Zoo w Łącznej po akcji policji. Ucierpiało prawie 600 zwierząt. Pytań wciąż więcej niż odpowiedzi
Przez ostatnie kilka dni byliśmy świadkami niewiarygodnych wręcz wydarzeń w prywatnym zoo w Łącznej na Dolnym Śląsku. Na teren ogrodu zoologicznego weszła prokuratura z policją, dyrektorowi Marcinowi N., który jest synem właścicieli, postawiono zarzuty znęcania się nad co najmniej 561 zwierzęciem. Nadal w całej sprawie więcej jest pytań niż odpowiedzi, natomiast pewne jest jedno. Tak skandalicznie źle przeprowadzonej interwencji nigdy dotąd nie było.
Chaos, nie interwencja
Akcja zaczęła się we wtorek 13 października. Policja zatrzymała pięć osób, w tym dyrektora zoo Marcina N. Prokuratura zapewniała, że działania odbywają się w obecności wojewódzkiego inspektora weterynarii i zgodnie z jego zaleceniami, a ich celem jest przeprowadzenie oględzin, zabezpieczenie zwierząt oraz zapewnienie im odpowiedniej opieki i bezpieczeństwa. I niemal natychmiast przystąpiono do wywożenia części zwierząt. Nie bez oporu ze strony mieszkańców i zwolenników zoo, którzy licznie zgromadzili się przed bramą. Byli nawet przed policją i prokuraturą, bo dzień przed interwencją Marcin N. poinformował w mediach społecznościowych o planowanych działaniach służb. Więc się przygotowali i próbowali zatrzymać „kradzież” zwierząt, kładąc się pod kołami samochodów.
Okazało się, że większość zwierząt pojechała do Holandii. Do zoo Landgoed Hoenderdaell w Holandii trafił tygrys bengalski, sześć surykatek, kangur rdzawoszyi, trzy kangury rude, cztery sajmiri wiewiórcze, jedna ara, dwa tukany i trzy czubacze. A właściwie nie tyle do zoo, ile do Fundacji Stichting Leeuw, która określa się jako „profesjonalna, działająca od 14 lat organizacja ratunkowa”.