Predator z Tindera
Predator z Tindera. Wygląda niegroźnie, krzywdził latami. Miał na usługach polską policję
Robert I., lat 48. Wygląda niegroźnie, może nawet sympatycznie. Przeciętny, ani przystojny, ani wysportowany, ale potrafił obsadzać się w roli amanta. I to pomimo że twarz ma pulchną, zakola wyraźne. Ale był pomocny, serdeczny, romantyk rysujący serduszka na piasku. Na początku znajomości. Bo na końcu był już tylko wyrachowanym, pozbawionym uczuć brutalem, który nie miał oporów, żeby bić, a nawet zgwałcić. I na chłodno szantażować kolejne kobiety kompromitującymi materiałami, filmikami, które skrupulatnie nagrywał z ukrycia.
Ten opis może być pomocny, bo mężczyzna ciągle jest na wolności i poluje. Myśliwi powiedzieliby, że poluje na ranne zwierzęta. Szuka majętnych kobiet w kryzysie spowodowanym śmiercią męża, rozwodem czy samotnością. Kradnie tożsamości, używa wielu nazwisk i cudzych wizerunków, które umieszcza jako swoje na portalu randkowym Tinder, gdzie szuka ofiar. Czy na FB, zapraszając do grona znajomych. Tak zrobił z żoną biznesmena, gdy przeczytał, że się rozwodzi. Służył jej pomocą, woził jej córkę na rehabilitację, zabierał na krótkie wypady. Pozował na zamożnego, przyjeżdżał bardzo drogimi samochodami, mówił, że prowadzi firmę budowlaną.
Najpierw poprosił o pożyczenie 45 tys. zł na podatek, potem o 130 tys. zł na naprawę dźwigu. I jeszcze o 150 tys. zł, żeby dokończyć budowę. Pokazywał umowę na 5 mln zł, dlatego wierzyła, że jest wypłacalny. Ale gdy zaczęła domagać się zwrotu, najpierw ją zwodził, a potem zaczął niszczyć. „Zostałam oszukana, okradziona, byłam szpiegowana, zastraszana i zdeptana psychicznie” – mówiła niedawno w sądzie łamiącym się głosem ta twarda niegdyś kobieta.
Ciocia, ratuj!
Na Tinderze jako „Darek” nawiązał kontakt z kobietą załamaną po śmierci męża. Poszukiwała otuchy, a on słuchał, był wrażliwy.