DEBATA: Do kogo nam bliżej - USA czy Rosji?

Warszawa warta uwagi
Wizyta Bronisława Komorowskiego w Waszyngtonie przypada na dobrą fazę stosunków między Polską a USA. Dobrą, bo normalną. Dotychczasowe relacje trudno byłoby tak określić.
Polityka.pl

Rząd Donalda Tuska, a od połowy tego roku także prezydentura Bronisława Komorowskiego wniosły do stosunków dwustronnych z USA zdrowy realizm.
Mirosław Gryń/Polityka

Rząd Donalda Tuska, a od połowy tego roku także prezydentura Bronisława Komorowskiego wniosły do stosunków dwustronnych z USA zdrowy realizm.

Prof. Roman Kuźniar
Tomasz Gzell/PAP

Prof. Roman Kuźniar

Tuż po objęciu władzy przez rząd Tadeusza Mazowieckiego mieliśmy fazę wzajemnego zachwytu i uznania. Jej świadectwem były dwie triumfalne wizyty Lecha Wałęsy (1989 i 1991 r.) w Stanach Zjednoczonych oraz błyskawiczne, bardzo dla nas ważne poparcie Waszyngtonu dla polskich przemian. Potem, całe lata 90., walczyliśmy o przyjęcie do NATO, początkowo zresztą wbrew stanowisku Waszyngtonu. Przypomnijmy politykę Russia first (najpierw Rosja) w pierwszym okresie prezydentury Billa Clintona. Ostatecznie ta prezydentura okazała się dla nas przyjazna. Bez USA nie byłoby wtedy rozszerzenia NATO, także na Polskę. Uzyskanie członkostwa w Sojuszu wywołało nad Wisłą tak euforyczne nastroje wobec Ameryki, że byliśmy gotowi dla niej zrobić więcej i szybciej, niż sama nas poprosi. W Waszyngtonie zdawano sobie z tego sprawę.

Polski entuzjazm wobec Ameryki przypadł na zły okres w jej polityce. Ekipa Busha dość cynicznie wykorzystała naszą postawę nastolatki tak zakochanej w swoim idolu, że gotowej biec za nim, dokąd ten zechce, bez pytania o sens, kierunek i cenę; no może w zamian za ułudę prestiżu, pozycji, bycia kochaną. Przykładów tej postawy było zbyt wiele, poczynając od ochoczego, bez warunków wstępnych, udziału w wojnie przeciwko Irakowi. Kiedy Polacy zdali sobie z tego sprawę, nastąpiła reakcja, której należało oczekiwać. Przestali kochać Amerykę. Spadła sympatia i zaufanie do tego kraju.

Na szczęście ten okres mamy za sobą. Rząd Donalda Tuska, a od połowy tego roku także prezydentura Bronisława Komorowskiego wniosły do stosunków dwustronnych z USA zdrowy realizm, nie gubiąc przy tym naturalnej sympatii do Ameryki oraz świadomości jej znaczenia w naszej polityce. W Warszawie zaczęto także nareszcie dostrzegać w tych stosunkach to, od czego poprzednie rządy się odżegnywały, to znaczy polskie interesy. Wcześniej interesy mieli prawo mieć jedynie Amerykanie, a w ich interesach próbowaliśmy, niejako przy okazji, dostrzec własne.

Tak było z projektem rządu George’a W. Busha dotyczącym globalnego systemu antyrakietowego. W Polsce miała stanąć instalacja, mająca rzekomo zwalczać irańskie rakiety zmierzające ku Ameryce. Kłopot w tym, że Iran nie posiada rakiet interkontynentalnych, zdolnych przenosić głowice nuklearne, nie zamierza atakować USA, a znajdujące się w bazie amerykańskie antyrakiety w żadnym stopniu nie mogłyby chronić terytorium Polski.

Interesy to jest język, który nasi sojusznicy zza Oceanu rozumieją jak nikt inny. A że wiele ważnych interesów mamy wspólnych, są szanse na utrzymanie i być może nawet pogłębienie naszych więzi, choć moment, w którym można byłoby podjąć nad tym rozmowę, nie jest łatwy.

USA i reszta świata

Prezydent Barack Obama otrzymał po swym poprzedniku nadzwyczaj niewdzięczną schedę. Od pierwszych godzin swego urzędowania musi się zmagać z największym kryzysem finansowym od przełomu lat 20. i 30. poprzedniego stulecia. Jest zajęty problemami Azji Wschodniej, zwłaszcza Chinami, resetem stosunków z Rosją i układem START o zmniejszeniu zbrojeń strategicznych, kończeniem wojny w Iraku i nasilającą się wojną w Afganistanie. Znajduje się przy tym pod ciężkim ostrzałem ze strony republikanów, a spór polityczny przybiera tam niekiedy postać antagonizmu religijnego. Niezbędne dla wyprowadzenia Ameryki z kryzysu reformy idą jak po grudzie. Już dawno żaden amerykański przywódca nie znajdował się w tak trudnej sytuacji. Nic zatem dziwnego, że jego ekipa nie potrafiła znaleźć wystarczająco wiele serca i uwagi dla Europy, w tym zwłaszcza dla naszego regionu, uważanego tam skądinąd za bezpieczny i stabilny. U niektórych wywołało to nawet sierocy kompleks, co dało o sobie znać w postaci listu wystosowanego w ubiegłym roku do prezydenta Obamy przez znanych polityków i dyplomatów z naszego regionu.

Przygotowania do niedawnego szczytu NATO w Lizbonie zmusiły jednak prezydenta Obamę do zajęcia się stosunkami transatlantyckimi. I to jest dobry moment, bowiem wspólnota atlantycka i relacje USA–UE stanowią właściwy kontekst dla stosunków polsko-amerykańskich. Polska – niezależnie od priorytetu, jaki przyznaje Unii Europejskiej z uwagi na jej fundamentalne znaczenie dla naszych interesów rozwoju gospodarczego, cywilizacyjnego i bezpieczeństwa – pozostaje krajem proatlantyckim, to znaczy głęboko zainteresowanym silną więzią sojuszniczą z USA, w tym zwłaszcza strategiczną obecnością USA na naszym kontynencie. Doceniamy nie tylko znaczenie USA i NATO dla naszego bezpieczeństwa, ale także ich kluczową rolę dla bezpieczeństwa całej strefy euroatlantyckiej i jej otoczenia. Nie przypadkiem po pierwszych wystąpieniach prezydenta Komorowskiego w Lizbonie prezydent Obama podszedł do niego z ofertą szybkiego spotkania w Waszyngtonie.

Paradoksalnie polskie oczekiwania wobec USA dotyczą w mniejszym stopniu stosunków dwustronnych, choć nie brakuje tu spraw o dużym kalibrze. Dotyczy to sfery bezpieczeństwa, w tym form militarnej obecności USA w naszym kraju. Nie jestem przy tym stuprocentowo przekonany, czy powstaną w Polsce amerykańskie instalacje, które mają stanowić część natowskiej obrony antyrakietowej.

Polsko-amerykańskie więzi gospodarcze nie są imponujące: Ameryka plasuje się około dziesiątego miejsca wśród naszych partnerów handlowych, Polska zaś w okolicy sześćdziesiątego miejsca wśród partnerów handlowych USA. Potrzebny jest wysiłek z obu stron, aby to zmienić, choć warto pamiętać, że dzięki słabości tych powiązań mniej ucierpieliśmy w efekcie kryzysu 2008 r., którego źródłem i rozsadnikiem była Ameryka. Chcielibyśmy także więcej amerykańskich inwestycji, zwłaszcza wartościowych technologicznie, oraz daleko szerszej niż obecnie współpracy naukowej i międzyuniwersyteckiej.

Współpraca w cywilnych dziedzinach została daleko z tyłu za współpracą militarną. To trzeba zmienić. Zniesieniem wiz nie należy sobie głowy zaprzątać. To nam się należy i szkoda, że Amerykanie tego nie rozumieją. Ameryka powinna się wstydzić z powodu utrzymywania rygorów wizowych wobec takiego sojusznika jak Polska i zabiegać o ich zniesienie. Wprawdzie w sprawie zniesienia wiz dużo do powiedzenia ma Kongres USA, ale upokarzająca procedura zależy od rządu i z inicjatywy Obamy lub pani Clinton może być zmieniona.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną