Świat

JFK Brown

Brown Scott

W swej kampanii Brown wykazał wielki talent polityczny W swej kampanii Brown wykazał wielki talent polityczny Allison Shelley / Reporter
„Goły facet w półciężarówce: tyle zostało z dziedzictwa Kennedych” – tak satyryk Jon Stewart skomentował wygraną i wejście do Senatu Scotta Browna, republikanina wcześniej znanego głównie z rozkładówki „Cosmopolitan”.

W Ameryce nikt przedtem o Brownie nie słyszał, nie licząc wspomnianej rozkładówki w „Cosmopolitan” w 1983 r., na której Brown jako 22-latek wystąpił nago, aby zarobić na studia. W styczniu zwyciężył w wyborach uzupełniających, a 5 lutego zaprzysiężono go i wprowadził się na Kapitolu do biura zmarłego w zeszłym roku senatora Edwarda Kennedy’ego, ikony demokratycznej lewicy z legendarnej politycznej dynastii. Jego wygrana w Massachusetts, stanie, który od ponad pół wieku był bastionem demokratów, zmienia układ sił w amerykańskim Kongresie. Poza tym demokraci przegrali w pierwszą rocznicę rządów Baracka Obamy, co było wyjątkowo przykrym prezentem dla prezydenta, ponieważ wynik oznaczał utratę superwiększości w Senacie. Dzięki swoim 60 głosom demokraci mogli uchwalać ustawy bez obaw, że opozycja zastosuje filibuster, czyli blokowanie głosowania przemówieniami. Teraz ambitne reformy, z opieką zdrowotną na czele, Obama i jego partia mają już z głowy.

Biały Dom przekonuje, że to wypadek przy pracy – nie wyszła kampania wyborcza, Brown zawdzięcza sukces frustracji Amerykanów z powodu bezrobocia, milionowych premii bankierów itp., i jego wygrana nie może być odbiciem nastrojów w całym kraju. Ale fakty temu przeczą.

Sygnałem, że demokraci są w odwrocie, były już ich porażki w wyborach gubernatorów w Virginii i New Jersey. W Massachusetts Martha Coakley rzeczywiście okazała się marnym kandydatem – nie chciało się jej ściskać wyborcom rąk na mrozie, a w debacie powiedziała, że w Afganistanie nie ma Al-Kaidy. Nie tłumaczy to jednak do końca jej porażki w stanie, w którym demokraci trzykrotnie górują liczebnie nad republikanami.

Brown zwyciężył, gdyż wszędzie przypominał, że w Senacie przeważy szalę na rzecz Partii Republikańskiej (GOP) – mając 41 mandatów będzie ona mogła stosować obstrukcję parlamentarną i utrąci reformę ochrony zdrowia, dla której poparcie społeczne stopniało. Głosowanie stało się referendum w sprawie reformy i innych inicjatyw rządu, które nie poprawiają sytuacji obywateli. Republikanie głoszą więc, że skoro wygrali w „Ludowej Republice Massachusetts”, mogą wygrać wszędzie. Są na fali i komentatorzy przepowiadają demokratom klęskę w listopadowych wyborach do Kongresu.

Cosmopolityk

W swej kampanii Brown wykazał wielki talent polityczny. Znakomitym pomysłem był telewizyjny spot, w którym prezydent J.F. Kennedy wzywa w 1962 r. do obniżki wszystkich podatków, po czym obraz przemawiającego JFK przemienia się w twarz Browna, który mówi, że „każdy dolar uratowany od opodatkowania i wydany lub zainwestowany pomoże stworzyć nowe miejsca pracy”. Brown prowadził kampanię jako ponadpartyjny rzecznik zwykłych Amerykanów – fotografował się w kuchni, a na wiece przyjeżdżał starą półciężarówką, amerykańskim symbolem krzepkiej prowincji. Przypominał, że popiera prawo kobiet do aborcji, chociaż z wyjątkami, a decyzję co do legalizacji małżeństw gejów pozostawiłby stanom. Deklarował się jako republikanin umiarkowany, jako że ultrasi nie mają czego szukać w postępowo-liberalnym Massachusetts. W rezultacie zgarnął głosy wszystkich wyborców niezależnych, którzy w 2008 r. postawili na Obamę, a teraz przeszli do obozu GOP (synonim repulikanów). Podobnie stało się w Virginii i New Jersey.

