Tygrysy kontratakują
Tygryski kontratakują. Ta seria była fenomenem PRL. Wraca i wojuje o nowego czytelnika
Inne czasy – inne słowa. Dziś zamiast legendarne mówi się kultowe, a emblemat to logo. Strefę wpływów zastąpiły wzięte z internetowych socjali zasięgi. Tygryski – nazywane tak od logo z żółtym ryczącym tygrysem – wydawane w latach 50. i 60. zeszłego wieku też miewają kłopoty ze słowami i trzeba je tłumaczyć na dzisiejszość, aby nowy czytelnik nie potykał się na różnych „zaplutych karłach reakcji” lub „kręgach rewanżystowskich”.
Tylko rynek bardziej przypomina bitewny front niż w PRL, kiedy książki wydawały firmy państwowe, bo innych nie było. Telewizor był rarytasem, a internet futurologią, więc ludzie czytali. Teraz książka walczy o grymaśnego klienta, ale akurat tygryski mają metodę marketingową, która się nie zestarzała. Jak to sentencjonalnie ujął recenzent serii w 1974 r.: „poważny temat podany w sposób prosty i atrakcyjny jest powszechnie akceptowany”.
Sentymenty
Michał, rocznik 1970, właściciel kilkudziesięciu tygrysków, wspomina je jako blockbustery podstawówek. W latach 70. i 80. były walutą w szkolnym handlu wymiennym obok resoraków Matchbox i Majorette, komiksów „Tytus, Romek i A’Tomek” i tych o kapitanie Żbiku.
Cena wiązała się z dojrzałością: za jednego obitego Matchboxa, którym siódmoklasista już się nie bawił, mógł dostać trzy tygryski od drugoklasisty, który świsnął je rodzicom z półki. Zdarzało się, że ten były drugoklasista, spotkany po latach, miał pretensję, że został oszukany, bo tymczasem już sam wpadł w szpony tygrysków.
– W tamtych czasach nikt z dorosłych nie zwracał uwagi, kiedy bandy uzbrojonych w zabawkową broń chłopaków „zabijały się” na podwórkach – opowiada Michał. – Druga wojna światowa była naszą pasją, chciało się o tym wiedzieć wszystko, a tygryski tej wiedzy dostarczały.