liceum, wielkiej polskiej feministki. Ona stanowczo stawiała na dziewczyny, na kształcenie ich, aby były osobami niezależnymi, krytycznie myślącymi, żeby znały języki, przejmowały odpowiedzialność. Współcześnie mówiąc, żeby wyrastały na prezeski. Było też dla mnie ważne, że w naszej szkole pracuje liczne grono nauczycieli autorytetów, od których mogę się uczyć. Ale faktycznie nawet u nas widać drugą stronę, odbijającą trudną kondycję polskiej oświaty. Nie ma zastępowalności pokoleń wśród nauczycieli. Młodych pracuje u nas dziesięciu.
A łącznie jest ilu?
Około 60. Większość z nich za kilka lat odejdzie na emeryturę. I szkołę albo trzeba będzie zamknąć, albo przyjąć ludzi bez doświadczenia, z innych branż, jeśli znajdą się chętni.