Jakie życie, taka śmierć
Jakie życie, taka śmierć? Oddaliśmy nasze umieranie w ręce ludzi, którzy nie są na to gotowi
JULIUSZ ĆWIELUCH: – Dlaczego młoda kobieta zajmuje się śmiercią?
ANJA FRANCZAK: – Kiedy śmierć weszła w moje życie, siłą rzeczy musiałam się z nią skonfrontować.
A którymi drzwiami weszła?
Tymi prowadzącymi do najbardziej wrażliwych miejsc. 11 lat temu straciłam dziecko w czasie ciąży.
Który to był miesiąc?
A dlaczego pyta pan, który to był miesiąc?
Taką mam naturę i zawód. Nie chciałem pani urazić.
Nie chodzi o urażenie, bardziej o to, jakie ludzie zadają pytania w kontekście żałoby i straty. Jestem często pytana właśnie o to, który to był miesiąc. Jakby to była najważniejsza kwestia w kontekście mojej żałoby. To zresztą uniwersalny mechanizm. Mówisz: odeszła moja babcia, a najczęściej pierwsze pytanie brzmi: ile miała lat? Jak miała 90, to będziemy jej mniej żałować, niż gdyby miała lat 70 czy 60?
Nażyła się. Sam to wiele razy słyszałem w takim kontekście.
I ja. A jest jeszcze dużo więcej pytań. Wobec tego, co mnie spotkało, można przecież zapytać o tyle innych rzeczy: w jakich okolicznościach to się wydarzyło?; jak zareagował mój partner albo jak się mną zaopiekował personel medyczny? A jednak ludzie najczęściej pytają o to, ile miała miesięcy. W angielskim jest pojęcie disenfranchised grief – nieuznana żałoba. To taki stan, w którym ktoś doświadcza bolesnej straty, ale otoczenie tego nie rozumie, a czasem wręcz odmawia prawa do wyrażania smutku.
Opowiadając o tym mechanizmie, lubię posługiwać się przykładem ukochanego zwierzęcia. Strata takiego przyjaciela dla opiekuna lub opiekunki bardzo często jest głębokim doświadczeniem. Ale mówiąc o tym, z dużym prawdopodobieństwem usłyszy: daj spokój, to tylko pies; albo: schroniska są pełne bezpańskich zwierząt, weź się w garść, przecież to nie koniec świata.