Jak działa Kongres

Kapitoliści
Amerykanie wybrali 112 Kongres Stanów Zjednoczonych. Nowi senatorowie i kongresmeni zajmą niebawem okazałe biura w Waszyngtonie, ale do stolicy będą tylko dojeżdżać, bo amerykańscy wyborcy trzymają swoich przedstawicieli na krótkiej smyczy.
Posadowiony na wzgórzu Kapitol góruje nad Waszyngtonem. Ale o zapadających tu decyzjach dyskutuje się najpierw  w okolicznych biurowcach.
Kevin Lamarque/REUTERS/Forum

Posadowiony na wzgórzu Kapitol góruje nad Waszyngtonem. Ale o zapadających tu decyzjach dyskutuje się najpierw w okolicznych biurowcach.

Senator Al Franken z Minnesoty jak wszyscy kongresmeni dysponuje wielkim biurem i licznym gronem współpracowników.
Owen Franken/Corbis

Senator Al Franken z Minnesoty jak wszyscy kongresmeni dysponuje wielkim biurem i licznym gronem współpracowników.

Nancy Pelosi, liderka demokratów w Izbie Reprezentantów, w poprzednim Kongresie była też spikerem Izby.
Fotolink

Nancy Pelosi, liderka demokratów w Izbie Reprezentantów, w poprzednim Kongresie była też spikerem Izby.

Zbudowany na wzgórzu Kapitol góruje nad Waszyngtonem, a jego ogromny gmach przytłacza znacznie skromniejszy budynek Białego Domu. Takie było życzenie Jerzego Waszyngtona – ojcowie założyciele republiki chcieli, by amerykański parlament był potężniejszy od prezydenta. W USA obowiązuje dziś prezydencki system władzy, ale zgodnie z zasadą checks and balances jego władza jest „kontrolowana i równoważona” przez Sąd Najwyższy i Kongres. Ten ostatni, określony w art. 1 konstytucji jako jedyne źródło praw republiki, to „serce i dusza amerykańskiej demokracji”, jak powiedział b. kongresmen Lee Hamilton. Na początku stycznia 2011 r. „na wzgórzu” odbędzie się uroczysta inauguracja: kapelan Kongresu odmówi modlitwę, Izba Reprezentantów wybierze spikera, a Senat przewodniczącego pro tempore, a ci zaprzysięgną nowo wybranych kongresmenów i senatorów. Najpotężniejszy parlament świata rozpocznie urzędowanie.

W XIX w. Kongres uchodził za instytucję ważniejszą od prezydenta, chociaż układ sił między nimi zależał w dużej mierze od okoliczności historycznych i osobowości lokatorów Białego Domu: w czasie wojny secesyjnej nie podlegał np. kwestii najwyższy autorytet Abrahama Lincolna. Już jednak jego następca Andrew Johnson ledwo utrzymał się na stanowisku, kiedy Kongres próbował usunąć go z urzędu – uniknął impeachmentu różnicą raptem dwóch głosów. Władza Białego Domu wzrosła w XX w., szczególnie od prezydentury Franklina Delano Roosevelta i jego New Dealu, który pociągnął za sobą rozbudowę rządu federalnego, a potem w czasie zimnej wojny, kiedy na czoło wysunęły się polityka zagraniczna i bezpieczeństwo państwa. W obu tych dziedzinach prezydent ma więcej do powiedzenia niż parlament, chociaż Senat ratyfikuje traktaty międzynarodowe i Kongres musi udzielić prezydentowi formalnej zgody na prowadzenie wojny.

Swoją siłę w polityce krajowej Kongres zawdzięcza power of the purse, czyli władzy nad portfelem. Parlament ma wyłączne prawo zgłaszania i uchwalania ustaw budżetowych, a więc kontroluje podatki i wydatki państwa, w tym także na wojnę. Trzy ostatnie dekady to okres częstych napięć między Białym Domem a Kapitolem – Kongres próbował np. krępować poczynania Ronalda Reagana w polityce zagranicznej i powstrzymywać dążenia George’a Busha do umocnienia władzy wykonawczej po atakach z 11 września 2001 r. pod pretekstem walki z terroryzmem. Ameryka hegemon ma dziś „prezydenturę imperialną”, ale obecna potęga tego urzędu to także przejaw ogólnego zjawiska w demokracjach, gdzie w miarę komplikowania się społeczeństwa i gospodarki parlamentom coraz trudniej kontrolować rządy.

Kapitol od kuchni

Kapitol to świątynia i teatr amerykańskiej demokracji. Pod jego kopułą ustawodawcy uchwalają prawa, prezydenci wygłaszają orędzia o stanie państwa, zagraniczni przywódcy historyczne przemówienia, a w rotundzie w centralnej części gmachu Amerykanie oddają hołd zmarłym liderom.

Codzienna polityka rozgrywa się jednak w kuchni Kongresu – sześciu ogromnych budynkach po obu stronach Kapitolu. Tam, przy Independence i Constitution Avenue, mieszczą się biura komisji obu izb, sale przesłuchań oraz biura senatorów i kongresmenów. Budynki, nazwane nazwiskami wybitnych przywódców Kongresu, łączy podziemna kolejka, która przewozi ustawodawców na Kapitol.

Biuro demokratycznej senator Barbary Mikulski z Maryland znajduje się na piątym piętrze masywnego Hart Building i ma rozmiary centrali średniej wielkości korporacji – można zabłądzić w labiryncie pokoi, korytarzy i pakamer. Senator zatrudnia 20 staffersów, czyli pełnoetatowych pracowników, w tym szefa personelu, sekretarki, pięciu asystentów legislacyjnych i trzy osoby od komunikacji z mediami. Dochodzą do tego stażyści, „łącznicy” zatrudnieni tymczasowo i opłacani przez swoje instytucje, np. wojsko, plus staffersi przydzieleni Mikulskiej na stałe do pomocy w dwóch podkomisjach, którym przewodniczy. Drugie tyle pracuje w pięciu biurach senatorskich w terenie. Na utrzymanie biur pani senator otrzymuje rocznie 3–4 mln dol. Maryland liczy niecałe 6 mln mieszkańców, a budżet biura zależy od wielkości stanu. Dwie panie senator reprezentujące 37-milionową Kalifornię otrzymują na swoje biura fundusze kilkakrotnie większe.

Inaczej niż w wielu europejskich demokracjach, senatorowie są w Stanach ważniejsi i bardziej wpływowi niż członkowie izby niższej. Biuro demokratycznego kongresmena Luisa Gutierreza z Illinois w Rayburn Building jest mniejsze niż biuro senator Mikulskiej, ale i ono onieśmiela przepychem dębowych mebli, złoceniami, mahoniami i skórzanym pokryciem foteli i kanap. Gutierrez, pierwszy latynoski kongresmen na Środkowym Zachodzie, reprezentuje okręg w północnej części Chicago, zamieszkany przez około 500 tys. ludzi. Tak duże okręgi to norma w USA, a są jeszcze większe. Dystrykt republikańskiego kongresmena z Michigan Thaddeusa McCottera liczy ok. 700 tys. wyborców, niewiele mniej niż najmniejsze ludnościowo stany, jak Rhode Island czy Delaware.

Kongresmeni i ich staffersi

Członkowie Izby Reprezentantów mają dwuletnie kadencje, więc muszą dbać o swoich wyborców. Gutierrez nawet w czasie posiedzeń większość czasu spędza w Chicago, spotykając się z ludźmi w swoim okręgu wyborczym – do domu jedzie już w czwartek wieczorem, by wrócić do Waszyngtonu we wtorek rano. Większość głosowań i wszystkie przesłuchania w komisjach odbywają się od wtorku do czwartku, ewentualnie w piątek rano.

Wyborcy wywierają na ustawodawców stałą presję. Mikulski otrzymuje setki listów, telefonów i e-maili dziennie. W czasie debat nad „gorącymi” ustawami, jak o opiece zdrowotnej, przychodzą ich tysiące. Staffersi kongresmena McCottera obliczają, że dostaje on około 80 tys. listów, e-maili i telefonów rocznie.

Co najmniej 80 proc. listów to jednobrzmiące teksty, przeważnie w sprawie projektów ustaw, podyktowane wyborcom przez występujące w ich imieniu organizacje lobbystyczne – zrzeszenia biznesowe, związki zawodowe, przedstawicielstwa grup etnicznych itd. Listy przeglądają stażyści, a odpowiedzi wysyła się w równie zestandaryzowanej formie. Piszą też indywidualne osoby, prosząc o interwencje – są to na ogół skargi na federalne agencje opieszale załatwiające ich emerytury, papiery imigracyjne albo paszporty. Zdarzają się prośby o obronę przed urzędem podatkowym i zażalenia na złe szkolenie żołnierzy wysyłanych do Iraku. Amerykański senator i kongresmen, choć przypisany do swej partii, uważa się przede wszystkim za przedstawiciela wyborców swego stanu i okręgu.

W USA nie było z początku partii politycznych – ojcowie założyciele sądzili, że nie będą potrzebne – a po ich powstaniu przetrwała przekazana przez nich zasada, że ustawodawcy powinni głosować zgodnie z życzeniami nie partii, lecz wyborców. Stawia to często członków Kongresu przed trudnymi dylematami. Jesienią 2002 r., pod presją wyborców z lewicowego Marylandu, senator Mikulski głosowała przeciwko upoważnieniu prezydenta Busha do inwazji na Irak – chociaż większość demokratów była „za”. Dwa lata później, kiedy ten sam elektorat naciskał na zablokowanie funduszy na wojnę, nie zgodziła się na to. W tym roku kilku konserwatywnych demokratów w Senacie odmówiło poparcia niepopularnej w ich stanach reformy ochrony zdrowia, forsowanej przez prezydenta Obamę. Ci, którzy solidarnie poparli jego projekt wbrew swoim wyborcom, skazali się na przegraną w tegorocznych wyborach.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną