Jak kochają zwierzęta

O miłości
Symbolem walentynkowego święta powinny być ptaki krukowate.

 

Co prawda św. Walenty z miłością mi się w ogóle nie kojarzy, ale od pewnego czasu Polacy ulegli walentynkowej magii serc. Nie wiem, czy ma to być dzień ułatwiający nieśmiałym zakochanym oświadczyny, czy przypominający niezakochanym, żeby się zakochali. A może po prostu ma przypominać, że miłość to uczucie potrzebne do normalnego życia? Czy my wiemy, co to jest normalne życie i miłość? Mam wątpliwości, bo gdybyśmy wiedzieli, walentynki nie byłyby nam potrzebne. Zwierzęta nie obchodzą takich świąt. Nie muszą. Wiedzą, co to miłość.

Miłość ma wiele odcieni. Ludzie zwykli dzielić ją na tę do płci odmiennej, macierzyńską, ojcowską, tę do rodziców, dziadków, przyjaciół i braci mniejszych. Miłość nie może być mniejsza czy większa. Ona albo jest, albo jej nie ma. Tę samą miłość okażemy inaczej dziecku, matce, kochance i psu, ale ona zawsze zostanie po prostu miłością.

Zwierzęta wiedzą o tym lepiej niż my, choć nie piszą miłosnych wierszy. Czasem tylko śpiewają miłosne piosenki. Tak naprawdę to symbolem walentynkowego święta powinny być wszystkie ptaki krukowate, a najlepiej zwykłe wrony. Rzadko zwracamy na nie uwagę. Wrony żyją w stałych związkach przez całe życie i to długie życie, bo trwające nawet 70 lat. Łączą się w pary w wieku dwóch lat, a więc wspólnie przeżywają nawet całą resztę. I to zgodnie. On popisuje się przed nią powietrznymi saltami i piruetami, a ona, urzeczona sprawnością i odwagą partnera, podzieli się z nim nawet orzeszkiem. Wcześniej jednak, jako prawdziwa gospodyni, musi zgnieść skorupkę. Nie posiada dziadka do orzechów, więc posługuje się samochodami. Orzeszek rzucony pod koła otwiera swoje słodkie wnętrze. Słodkie jak jej uczucie. Nie ma się co śmiać z uczucia wrony, bo gdy jastrząb zaatakuje jednego z partnerów, drugi, ryzykując życie, próbuje go ratować. Czy wielu z nas rzuciłoby się w paszczę lwa dla ratowania życia żony lub męża? Nie sądzę i radzę nie sprawdzać.

Miłość pełną oddania i wierności możemy znaleźć tam, gdzie najmniej się jej można spodziewać. Pies z jednej strony jest wzorem miłości i oddania, ale człowiekowi. Jeśli chodzi o płeć przeciwną wręcz odwrotnie. Psy nie są monogamiczne, ale bardzo, bardzo poligamiczne. Z małymi wyjątkami.

Mój ukochany pekińczyk o imieniu Picuś Glancuś nie żyje już od dwóch lat. Przeżył ich prawie 20, co nawet dla małych piesków jest swoistym rekordem. Za młodu miał partnerkę – pekinkę Delicję Opuncję. Mimo że był championem i reproduktorem, nie chciał zadawać się z innymi suczkami. Kochał tylko ją i strzegł jej jak lew. Dwa razy zostali rodzicami. Punia zginęła tragicznie. Po jej śmierci Picuś nigdy więcej nie został ojcem. Raz tylko zakochał się w śwince morskiej, ale była to miłość platoniczna. Może nawet ojcowska, bo długowłosa świnka przypominała minipekińczyka.

Picuś nie miał pojęcia o dniu św. Walentego, ale doskonale znał uczucie, jakiemu ten dzień jest poświęcony. W miłości, tej prawdziwej, ogromną rolę odgrywa odpowiedzialność. I tu Picuś stanął na wysokości zadania. Nigdy nie przepadał za szczeniakami. Brzydził się ich od czasu, gdy pierwszy raz się urodziły. Uciekł wtedy do kuchni, wlazł pod stół i nie wchodził do pokoju „dziecinnego”, póki maluchy nie skończyły przynajmniej dwóch miesięcy.

Punia zakończyła życie w chwili, gdy jej drugie szczeniaki miały pięć tygodni. Na szczęście już jadły same i na szczęście miały ojca. Picek jeszcze tego samego dnia „wyszedł spod stołu” i zajął się dziećmi. Nie mogłam uwierzyć oczom. Nigdy przedtem ani potem nie widziałam tak czułego psiego ojca. On wiedział, że teraz na nim spoczęła odpowiedzialność za szczenięta. Ten sam pies, który jeszcze dzień wcześniej krzywił się na widok pierworodnego, zaczął myć szczenięce pupy i pilnować spokojnego snu swoich dzieci.

Jeśli nie nauczono nas miłości w domu rodzinnym, nie traćmy czasu i uczmy się od zwierząt.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj