Ścigany oligarcha

Arkady akrobata
Niełatwe jest życie rosyjsko-żydowskich oligarchów. Morderstwa, służby specjalne i wielkie pieniądze to ich codzienność.
Dla Arkadego Gajdamaka, półtora miliona dolarów to pestka
Jean-Marie Hosatte/BEW

Dla Arkadego Gajdamaka, półtora miliona dolarów to pestka

Uroczystość żałobna ku czci Szabataja Kalmanowicza w Moskwie
Alexey Kudenko/EAST NEWS

Uroczystość żałobna ku czci Szabataja Kalmanowicza w Moskwie

Ciało Szabtaja Kalmanowicza, podziurawione pociskami z trzech różnych pistoletów maszynowych, przewieziono niedawno z Moskwy do Izraela i – zgodnie z testamentem milionera oraz byłego podwójnego agenta KGB i Mosadu – pochowano na żydowskim cmentarzu. Władze rosyjskie nie zadały sobie nawet trudu dokonania obowiązującej w takich przypadkach sekcji zwłok. Natomiast 3 tys. kibiców Spartaka, klubu koszykarek w Widnoje pod Moskwą, żegnało zamordowanego w miejscowym Pałacu Sportu. Drużyna ta, utrzymywana z prywatnej kieszeni Kalmanowicza, zdobyła niedawno mistrzostwo Europy. „Straciliśmy najlepszego przyjaciela” – płakał nad trumną przewodniczący Związku Koszykarzy Federacji Rosyjskiej Siergiej Czernow. W uroczystości wzięło udział wiele znanych osób ze świata kultury i biznesu; tylko Arkadego Gajdamaka zabrakło wśród żałobników.

Przeszłość Szabtaja Kalmanowicza jest tajemnicza. Wprawdzie wiadomo, że kiedyś był sługą dwóch panów, szpiegując równocześnie na rzecz Rosji sowieckiej oraz Izraela, ale oprócz wąskiego kręgu wtajemniczonych nikt nie wie, którymi drzwiami wszedł do klubu rosyjskich oligarchów. W samochodzie, w którym zginął na jednej z głównych ulic Moskwy, znaleziono 1,5 mln dol.

Bezpieczny azyl

Dla Arkadego Gajdamaka, półtora miliona dolarów to pestka. Gajdamak, właściciel popularnego klubu piłki nożnej Betar w Jerozolimie, nabytego za radą Kalmanowicza („sport to najlepsza furtka do polityki” – szeptał mu w ucho kolega po fachu), został w tych dniach skazany przez sąd w Paryżu na sześć lat więzienia oraz 5 mln euro grzywny. W akcie oskarżenia zarzucano mu nielegalną sprzedaż broni do Angoli, za którą zainkasował 791 mln dol., nie płacąc grosza podatków. A to tylko drobna część jego majątku, który tuż przed światowym kryzysem gospodarczym analitycy z Merrill-Lynch oszacowali na 16 mld dol.

Gdyby pojawił się na sali sądowej, zasiadłby na ławie oskarżonych w doborowym towarzystwie. Obok Jeana-Christophe’a Mitterranda, syna byłego prezydenta, Charles’a Pasqua, byłego ministra spraw wewnętrznych, i jego podwładnego ds. bezpieczeństwa, emerytowanego generała Jeana-Charles’a Marchianiego. Lecz Arkady Gajdamak, czując pismo nosem, wsiadł do prywatnego samolotu na długo przed rozpoczęciem procesu i wylądował w zawczasu nabytej rezydencji w Cezarei, ekskluzywnej oazie izraelskich miłośników golfa.

W państwie żydowskim, w którym początkowo przyjęto go jako „Mesjasza z Moskwy”, grunt zaczął mu się palić pod nogami. W noc jego pospiesznego wyjazdu z Cezarei 12-osobowa załoga wyprowadziła na pełne morze jeden z jego jachtów. Drugi, równie luksusowy, zatrzymano jako zabezpieczenie długów tuż przed podniesieniem kotwicy w przystani Herzlija-Pituach koło Tel Awiwu. W rezydencji zostali tylko ogrodnik i dwaj ochroniarze.

W Izraelu Gajdamak oskarżony jest o pranie brudnych pieniędzy. Pomagali mu w tym pracownicy Hajarkon, oddziału największego banku Hapoalim. Prokuratorzy oceniają sprzeczne z prawem obroty na około 150 mln dol. Pozew na rozprawę zapowiedzianą na koniec grudnia wysłano mu do Moskwy, gdzie znalazł bezpieczny azyl w kręgu popleczników Władimira Putina. Mimo iż adwokaci podważają stawiane mu zarzuty, nikt nie ma złudzeń: Gajdamak nie stawi się w Tel Awiwie ani w przewidzianym terminie, ani też w żadnym innym. Izrael podpisał z Francją umowę o ekstradycji; Federacja Rosyjska takiej umowy nie ma.

Władza i pieniądze

Zawrotna kariera rosyjsko-żydowskiego oligarchy zaczęła się niezwykle skromnie. Dokładnie w dzień dwudziestych urodzin, 8 kwietnia 1972 r., poczuł się syjonistą. Ucałował w policzek ojca, dyrektora szpitala w Moskwie, objął na pożegnanie mamę, urzędniczkę w spółdzielni spożywczej i sobie tylko znanymi drogami wyjechał ze Związku Radzieckiego, aby osiąść w izraelskim kibucu Bejt Haszita. Niektórzy twierdzą, że pomógł mu w tym paszport wydany na polecenie KGB – ale zarzut ten nigdy nie został udowodniony.

Upłynęło zaledwie kilka miesięcy i Arkady Aleksandrowicz Gajdamak zrozumiał, iż jego przeznaczeniem nie jest życie we wspólnocie uprawiającej ziemię. Szybko spakował swój dobytek i przeniósł się do Hajfy, gdzie zaciągnął się na statek handlowy izraelskiej firmy ZIM – chyba tylko po to, aby podczas jednego z rejsów zejść z pokładu w Marsylii i zamieszkać na dobre we Francji. Od tej chwili wersje jego życiorysu są mocno rozbieżne. Gajdamak twierdzi, że ukończył studia uniwersyteckie w Paryżu, aczkolwiek nikt nie widział jego dyplomu. Znajomi z owych lat opowiadają, że był dyrektorem cyrku, a także akrobatą na wysokim trapezie.

Jedno jest pewne: w połowie lat 80. został tłumaczem francusko-rosyjskim i przez jego ręce przewinęło się mnóstwo dokumentów państwowych, także tajnych i poufnych. Stąd tylko krok do znajomości z ludźmi, którzy te dokumenty podpisywali. Często wystarczał przyjazny uśmiech i kieliszek dobrego wina; czasami musiał się wesprzeć kopertą wypchaną banknotami.

Jego życiową dewizą było przeświadczenie, że „wszyscy biorą łapówki, ale dawać należy je tylko tym, którzy mogą być przydatni”. Na tej zasadzie zaprzyjaźnił się z wieloma francuskimi politykami, a także z kongijskim dyktatorem Denisem Sassou Nguesso i z José Eduardo dos Santosem, który został prezydentem Angoli po ostatecznym zwycięstwie lewicowej MPLA nad popieranym przez USA zbrojnym ugrupowaniem UNITA.

Wojna domowa w Angoli, postrzegana jako element zimnowojennej konfrontacji między mocarstwami, trwała 27 lat i pochłonęła ponad pół miliona ofiar. Lecz Gajdamak nie liczył zabitych. Dla niego istotni byli żywi, a szczególnie ci, którzy posiadali władzę i pieniądze. Dos Santos i jego poprzednicy kupowali sprzęt wojskowy w krajach bloku sowieckiego. Najpierw płacili ropą, potem brali na kredyt. Moskwa szybko się zorientowała, że długu Angoli nigdy nie uda się odzyskać. Arkady Gajdamak najpierw pośredniczył w handlu bronią, a w 1993 r. odkupił długi za jedną dziesiątą ich wartości. W Rosji stał się persona non grata, ale w Angoli zyskał dozgonną wdzięczność prezydenta, prawo podpisu w imieniu Banku Narodowego w Luandzie oraz angolski paszport dyplomatyczny.

Tyle tylko, że zaszczyty bez pokrycia w gotówce nie były pasją życiową Gajdamaka. Działając wspólnie z byłymi szefami izraelskiego wywiadu Awi Daganem i Danim Jatomem wykształcił i uzbroił doborowe jednostki angolskiej gwardii prezydenckiej, znacznie powiększając oszczędności na czarną godzinę. Ich firma, GeoStrategic Consultancy, zarobiła dodatkowe 50 mln dol. na sformowaniu milicji będącej do dyspozycji dyktatora Konga.

W Izraelu Gajdamak pojawił się ponownie przed kilku laty, tym razem jako prorok „żydowskiej tożsamości narodowej”. Często zakładał jarmułkę, stołował się wyłącznie w koszernych restauracjach, a ponieważ był niemile widziany na salonach izraelskich elit kulturalnych i finansowych, bywał częstym gościem w domach ortodoksyjnych rabinów. Religijne instytucje charytatywne wyciągały do niego rękę, a on nie szczędził grosza. Gdy rakiety Hezbollahu gęsto padały na północną Galileę, otworzył miasteczko namiotowe, w którym gościł uciekinierów z zagrożonych terenów. Dzieci z ostrzeliwanych osiedli wysyłał na dwutygodniowe kolonie w Ejlacie nad Morzem Czerwonym. Media szybko odkryły miliardera-filantropa, człowieka o „żydowskiej świadomości narodowej”. Gajdamak udzielał licznych wywiadów. Nikt wtedy nie podejrzewał, że wspaniała działalność charytatywna to tylko preludium do wielkiej gry politycznej.

Jego największą pasją był przemysł naftowy – i właśnie w tej dziedzinie poniósł porażkę. Idąc śladem Bagsika i Gąsiorowskiego, próbował nabyć pakiet większościowy szwajcarsko-izraelskiej firmy Sonol. Za 214 stacji benzynowych i przyległe nieruchomości skłonny był zapłacić 155 mln dol. Nie była to jednak tylko kwestia ceny. W Izraelu państwo ma ostatnie słowo w transakcjach dotyczących przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym. Przed dwudziestu laty sprzeciwiło się przedsięwzięciu aferzystów z niesławnej Art-B; teraz z podobną reakcją spotkał się Arkady Gajdamak.

Na uchodźctwie

Gajdamak gra va banque: kupuje popularną w Izraelu jerozolimską drużynę piłki nożnej Betar. Za 60 mln dol. kupuje sobie sympatię kilkudziesięciu tysięcy zaprzysiężonych kibiców. Do tego dochodzi rzesza tych, którym pomógł w ciężkich chwilach. To już zalążek elektoratu. W lutym 2007 r. zakłada partię pod nazwą Sprawiedliwość Społeczna. Zdumionym dziennikarzom oznajmia, że będzie następnym premierem Izraela. Na początek stanął do wyścigu w wyborach samorządowych, pragnął zostać burmistrzem Jerozolimy.

Po otwarciu urn wyborczych okazało się, że tylko 5 tys. Izraelczyków oddało na niego swoje głosy. Gdy cichcem wymknął się z Izraela, nikt nie uronił łzy. Teraz mieszka w Moskwie z żoną Iriną Cirolnikową i trojgiem dzieci. Adres nieznany, telefon zastrzeżony. Wciąż ma pięć paszportów: kanadyjski, francuski, izraelski, angolski i rosyjski. Wszystkie granice stoją przed nim otworem. Ale także bramy kilku więzień.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną