Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Sport

Indonezja jest fatalna w piłkę nożną. Ale gra i ryzykuje życie

Indonezja po krwawych zajściach na stadionie Kanjuruhan. 3 października 2022 r. Indonezja po krwawych zajściach na stadionie Kanjuruhan. 3 października 2022 r. Ajeng Dinar Ulfiana / Reuters / Forum
Rozgrywki piłkarskie w Indonezji stoją na fatalnym poziomie, ale tragedia na stadionie Kanjuruhan pokazuje przy okazji wiele innych bolączek tego kraju.

1 października klub Arema FC podejmował na własnym stadionie Kanjuruhan we wschodniej części Jawy zaciekłego rywala Persebayę Surabaya w obecności 42 tys. widzów. Po dość wyrównanym meczu goście wygrali 3:2. Co zapoczątkowało wydarzenia po ostatnim gwizdku, pozostaje do wyjaśnienia. Policja twierdzi, że kibice Aremy wdarli się na boisko, by zrobić rozróbę. Niektórzy świadkowie twierdzą, że to mundurowi zaczęli, brutalnie atakując kilkoro fanów, którzy robili sobie selfie z piłkarzami.

W ciągu kolejnych minut z trybun na boisko przedostało się kilka tysięcy osób. Policja odpowiedziała przemocą, wbrew regulacjom FIFA używała gazu łzawiącego na lewo i prawo. Członkowie Aremanii, jak mówi się o fanatykach klubu, zaczęli uciekać z powrotem na trybuny i poza stadion. Trwa śledztwo, czy wyjścia były zamknięte, czy po prostu zbyt wąskie, ale setkom ludzi nie udało się do nich dostać. Początkowe dane mówiły nawet o niemal 200 ofiarach śmiertelnych paniki, ostatecznie doliczono się 131. Kilka osób, w tym ponoć dwoje policjantów, zginęło w trakcie bijatyki (ale nie między kibolami, bo na stadionie ze względów bezpieczeństwa nie było zwolenników Persebai). Większość została po prostu zadeptana na śmierć, w tym co najmniej 33 dzieci.

To największa, choć nie pierwsza tragedia na indonezyjskim stadionie (w czerwcu tego roku dwie osoby zginęły zadeptane w Bandung) i druga największa tego typu tragedia w historii futbolu po wydarzeniach na meczu Peru–Argentyna w 1964 r., gdy życie straciło 328 osób. Na angielskim stadionie Hillsborough w 1989 r. zginęło 97.

Mierni piłkarze, wierni kibice

W Ameryce Łacińskiej czy Wielkiej Brytanii zainteresowanie piłką nożną jest zrozumiałe, w tych regionach to rozgrywki na wysokim poziomie. Dlaczego jednak takie problemy – związane również z chuligaństwem i częstymi bijatykami pseudokibiców na i poza stadionami – ma Indonezja, która jest w tym sporcie fatalna? Kraj zajmuje 151. miejsce w rankingu FIFA, tuż za Andorą. W tym roku udało mu się wymęczyć awans do mistrzostw Azji po raz pierwszy od 2007 r. – jako najniżej sklasyfikowanej drużynie. Kadra regularnie dostaje łomot nie tylko od względnie silniejszych reprezentacji z Bliskiego Wschodu czy Azji Wschodniej, ale i od słabeuszy Tajlandii czy Wietnamu.

Nie lepiej jest w futbolu klubowym – 280-milionowa Indonezja ma tylko dwie profesjonalne męskie ligi, w których łącznie gra 46 zespołów. W całym kraju jest pewnie mniej zawodowych piłkarzy niż na Mazowszu. Liga jest tak słaba, że kluby nie grają nawet w kwalifikacjach do azjatyckiej Ligi Mistrzów. Na tym tle Arema FC i Persebaya też nie są wybitne – co prawda odnosiły regularnie sukcesy przed 2015 r., ale obecnie zajmują dziewiąte i dziesiąte miejsce w tabeli.

To wszystko ma wtórne znaczenie dla fanatycznych gangów pseudokibiców i policji, zwłaszcza zmilitaryzowanego oddziału Brimob, który zajmuje się kontrolą tłumów na stadionach. Mimo braku sukcesów Indonezja cechuje się bowiem niezwykłą brutalnością i fanatyzmem tego środowiska. Na mecze średnio przychodzi 10 tys. osób (więcej niż na polską Ekstraklasę), każdy klub ma u boku kilka fanatycznych grup kibolskich. Jak wynika ze śledztwa australijskiego ABC, między 1994 a 2019 r. w starciach pseudokibiców i mundurowych zginęły 74 osoby.

Czytaj też: Jak Europa walczy ze stadionowymi chuliganami

Indonezja, kraj podziałów i gangów

Żeby zrozumieć, dlaczego futbol jest w tych stronach tak niebezpieczny, trzeba spojrzeć szerzej. Indonezja została stworzona przez holenderskich kolonialistów dla ich wygody – ok. 6 tys. zamieszkanych wysp między Azją a Australią nigdy wcześniej nie tworzyło jednego bytu politycznego. Gdy kraj zyskiwał niepodległość po II wojnie światowej, struktury administracyjne poza dużymi miastami na wybrzeżach nie istniały. Indonezja pozostaje podzielona etnicznie, językowo (jest ich ponad 800), kulturowo, religijnie i po prostu geograficznie. Na wielu mniejszych wyspach, ale też poza dużymi ośrodkami na Jawie czy Sumatrze, państwo jest niemal niewidoczne.

Dlatego społeczeństwo jest silnie klanowe. Więzy rodzinne i lokalne są znacznie ważniejsze niż lojalność wobec Dżakarty, zwłaszcza że dla wielu grup spoza centrum obecna Indonezja to tylko przedłużenie kolonizacji przez elity z zachodniej Jawy. Polityka transmigrasi, czyli półprzymusowego przenoszenia grup mieszkańców między wyspami, miała przyczynić się do lepszej integracji, a w praktyce doprowadziła do gettoizacji. Postępująca od 1999 r. administracyjna decentralizacja tylko pogorszyła problem toksycznej lokalności – coraz mniejsze prowincje i regencje to coraz więcej gubernatorów i regentów, którzy władzę zdobywają dzięki nepotyzmowi i korupcji na skalę przemysłową.

Na to wszystko nakłada się wysoki poziom przestępczości zorganizowanej. Gangi żyją przede wszystkim z haraczu i przemytu, a środowisko premanów, jak mówi się o gangsterach, wymaga bezwzględnej lojalności. Członkowie często tatuują sobie znaki rozpoznawcze w myśl dewizy „sempai mati” („zawsze wierni”). Klany działają podobnie do mafii, tworząc własne systemy wsparcia społecznego, a w niektórych rejonach, np. na bogatym, turystycznym Bali, mają olbrzymią kontrolę nad gospodarką w skomplikowanej symbiozie z oficjalnymi władzami. Związki tych gangów z pseudokibicami są niezwykle bliskie.

Czytaj też: Węgiel z Indonezji. Warto znać jego prawdziwą cenę

Biją, żeby zabić

Piłka nożna, choć na niskim poziomie, jest jedynym masowo oglądanym sportem w Indonezji. Większość osób chodzących na stadiony nie ma oczywiście żadnych związków z gangami, to po prostu popularna rozrywka dla rodzin. Nie inaczej było na Kanjuruhan – wśród ofiar są głównie osoby, które przyszły na mecz, a nie na bijatykę.

Ale połączenie lojalności wobec klanów, wszechobecnych gangów i braku innych masowych wydarzeń, które byłyby okazją do wyrażenia „banalnego nacjonalizmu”, jak nazywa to Michael Billig, siłą rzeczy zwiększa napięcie na stadionach. Tworzy zaciekłe konflikty trwające dekady, jak ten między Arema FC i Persebayą. Na policję, instytucjonalnie pamiętającą czasy dyktatur i silnie zmilitaryzowaną, obecność tłumów działa jak płachta na byka. Nie tylko gangi pseudokibiców, ale przede wszystkim służby Brimob mają reputację, że gdy biją, to żeby zabić.

Śledztwo trwa, ale nie ma wątpliwości, że dramat na Kanjuruhan to w dużej mierze wina Brimob. Dziesięcioro policjantów, w tym dowódca, już zostało zwolnionych, kolejni mogą stracić posady w związku z użyciem gazu łzawiącego. Ale nie tylko oni są odpowiedzialni. Indonezyjskie stadiony nie spełniają żadnych norm bezpieczeństwa – mają wąskie i nieliczne wyjścia, co nawet w normalnej sytuacji powoduje olbrzymie kolejki. Trybuny to najczęściej betonowe ławki, dróg ewakuacji nie ma, a często samo wspinanie się po schodach jest trudne z uwagi na ich architekturę. Do tego zasady bezpieczeństwa są często ignorowane – na Kanjuruhan miało być do 38 tys. kibiców, ostatecznie organizatorzy sprzedali wszystkie 42 tys. biletów. Korupcja przeżarła także związek piłkarski, który kilka lat temu został zawieszony przez FIFA za zbyt bliskie związki z politykami.

Piłka nożna w Indonezji nie będzie lepsza, ale pozostanie popularna. Kraj stara się o organizację mistrzostw Azji (miał mierne szanse nawet przed tragedią na Kanjuruhan) i chce poprawić swój wizerunek. Ale źródło problemów nie tkwi na stadionie, tylko w skorumpowanej lokalnej polityce, brutalności policji i zorganizowanej przestępczości.

Czytaj też: Dlaczego Indonezja przenosi swoją stolicę do innego miasta?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną