Internetowe produkcje biją rekordy popularności

Seriale dla aktywnych
W Polsce ruszyła produkcja seriali internetowych. Ich twórcy przekonują, że mogą dostarczyć widzom wrażeń, których nigdy nie da tradycyjna telewizja.

Seriale internetowe, czyli cykliczne produkcje filmowe robione specjalnie do Internetu, powstały wprawdzie w drugiej połowie lat 90., ale stały się hitem dopiero 10 lat później. Za sprawą oszustwa. 26 czerwca 2006 r. na YouTube – najpopularniejszym na świecie serwisie internetowym, w którym użytkownicy sieci umieszczają materiały wideo (cudzej lub własnej produkcji) – pojawiła się 16-letnia Amerykanka o imieniu Bree i nicku Lonelygirl15. Zaprezentowała film trwający półtorej minuty, nakręcony w sypialni kamerą internetową, w którym przedstawia się jako spędzająca dużo czasu przed komputerem mieszkanka nudnego miasta. To nagranie, jak twierdziła, jest pierwszą częścią jej wideobloga, na który nie ma jeszcze żadnego pomysłu.

Kłamała. Kilka miesięcy później, kiedy jej filmowe zwierzenia cieszą się już sporą popularnością, „New York Times” demaskuje to, rzekomo amatorskie, dzieło jako profesjonalną produkcję. Bree to w rzeczywistości aktorka Jessica Rose, a historia nastolatki, której rodzina wyznaje tajemniczą religię, to wymysł scenarzystów. Ujawnienie oszustwa i medialny szum wokół „Lonelygirl15” nie zaszkodziły jednak serialowi, a wręcz przyciągnęły kolejnych fanów. W rezultacie przez dwa lata emisji oglądano go ponad 110 mln razy.

Polska Klatka

Na polskim, raczkującym jeszcze, rynku seriali internetowych porównywalny do „Lonelygirl15” sukces odniosła „Klatka B”. Jak szacuje jeden z jej twórców Grzegorz Cholewa, na należącej do spółki A2 Multimedia (utworzonej przez Agorę SA i ATM Grupę) platformie tivi.pl oraz na YouTube oglądano ją już ponad 15 mln razy. Podobnie jak „Lonelygirl15” swoją popularność „Klatka B” zawdzięcza przekonaniu widzów, że mają do czynienia z kawałkiem prawdziwego życia. W tym konkretnym przypadku ze sfilmowanym eksperymentem socjologicznym, będącym częścią pracy zaliczeniowej 27-letniego Michała Zielińskiego.

Gdyby nie fragmenty tajemniczego przesłuchania, jakiemu jest poddawany ów student socjologii przez kilka pierwszych odcinków, można by rzeczywiście uwierzyć, że chłopak pukał do kolejnych drzwi nieznanych mu wcześniej mieszkańców pewnego wrocławskiego bloku i prosił, żeby zaprezentowali się przed kamerą. Ci zaś posłusznie opowiadają o sobie, grają na harmonijce ustnej, tańczą, prezentują bliskie im emocjonalnie przedmioty i wyjawiają szczegóły sąsiedzkich konfliktów. Ich sposób mówienia i próby właściwego ustawienia się przed kamerą pozwalają przypuszczać, że mamy do czynienia z improwizowanymi popisami amatorów.

Z czasem staje się jednak jasne, że mamy do czynienia z fikcją. Fani „Klatki B” wydają się jednak grać z jej twórcami w swego rodzaju grę „Umówmy się, że to prawda”. Ci drudzy dbają o jej atrakcyjność, umożliwiając tworzenie wokół serialu serwisu społecznościowego. Jego użytkownicy mogą na stronie „Klatki B” nawiązywać nowe znajomości, rozmawiać o intrydze i rozwiązywać pojawiające się w kolejnych odcinkach zagadki, a także uprawiać kult głównej bohaterki. Jak twierdzą, 55-letnią panią Barbarę, suto okraszającą swoje wypowiedzi wulgaryzmami, pokochali za naturalność, niebanalną osobowość, kwieciste metafory, powiedzonka w stylu „git majonez”, dowcip i odwagę w wyrażaniu opinii. – Chociaż można ją uznać za prostaczkę na granicy obciachu, to właśnie jej osobie „Klatka B” zawdzięcza najwięcej – twierdzi 18-letni Bartek Staszewski, licealista z Lublina i założyciel forum serialu.

Pani Barbara też sporo na tej produkcji zyskała. Chociażby status pierwszej polskiej internetowej celebrytki. W telewizyjnym programie „Szymon Majewski Show” prowadziła przegląd prasy „Pralnia towarzyska”. Ta była garderobiana wrocławskiego Teatru Polskiego, modelka pozująca studentom ASP i statystka ubolewa wprawdzie, że tak późno została odkryta jako aktorka, ale przyznaje również, że popularność zdążyła ją już zmęczyć. – Nie mogę przejść spokojnie po wrocławskim rynku – mówi. – Proszą o autografy, chcą robić zdjęcia, czasem trzeba bluzgnąć, żeby się odczepili.

Wideogracja i wideografomania 

Forma serialu internetowego wydaje się wymarzona dla wszelkich amatorów, którzy chcą wejść do świata mediów kuchennymi drzwiami. Nie wymaga wielkich nakładów pieniężnych ani profesjonalnego sprzętu. Kręcić filmy da się nawet telefonem komórkowym. Pewna zgrzebność może być wręcz uznana za atut, bo czyni nagrania bliższymi prawdy. Ich twórcy wystarczy też minimalne pojęcie o sztuce filmowej. Serial internetowy charakteryzuje się bliskimi ujęciami, koncentruje na bohaterze i tym, co ma do powiedzenia, a nie na akcji. Małe okienko na ekranie monitora jest wprost stworzone dla kameralnych produkcji, opartych na monologach i dialogach. Wystarczy kilka sekund i nagranie ląduje na YouTube.

Wydaje się, że te atuty wykorzystał z powodzeniem pracujący w marketingu poznańskiej telewizji 31-letni Michał Napierała. Jego „Milioneuro.tv” od premiery w październiku 2008 r. obejrzano już ponad milion razy. – Bohaterem każdego półtoraminutowego odcinka jest pomysł, jak zarobić milion euro. Na hodowli w doniczkach i sprzedaży czterolistnej koniczyny czy produkcji nakładki z joystickiem dla komputerowych graczy. Wiem, że są już pierwsze osoby, które zaczęły realizować moje pomysły – mówi Michał Napierała.

I to, niestety, tyle, jeśli chodzi o warte wymienienia amatorskie produkcje. Pozostałe zwykle są jedynie wideografomanią. Nic dziwnego, że na rynku seriali internetowych liczą się głównie profesjonaliści. Najsilniejszym graczem jest z pewnością A2 Multimedia, który do swojego portfolio dorzucił w styczniu zrealizowaną na licencji „Lonelygirl15” „N1ckolę”. Oprócz tej produkcji i „Klatki B” spółka stworzyła jeszcze pięć innych cyklicznych filmów. Wśród nich jest będący reklamą Winiar animowany serial „Pitu Pitu”, którego bohaterem jest prowadząca zabawne rozmowy para, i „Łazienka”, która doczekała się już w sieci swojej obscenicznej parodii – „Kibelek”.

Sporą grupę fanów miał też wyprodukowany przez dom mediowy MindShare „Citylajf”, opowiadający o życiu w korporacji i porównywany często do telewizyjnej „Magdy M”. Jego reżyser, scenarzysta i producent Dariusz Przychoda myśli już o kolejenej produkcji. Podobny zamiar ma Michał Lesień – aktor, który grał w „Citylajf”. Jak twierdzi, jest jednym z wielu, którzy wpadli na ten pomysł. Rosnąca liczba przeprowadzanych przez agencje aktorskie castingów do seriali internetowych jest tego potwierdzeniem.

Skąd tak wielka popularność seriali internetowych? Ich miłośnicy twierdzą, że tylko one są w stanie odpowiedzieć na wiele potrzeb, których telewizja zaspokoić nie potrafi. – Jedną z nich jest tęsknota za normalnością i poszukiwanie superprawdy. Chęć zobaczenia kawałka prawdziwego życia i ludzi szczerze opowiadających o swojej codzienności. Co ważne, robiących to regularnie i patrzących widzom w oczy – twierdzi medioznawca prof. Wiesław Godzic ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Takie seriale spełniają też potrzebę działania i interakcji. Tego właśnie pragnie rosnąca rzesza prosumentów, czyli – jak określił twórca tego terminu, guru marketingu, futurolog Alvin Toffler – osób, które chcą mieć wpływ na produkt: producentów i konsumentów. Serial internetowy często pozwala im współtworzyć scenariusz, uczestniczyć w castingu na odtwórców głównych ról. Padają też argumenty, że żyjemy w społeczeństwie dwuekranowym, którego członkowie jednocześnie oglądają telewizję i surfują po Internecie. Dla nich obejrzenie trwającego maksymalnie pięć minut odcinka serialu internetowego jest świetnym pomysłem na przeczekanie telewizyjnych reklam. 

Na razie widzowie seriali internetowych to przede wszystkim nastolatki, które z zasady są otwarte na wszelkie nowinki, oraz trzydziestokilkuletni menedżerowie średniego szczebla. – Ci natomiast spędzają dużo czasu w pracy, nie zawsze mają życie prywatne, nie potrafią znieść bezczynności, po powrocie do domu chcą nadal działać i mieć na coś wpływ. Dlatego, jak pokazują badania, często wieczorami oddają się grom komputerowym. W domu serial internetowy daje im iluzję działania, a w pracy jest przerywnikiem – mówi prof. Godzic.

Twórcy zapewniają, że przygotują też propozycje dla starszych. Również takie, które będą służyły nie tylko rozrywce. Przy okazji seriali internetowych mówi się, że są one szansą dla ambitnych produkcji. Nie trzeba tak bardzo liczyć się z oglądalnością jak w tradycyjnej telewizji. Można kierować swoje projekty do wąskiej grupy odbiorców. Tak jak w przypadku realizowanego przez francusko-niemiecką stację telewizyjną Arte TV internetowego serialu dokumentalnego „Gaza Sderot: Life in spite of everything”. Był emitowany przez dwa miesiące pod koniec 2008 r. i pokazywał życie zwykłych ludzi z dwóch oddalonych od siebie o kilka kilometrów miast – palestyńskiej Gazy i izraelskiego Sderot. Przeznaczony był nie tylko dla ich mieszkańców, którym miał pomóc zrozumieć siebie nawzajem, ale także dla wszystkich zainteresowanych problemami tego regionu.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj