Ameryka Łacińska: laboratorium jutra

Realizm zwycięża magię
Wjny gangów w Meksyku czy zielona rewolucja w Kolumbii – o Ameryce Łacińskiej wciąż głośno. Gdy reszta świata zamarła w pokryzysowym bezruchu, tam rzeczywistość nie zwalnia.
Hugo Chavez podczas wizyty w slumsach Caracas
EAST NEWS

Hugo Chavez podczas wizyty w slumsach Caracas

Rocinha, największa fawela w Brazylii
ZUMA PRESS/Forum

Rocinha, największa fawela w Brazylii

Akcja policji w Ciudad Juarez
EAST NEWS

Akcja policji w Ciudad Juarez

Dane: MFW, Bank Światowy, CIA Factbook, PKB PPP
MS/Polityka

Dane: MFW, Bank Światowy, CIA Factbook, PKB PPP

Meksyk
JR/Polityka

Meksyk

Salsa, tequila, karnawał, Guevara, telenowela, Macondo, mańana, kokaina, Shakira... – każdy, spytany o pierwsze skojarzenie z Ameryką Łacińską, wskazałby coś zupełnie innego. Ale dzisiaj świat patrzy na ten kontynent nie tylko ze względu na bogactwo jego kultury, cel fascynujących podróży czy okrucieństwa tyranów. W Ameryce Łacińskiej od ponad dekady dzieją się rzeczy niezwykłe. Ryszard Kapuściński mówił, że ten region jest laboratorium przyszłości świata. Dziś eksperyment latynoamerykański wchodzi w kolejną ważną fazę.

Ameryka Łacińska wrze i kipi. W polityce szuka własnej drogi, niezależnej od potężnego sąsiada z północy. W ekonomii próbuje pogodzić wzrost gospodarczy ze sprawiedliwością społeczną, rozwijać się w taki sposób, by zmniejszyć obszary biedy na kontynencie. W Ameryce Południowej te pytania, zasadnicze dla naszego czasu, stawiano sobie już przed globalnym kryzysem i wcześniej zaczęto znajdować na nie odpowiedzi. Niektóre z tych eksperymentów budzą entuzjazm, inne wywołują kontrowersje. Jednego tamtejszej polityce nie można jednak zarzucić: bezczynności.

Od końca lat 90. wyborcy w Ameryce Łacińskiej zaczęli dawać zielone światło lewicującym reformatorom, głoszącym krytykę neoliberalizmu i amerykańskiej dominacji. Każdy z tych nowych przywódców próbował na swój sposób i z różnym powodzeniem prowadzić politykę, której beneficjentami są ludzie ubodzy. Bo Ameryka Łacińska to region ludzi biednych i wielkich kontrastów między tymi, którzy mają wszystko, a tymi, którzy nie mają nic. Nowi liderzy opierają się Wujowi Samowi, który zawsze rozdawał karty w ich okolicy. Takie wiatry jeszcze w Ameryce Łacińskiej nie wiały.

Mesjasz z Caracas

Centralną postacią lewicowej fali jest Hugo Chavez. Były pułkownik, któremu nie udał się zamach stanu w 1992 r., odsiedział swoją karę w więzieniu, a sześć lat później wygrał wybory. Społeczeństwo Wenezueli należało do najbardziej nierównych w regionie, zyski z czarnego złota, czyli ropy naftowej, rozkradały od kilku dekad biurokracje dwóch rządzących na przemian partii. Po zwycięstwie Chavez ogłosił rewolucję boliwariańską i zamiar zbudowania socjalizmu XXI w. Jego zapleczem politycznym stała się biedota, ludzie ze slumsów, prowincji i mniejszości etniczne, z których głosem w polityce nikt wcześniej się nie liczył. Rządy Chaveza to czas politycznego przebudzenia tych grup.

Dzięki zwyżce cen ropy przez kilka lat Chavez realizował swoją ideé fixe, poprawy losu biedoty. Ruszyły wielkie programy pomocy społecznej, zwane misjami. W slumsach zbudowano przychodnie, mieszkańcy dzielnic nędzy po raz pierwszy mieli bezpośredni dostęp do lekarza. Stworzono tzw. szkoły boliwariańskie, w których dzieci dostają bezpłatne posiłki i mają opiekę do wieczora. Do szkół poszli analfabeci i ludzie mający wykształcenie na poziomie kilku klas. Powstała sieć sklepów dla najbiedniejszych – z dotowaną przez rząd żywnością – i bezpłatne stołówki dla ludzi, których nie stać na jedzenie. Biedni zaczęli upatrywać w Chavezie politycznego mesjasza. W domach w slumsach zawisły jego portrety, a wielu biedaków nie da powiedzieć o wodzu złego słowa.

Równocześnie Chavez wprowadził ograniczenia dla biznesu, m.in. rząd decyduje o kursie wymiany walut – w ten sposób kontroluje przedsiębiorstwa zajmujące się eksportem i importem. Ludzie w Caracas nie narzekają na niedostatek jedzenia czy innych dóbr, lecz na stan bezpieczeństwa na ulicach. Napady, gwałty czy zabójstwa są tam codziennością. Stolica – zwłaszcza po zmroku – stała się najniebezpieczniejszą metropolią regionu. Liczba zabójstw i napadów przewyższa statystyki z Săo Paulo, Rio de Janeiro, Meksyku czy Bogoty. By odwrócić uwagę od porażek własnej rewolucji, Chavez ekshumował niedawno bohatera narodowego Simona Bolivara – jak twierdzi, by sprawdzić, czy nie został otruty przez „sługusów imperializmu”, Kolumbijczyków.

Chavez, czyli boa

Rok temu grupa intelektualistów, którzy od początku byli ideologami rewolucji boliwariańskiej i socjalizmu XXI w., przedstawiła fundamentalną krytykę dekady Chaveza. Zarzucili mu trwonienie pieniędzy, brak pomysłu na konkurencyjny wobec neoliberalizmu kurs gospodarczy; niezdolność przełamania monokultury naftowej kraju – bo kiedy ceny ropy spadły, kraj znalazł się w poważnych tarapatach. Oskarżali go o jedynowładztwo i tłumienie krytyki. Zausznicy wodza zareagowali na krytykę furią; niektórzy z intelektualistów popadli w niełaskę; ogólnie – krytykę zignorowano.

Niebezpieczeństwem rządów Chaveza jest powstanie nowego typu władzy autorytarnej utrzymującej demokratyczną fasadę. Bo – z jednym wyjątkiem – Chavez naprawdę wygrał wszystkie wybory i plebiscyty. Nawet opozycjoniści, z którymi wielokrotnie rozmawiałem w Caracas, przyznają, że poparcie dla niego jest autentyczne, głosowania pod okiem obserwatorów międzynarodowych nie były fałszowane. A zarazem Chavez rządzi metodami autokratycznymi, co dostrzegają również niektórzy z jego zwolenników. Z podsycanego z premedytacją konfliktu między biednymi a klasą średnią i bogatymi czyni narzędzie sprawowania władzy.

Znany opozycjonista Tulio Hernandez mówi o Chavezie tak: – Dyktatura to kobra. Chavez to boa. Kobra atakuje nagle i zabija gwałtownie. Boa powoli okrąża ofiarę, usypiając jej czujność. W końcu ją udusi i nie zostawi śladu. Opozycja nie ma jednak pomysłu na przełamanie monopolu wodza. Jej strategią w czasie wyborów prezydenckich było licytowanie się z Chavezem na obietnice i jednoczesne zarzucanie mu populizmu. Próbą sił będą wybory do parlamentu we wrześniu – opozycja liczy, że zdobędzie około połowy mandatów. – Jak nikt przed nim, Chavez postawił w centrum polityki kwestię biedy – przyznaje najinteligentniejszy z jego krytyków Teodoro Petkoff, niegdyś partyzant, obecnie redaktor opozycyjnej gazety. Nikt w Wenezueli nie zdobędzie władzy bez oferty złożonej biedocie, która wiele zawdzięcza Chavezowi.

Awangardą lewicowej fali są w niektórych krajach regionu rdzenni mieszkańcy Ameryki. Akurat w Wenezueli pozostają mniejszością, za to w Boliwii stanowią większość. W kilku innych krajach, m.in. w Ekwadorze, Paragwaju i Meksyku, Indianie nadają siłę ruchom na rzecz zmian. W Meksyku wywołali powstanie, dające początek pospolitemu ruszeniu przeciw polityce neoliberalnej. W Ekwadorze za pomocą sprawnie zorganizowanych protestów, strajków i blokad obalili w ostatnich dwóch dekadach kilka rządów. Równie skuteczni byli Indianie w Boliwii, którzy po kilku kryzysach i obaleniu dwóch prezydentów doprowadzili w 2005 r. do wyboru własnego kandydata – Evo Moralesa, metysa identyfikującego się z ludem Aymara.

Pod naciskiem indiańskich wspólnot większość krajów Ameryki Łacińskiej zapisała w swoich konstytucjach, że są społeczeństwami wieloetnicznymi i wielokulturowymi. Kosmologia Indian przywiązuje wagę do życia w harmonii z naturą i, co za tym idzie, poszanowania środowiska. Protesty Indian przeciwko niszczeniu przez koncerny międzynarodowe lasów, zatruwaniu wody i ziemi substancjami toksycznymi są tyleż zrozumiałe, co godne wsparcia.

„Nowa fala indygenizmu, powrotu do indiańskiej tradycji i wartości, ma jednak swoje ograniczenia – ostrzega Maurice Lemoine, redaktor lewicowego „Le Monde Diplomatique”. – Słuszne roszczenia mniejszości indiańskiej przekształcają się czasem w żądania nieuzasadnionych przywilejów i nieracjonalne wizje powrotu do czasów sprzed Kolumba. Ruch indiański może być bardzo konserwatywny, separatystyczny, skoncentrowany na interesach partykularnych i przez to niezdolny do przeciwstawienia się neoliberalnej polityce gospodarczej”.

Byli partyzanci, są narkobaronowie

Kolumbia jest najważniejszym amerykańskim sojusznikiem w regionie. Anty-Wenezuelą. Rząd niemal wiernopoddańczo miłuje Wielkiego Brata z Północy. Malarz i grafficiarz Jorge Olave z Bogoty mówi: – Jesteśmy dziś republiką bananową Stanów Zjednoczonych. Na mocy niedawnego porozumienia siedem baz wojskowych w Kolumbii mają zająć żołnierze z USA. Dla Amerykanów, po wyrzuceniu ich z Ekwadoru, Kolumbia to przyczółek wywiadowczy i wojskowy w regionie. Wielu Kolumbijczykom, nawet tym, którzy popierają prawicowy rząd, układ z USA się nie podoba. – Do niektórych baz nasi wojskowi nie będą mieli wstępu – mówi działaczka społeczna, która woli, by jej nie cytować z nazwiska. – Czy to układ partnerski?

Amerykanie we współpracy z kolejnymi rządami prowadzili w Kolumbii wojnę z narkobiznesem, bo głównym rynkiem zbytu produkowanej tu kokainy są właśnie USA. Jednak przy okazji narkowojny wpływają na polityczne losy kraju i regionu. Jeszcze w czasach, gdy komunistyczna niegdyś partyzantka FARC nie zajmowała się narkobiznesem tak jak dziś, Amerykanie i kolumbijskie rządy wykorzystywały walkę z narkobaronami do rozbijania zbrojnej opozycji. Ustępujący właśnie prezydent Alvaro Uribe, oddany aliant Waszyngtonu, był kiedyś na liście amerykańskiego wywiadu wojskowego jako polityk siedzący w kieszeni Pablo Escobara, najsłynniejszego w dziejach narkobarona. Gdy jednak w sąsiedniej Wenezueli nie powiódł się pucz przeciwko Chavezowi, Uribe okazał się potrzebny i dla USA wyrósł na głównego sojusznika na kontynencie.

Mogiły po Uribe

Historia jego ośmioletnich rządów jest nieporównanie bardziej złożona, niż się zwykle przedstawia w mediach głównego nurtu. Istotnie, Uribe osłabił partyzantkę FARC, która nie ma dziś żadnych idei prócz apetytu na pieniądze z produkcji narkotyków. Doprowadził do częściowej demobilizacji prawicowych oddziałów paramilitares, jednak wielu wraca do narkoband pod zmienionymi nazwami: Los Rastrojas, Los Paisas, Los Urabenas... Wieśniacy z Tierralta w prowincji Cordoba mówią, że bywa gorzej niż kiedyś. Ludzie znikają, są zabijani. – Kiedyś – opowiada jeden z chłopów – wiadomo było, która z grup zbrojnych przychodzi do wsi i czego chce: FARC, paramilitares, ELN... Dziś mamy do czynienia z wrogiem bez twarzy. Żyjemy w strachu.

W wojnie z narkobiznesem rząd Uribe robił zwykle krok naprzód i dwa do tyłu. Osłabiał formacje zbrojne uwikłane w narkobiznes, ale z drugiej strony na wielką skalę zatruł środowisko, niszcząc chemicznie uprawy koki. Skąpił na programy wspierające wieśniaków, żeby mogli przekwalifikować się na inne uprawy lub hodowle. Ostatnio przywrócono w konstytucji penalizację posiadania nawet niewielkiej ilości narkotyków, co od lat było w Kolumbii dozwolone. – Ludzie na świecie zajmujący się kampaniami na rzecz zmiany represyjnej polityki narkotykowej załamali ręce – mówi Daniel Mejia, współpracujący w tej sprawie z Open Society Institute George’a Sorosa.

Półtora roku temu Kolumbią wstrząsnęło ujawnienie zbrodni, która wciąż czeka na osądzenie i polityczne konsekwencje. Ze slumsów wielkich miast zaczęli znikać młodzi ludzie – ich liczba jest przedmiotem sporu i waha się od 1,5 do 3 tys. Uprowadzano ich albo kuszono wyjazdem w inny region kraju, fałszywymi ofertami pracy, a następnie zabijano. Krótko po zniknięciach zwłoki odnajdowano w zbiorowych mogiłach zabitych rzekomo w walkach z wojskiem partyzantów FARC. W ten sposób ucieleśniła się idea wojny z terroryzmem w wersji kolumbijskiej – wojsko demonstrowało „sukcesy” w walce z „narkoterrorystami”. Nikt z mocodawców nie został skazany, brakuje dowodów. Zbrodnia powinna stać się wkrótce przedmiotem debaty na forum międzynarodowym; wysłannik ONZ napisał już raport w tej sprawie.

Uribe to brat bliźniak Chaveza – mówi pół żartem, pół serio Daniel Coronell, znany dziennikarz, któremu kilka lat temu groziła śmierć z ręki przyjaciół prezydenta (dzięki pomocy Komitetu Ochrony Dziennikarzy z Nowego Jorku na dwa lata wyjechał do USA). Chavez i Uribe odwołują się do skrajnie różnych ideologii, jeden lewicy, drugi prawicy, jednak łączy ich apetyt na władzę i populizm. A dzielą rebelianci z FARC. Uribe twierdzi, że Chavez ukrywa ich na swoim terytorium. Oskarża Chaveza, ten obraża się i zrywa stosunki z Kolumbią. Ośmioletnie rządy Uribe dobiegły końca. Czy jego następca Juan Manuel Santos pójdzie tą samą drogą? Wiele wskazuje, że tak. Niektórzy komentatorzy wieszczą „uribizm” bez Uribe.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną