Cmentarzyk
Cmentarzyk w Lutoryżu. Reporter „Polityki” bada tajemnicę ogródka patomorfolożki. Rzucała się w oczy
Rzucała się w oczy, bo kochała życie. Tak mówi nieoficjalnie znajoma dr Magdaleny H. Styl może nieco papuzi – jaskrawe włóczkowe poncza, długie włosy ufarbowane na marchewkowo – a pod spodem delikatność, dobroć i poczucie humoru. Na Magdalenę można było liczyć bez względu na porę. Nagle znajoma zdaje sobie sprawę, że mówi o dr H. w czasie przeszłym, a przecież ona żyje. Dr Magdalena H., lat 57, renomowana patomorfolożka, od 12 czerwca siedzi w areszcie pod zarzutami znieważenia zwłok i porzucenia odpadów niebezpiecznych (szczątków ludzkich) w miejscu nieprzeznaczonym do ich składowania. Konkretnie – we własnym ogródku na osiedlu domów we wsi Lutoryż pod Rzeszowem.
Braki
Osiedle jest ciasne, ale przy sprzedaży używano słowa „kameralne”. Domy w modnym stylu skandynawskim, a między nimi kilka metrów odstępu. Okna patrzą w inne okna. Jedynie skrajne działki mają więcej oddechu – widok na cmentarz parafialny za drogą i pogórza karpackie jako tło. Dom H. to działka środkowa, więc teraz policja rozpytuje sąsiadów, czy nie widzieli, jak samotna kobieta o pomarańczowych włosach prowadzi wielokrotnie powtarzane głębokie prace ziemne. Nie widzieli.
Kopiąc doły, Magdalena H. była na kolejnym zakręcie życiowym. Złe czasy zaczęły się dla niej, kiedy skończyła pięćdziesiątkę. Znajomi to widzieli, próbowali rozmawiać, ale zmieniała temat – była niezależna, nie chciała współczucia. Wiadomo było, że nie ma pieniędzy. A powód tych braków bywał tematem żarcików. Po prostu, jak się to teraz delikatnie mówi, bliscy podejrzewali u Magdy ostry kryzys wieku średniego. A jego objawy były tak farsowo typowe, że całkiem nie pasowały do ogarniętej, stabilnej życiowo Magdaleny, jaką znali wcześniej. Nie stać jej było na dom w Lutoryżu.