Świeżo upieczony senator miał burzliwe dzieciństwo – jego rodzice rozwiedli się, kiedy miał rok, a potem rozwodzili się, każde z osobna, jeszcze trzy razy. Wychowywały go ciotki i babcie, buntował się słuchając punk rocka, a jako dwunastolatek został aresztowany za kradzież płyt w sklepie. Brown opowiada o tym jako o przełomowym momencie w życiu – wziął się w garść, skończył szkołę, a potem studia prawnicze na Uniwersytecie Tuftsa i Boston College, sfinansowane częściowo dzięki pozowaniu do „Cosmo”. Ma w swym życiorysie rozdział wojskowy – służył w stanowej Gwardii Narodowej, jeździł z nią m.in. do Kazachstanu i Paragwaju, i doszedł do stopnia podpułkownika. Jako prawnik specjalizował się w nieruchomościach. W latach 90. spróbował sił w polityce, pnąc się powoli w górę; ostatnio był senatorem stanowym.

Po swoim sukcesie został bohaterem republikanów. W wywiadzie z Barbarą Walters dał do zrozumienia, że myśli o starcie w wyborach prezydenckich. Nowy senator spełnia niezbędne warunki dostąpienia najwyższego urzędu: uchodzi za niezwykle przystojnego, prowadzi ustabilizowane życie rodzinne – żona Gail, prezenterka telewizyjna, dobrze prezentuje się u jego boku – i nigdy nie myli zespołów baseballu.

Republikanie nie mają wielu kandydatów do Białego Domu, więc kto wie... Chociaż po swym wyborze ogłaszał, że jako obrońca szarego człowieka „nie będzie się nikogo słuchał”, na konferencjach prasowych w Waszyngtonie bezbłędnie recytował mantrę GOP na temat niskich podatków i ograniczenia roli państwa. Wystąpił przeciw amnestii dla nielegalnych imigrantów i za procesami terrorystów przed trybunałami wojskowymi. W Senacie będzie lojalnym graczem republikańskiej drużyny.

 

Topienie herbaty

Po triumfie w Massachusetts republikanie wpadli w euforię – ich przewodniczący Michael Steele oznajmił, że to dopiero początek i zapowiedział odzyskanie większości przynajmniej w jednej izbie Kongresu. Wiele zależy tu od sytuacji ekonomicznej w kraju i od partyjnego przywództwa, a Steele nie uchodzi za dobrego lidera. Pewne jest jednak, że w ostatnich miesiącach wigoru nabrali konserwatyści, od ponad 40 lat stanowiący ideową bazę partii. Rosną oni w siłę i integrują się poprzez Internet, jak zwolennicy Obamy w jego kampanii. Obok znanych organizacji w rodzaju Americans for Tax Reforms, lobbującej na rzecz zniesienia podatków w USA, powstają nowe, jak Conservative Action Project, i wyłaniają się obiecujący młodzi przywódcy.

Konserwatyści nie proponują nic nowego; ich program sprowadza się do neoliberalnego kanonu niskich podatków, ograniczenia roli rządu, twardej polityki antyterrorystycznej i afirmacji globalnej hegemonii Ameryki – wszystko w imię powrotu do źródeł: amerykańskiego indywidualizmu głoszonego przez ojców założycieli i wolnościowej misji USA na świecie. Udaje im się jednak przekonywać opinię, że wartościom tym zagraża polityka Obamy, więc trzeba ich bronić jak niepodległości. Używając frazeologii w rodzaju „rząd jest zawsze problemem”, skutecznie przedstawili reformę opieki zdrowotnej jako „przejęcie ochrony zdrowia przez rząd”, chociaż w rzeczywistości to dość nieśmiała próba rządowej regulacji rozpasanego rynku usług i ubezpieczeń medycznych.

Największą nadzieją, ale i kłopotem, dla republikanów jest Tea Party – Partia Herbaciana – masowy ruch opozycji wobec Obamy, nawiązujący nazwą do topienia herbaty w Bostonie w 1773 r. w proteście przeciw podatkom nakładanym na kolonistów przez monarchię brytyjską. Zaczął się w zeszłym roku od burzliwych wieców przeciw reformie ochrony zdrowia, powiększaniu deficytu państwa i odbieraniu swobód przez rząd federalny. Wśród protestujących dominowali biali mężczyźni w typie „Joe hydraulika” i kobiety w strojach patriotycznych.

Ruch wyrasta z autentycznych oddolnych frustracji, m.in. niepokoju o wzrost zadłużenia Ameryki, ale demonstracje organizują wytrawni politycy, jak były przewodniczący Izby Reprezentantów Dick Armey. Rząd dusz sprawują zaś gwiazdy prawicowej telewizji Fox News: Sean Hannity i Glenn Beck. Na początku lutego herbaciani zwołali pierwszy krajowy zjazd. Jego główną postacią była Sarah Palin, idolka twardej prawicy nieukrywająca ambicji prezydenckich.

W Tea Party, luźnej koalicji rozmaitych środowisk i grup konserwatywnych, nie brak zapaleńców przekonanych, że Obama sfałszował świadectwo urodzenia. Szczególnie silnie zaznacza się w niej nurt libertariański – wielu uczestników protestów opowiada się np. za likwidacją ministerstw pracy, edukacji i ochrony środowiska, a najlepiej wszystkich poza Pentagonem. Ruch ma także rys populistyczny – agresja herbacianych kieruje się przeciw Waszyngtonowi, „elitom z Beltway’u” i „darmozjadom” z Kongresu, z obu partii. Podkreślają, że nie czują się wcale związani z GOP – są tylko konserwatystami albo „niezależnymi”. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wyborach będą głosować na republikanów.

Wielki namiot

Partia Republikańska usiłuje wykorzystać energię Tea Party dla swoich celów, ale nie przebiega to gładko. Działacze ruchu to bezkompromisowi prawicowcy, którzy naciskają, by w wyborach wspierać ultrakonserwatystów, i od kandydatów żądają testów ideowej czystości. W kilku stanach utrącili nieprawowiernych republikanów zastępując ich oszołomami, którzy przegrali. Tymczasem GOP musi budować wielki namiot mieszczący jak najwięcej wyborców umiarkowanych.

Głównym problemem partii jest od dawna prawica religijna, dla której najbardziej liczy się walka z aborcją i małżeństwami gejów, tematy obce konserwatystom fiskalnym, którzy zgadzają się w tych sprawach z demokratami. Jednak w ostatnich latach wpływy amerykańskich talibów nieco zmalały. Natomiast oba odłamy, tzn. konserwatystów fiskalnych i społecznych, łączy wspólna wiara w dogmaty małego rządu, niskich podatków i ograniczenia władzy federalnej na korzyść stanów. Wszyscy republikanie mają w tych sprawach jasność i zgadzają się ze sobą. W przeciwieństwie do demokratów, którzy szamoczą się między śmielszymi rozwiązaniami w europejskim stylu a pragmatyczną polityką małych kroków.

Spoiwem jednoczącym republikanów jest przede wszystkim opozycja wobec Obamy i jego partii w Kongresie. Rosną w siłę w znacznej mierze dzięki słabości przeciwnika – demokraci na Kapitolu mają wyjątkowo miernych przywódców: Nancy Pelosi i Harry Reid plotą głupstwa i nie cieszą się zbyt dużym autorytetem. Z analiz wynika, że w tegorocznych wyborach GOP ma szansę odzyskać większość w Izbie Reprezentantów i zmniejszyć do minimum przewagę demokratów w Senacie. Wiele zależy od tego, czy do listopada Amerykanie odczują poprawę na rynku pracy.

Jeśli obecne prognozy przedwyborcze się sprawdzą – a Kongres często przechodzi w ręce opozycji w połowie pierwszej kadencji urzędującego prezydenta – oznaczać to będzie kres zmian w Ameryce. Obamie pozostanie polityka zagraniczna.

 

Polityka 8.2010 (2744) z dnia 20.02.2010; Świat; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "JFK Brown"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną