REPORTAŻ: Wycieczka do Korei Północnej

Spóźnione magnolie
Do Korei Północnej, najszczelniej zamkniętego kraju świata, można podróżować tylko w zorganizowanej grupie i po wykupieniu specjalnej wycieczki. Oto jej program.
Stolica, pomnik Kim Ir Sena na placu Kim Ir Sena.
Grzegorz Stern/Polityka

Stolica, pomnik Kim Ir Sena na placu Kim Ir Sena.

Phenian, masowa rozrywka. Wrzesień 2010 r.
coljac/Flickr CC by SA

Phenian, masowa rozrywka. Wrzesień 2010 r.

Na granicy między Koreami.
gin_e/Flickr CC by SA

Na granicy między Koreami.

Siedem godzin trzeba jechać pociągiem z graniczącego z Chinami miasteczka Sinuiju, aby późnym wieczorem dotrzeć do Pjongjangu. Grupkę trzech Amerykanów i dwóch Europejczyków witają dźwięki orkiestry i panna Sim, przemiła studentka, która do spółki z panem Lee przez kolejne pięć dni nie spuści z nas oka.

Przewodnika poznajemy zaraz po przekroczeniu granicy. Pan Lee, może 50-latek o skroniach przyprószonych siwizną, do garnituru nosi kalesony. Zadaje kilka podchwytliwych pytań, a potem pomaga celnikom tłumaczyć tytuły naszych książek, nie robiąc wyjątku dla podpisów pod fotografiami. Nie wolno nam oddalać się od grupy, krytykować ustroju politycznego kraju ani robić zdjęć bez pozwolenia. Nade wszystko obowiązuje surowy zakaz próby rozmowy z miejscowymi. – Słuchajcie się, a włos wam z głowy nie spadnie – mówi pan Lee.

Już pierwszej nocy pojawia się wątpliwość, która towarzyszy tutaj na każdym kroku – czy to, co widać, jest prawdziwe? Zatrzymujemy się w eleganckim Yanggakdao, z barami, torem do kręgli, kasynem, a nawet telewizją satelitarną. W księgarni, oprócz dzieł zebranych Kim Ir Sena w 15 tomach, można kupić szkocką whisky i amerykańskie papierosy. Z okien hotelu rozciąga się widok na wieżowce, od których bije gęsty, żółty blask. Rankiem trudno jednak tam wypatrzyć choćby jednego rowerzystę. W miejscu, które wydawało się domem dla tysięcy ludzi, nie ma żadnego ruchu. Pan Lee na pytanie o światła w oknach wieżowców robi nieokreślony ruch ręką. – Z powodu srogiej zimy magnolia, nasz kwiat narodowy, w tym roku zakwitnie później – uśmiecha się.

Pojedyncze auta pojawiają się na szerokich, pustych jak pasy lotniska ulicach śródmieścia. Mężczyźni noszą marynarki, kobiety garsonki i spódnice, wszystkie bez wyjątku w kolorach zgaszonej szarości, czerni i brązu. Każdy ma w klapie znaczek z Kim Ir Senem lub Kim Dzong Ilem. Kilkudziesięcioletnie tramwaje skrzypią jak nieszczęście. Czeka się na nie w długich kolejkach.

Podobnie ponure wrażenie sprawia zabudowa miasta. Wiele bloków wygląda na opuszczone, a te, w których mieszkają ludzie – widać w oknach doniczki – są pokryte zaciekami i grzybem. Gdziekolwiek spojrzeć, widać murale, na których radośni wieśniacy witają wojskowych bochnami chleba.

Statystyka lepsza od rzeczywistości

W drodze do granicy z Koreą Południową trzeba pokonać 11 tuneli. Im dalej na północ, tym kraj bardziej górzysty, a warunki dla rolnictwa – podstawy gospodarki – żadne. Najczęściej prace polowe wykonywane są ręcznie, za pomocą motyk, łopat, kilofów. Dwukrotnie widzieliśmy ludzi w zastępstwie zwierząt; szli równym szeregiem, pchając przed sobą lemiesze. Trud pracy wynagradzała im muzyka, podniosła i uroczysta, jeśli akurat z głośników na ciężarówkach nie nadawano komunikatu. Ale pan Lee nie chce tych słów tłumaczyć.

Choć władze koreańskie utrzymują, że jedzenia nie brakuje, wielokrotnie widzieliśmy ludzi zbierających trawę. W świetnej książce francuskich dziennikarzy Juliette Morillot i Doriana Malovica „Uchodźcy z Korei Północnej” czytamy, że w czasie klęski głodu w latach 90. żywiono się korą drzew, korzeniami, trawą, a nawet kurzem wymieszanym z wodą. Wskutek fatalnego zarządzania gospodarką i klęsk naturalnych zmarły wtedy 2 mln ludzi.

Potrzebowaliśmy dwóch godzin, aby – mijając po drodze jeden samochód – dotrzeć do granicy z Koreą Południową. Ledwie wysiedliśmy z autokaru, zaczęło się ponaglanie, teraz szybciej, marsz w lewo, tutaj można zrobić zdjęcie, dwa kroki dalej – już nie. Główną atrakcją pogranicza jest jeden z trzech niebieskich baraków, umeblowany krzesłami i stołami, gdzie wynegocjowano zawieszenie ognia w wojnie koreańskiej (1950–53). Choć to granica między zapiekłymi wrogami, nie ma zasieków z drutu kolczastego, płotów, szlabanu. Drogę na południe zastępują trzej północnokoreańscy żołnierze. – Jeśli się do nich zbliżyć, oddadzą strzał ostrzegawczy, a potem zabiją – mówi opiekujący się nami kapral Choe Song Il.

W Korei Północnej ważne są liczby. Nie ma miejsca, w którym przewodnicy nie podawaliby jakiejś statystyki – to drzewo mogą objąć cztery osoby, pilot tego myśliwca zestrzelił 45 samolotów wroga, 8-letni Kim Ir Sen, oparty o tamten stół, napisał 12 strof rewolucyjnego wiersza. W stołecznym muzeum wojny koreańskiej można usłyszeć, że Amerykanie zrzucili na Pjongjang 420 tys. bomb.

We wszechobecnej propagandzie świat zachodni uosabia wcielonego diabła, któremu podstępnie najechana Północ mężnie stawia czoła. Pouczająca jest wizyta na amerykańskim okręcie podwodnym „Pueblo”, przechwyconym w czasie misji szpiegowskiej w 1968 r. Kolejne pokolenia zwiedzają doskonale zachowaną, zakotwiczoną na rzece w Pjongjangu jednostkę, dowiadując się o podszytych tchórzem krwiożercach dźgających bagnetami ciężarne kobiety. „Wiwat zwycięska armia Demokratycznej Republiki Korei! Wiwat Partia!” – wykrzykuje lektor na koniec filmu, wyświetlanego w pachnącej świeżym smarem kajucie „Puebla”. Podobny zapach unosi się w najgłębiej wydrążonym metrze na świecie. Zatęchła jama w razie ataku atomowego może służyć za schron.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną