PSZOK i niedowierzanie
PSZOK i niedowierzanie. Jak to się sprawdza? Można stworzyć polską mapę upokorzeń
Niewygodne, niepraktyczne, niedostępne, oddalone, zatłoczone, przepełnione, chaotyczne, skomplikowane, nieprzyjazne, niewydolne, frustrujące. Takie bywają według użytkowników polskie PSZOK-i, czyli Punkty Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych. Od 2013 r. każda gmina ma ustawowy obowiązek prowadzenia przynajmniej jednego (może też podpisać umowę z sąsiednią gminą). Dziś w kraju jest ok. 2130 PSZOK-ów (gmin – 2479). Ich zadaniem jest przyjmowanie od mieszkańców odpadów, których nie można wyrzucić do pojemników koło domu: gruzu, elektrośmieci, mebli, opon, chemikaliów. Ma to ograniczyć dzikie wysypiska i zwiększyć poziom recyklingu, co więcej – zrobić to taniej niż w systemie odbioru „od drzwi do drzwi”.
Na oko punkty też wyglądają sensownie: wyznaczone sektory, oznaczone kolorami kontenery, waga i schludnie ubrani pracownicy. Z Trójmiasta, Szczecina, Warszawy, z miast wojewódzkich i powiatowych oraz z gminnych wsi płyną jednak sygnały, że PSZOK-i są torem przeszkód, na którym logika przegrywa z regulaminem. Unijne wymogi, ambicje państwa, możliwości samorządów i doświadczenia mieszkańców co rusz przechodzą na PSZOK-ach crash testy.
Problem zaczyna się od paradoksu: infrastruktura niby jest w całym kraju, ale dysproporcje są ogromne. Tylko większe miasta mają więcej niż jeden PSZOK, to jednak nie załatwia sprawy. Krynica Morska ma swój punkt gminny dla 1,4 tys. mieszkańców, a w Warszawie na każdy z pięciu punktów przypada niemal 300 razy więcej mieszkańców (prawie 400 tys. osób). Kolejki, ograniczone godziny otwarcia i coraz bardziej szczegółowe wymagania dotyczące segregacji sprawiają, że wielu mieszkańców miast i gmin czuje się bardziej petentami niż partnerami systemu ochrony środowiska. Przeprowadzka, remont czy porządki w piwnicy mogą zamienić się w logistyczną operację wymagającą samochodu, wolnego dnia i oceanu cierpliwości.