Jak Mario Vargas Llosa nie został prezydentem Peru

Żeby Peru było Szwajcarią
W porażce wyborczej Mario Vargasa Llosy, tegorocznego literackiego noblisty, splatają się wszystkie mroczne wątki dziejów Peru: rasizm, religijne fanatyzmy, arogancja elit i nadużycia władzy, bigoteria i obyczajowa hipokryzja.
Vargas Llosa w czasie kampanii w 1990 r. Z naiwnością dziecka nagle odkrył, że polityka to nie szlachetne ideały
CRIS BOURONCLE/AFP

Vargas Llosa w czasie kampanii w 1990 r. Z naiwnością dziecka nagle odkrył, że polityka to nie szlachetne ideały

Żona pisarza uważa, że w tamtym zaangażowaniu w politykę chodziło o przeżycie wielkiej przygody, która mogłaby stać się tematem kolejnej powieści.
JAIME RAZURI/AFP

Żona pisarza uważa, że w tamtym zaangażowaniu w politykę chodziło o przeżycie wielkiej przygody, która mogłaby stać się tematem kolejnej powieści.

Król Szwecji Karol XVI Gustaw wręcza Llosie od dawna zasłużoną literacką Nagrodę Nobla.
HENRIK MONTGOMERY/SCANPIX/AFP

Król Szwecji Karol XVI Gustaw wręcza Llosie od dawna zasłużoną literacką Nagrodę Nobla.

Alberto Fujimori, czarny koń wyborów w 1990 r. Japończyk z pochodzenia, Indianin z wyboru.
Ulrich Baumgarten/Reuters/Forum

Alberto Fujimori, czarny koń wyborów w 1990 r. Japończyk z pochodzenia, Indianin z wyboru.

Było wczesne popołudnie 10 czerwca 1990 r., Mario Vargas Llosa oglądał w telewizji mecz piłkarskiego mundialu, gdy do jego domu w dzielnicy Barranco w Limie przyszło dwoje członków sztabu wyborczego. Napływające z kraju sondażowe wyniki wyborów ukazywały niezbicie, że rywalizację o fotel prezydenta Peru przegrał z człowiekiem, którego trzy miesiące wcześniej ledwo odnotowywano w badaniach opinii publicznej.

Gdy przegrany kandydat dotarł do siedziby swojej partii Ruch Wolność, niektórzy sympatycy niedoszłego prezydenta powstrzymywali się od płaczu, a inni nawet nie próbowali tego robić i zalewali się łzami. A przed hotelem Crillon w Limie, w którym jego rywal, rektor uczelni rolniczej inż. Alberto Fujimori, umieścił swoje biuro i dokąd Vargas Llosa pojechał złożyć zwycięzcy gratulacje, zwolennicy tego ostatniego przywitali pisarza okrzykami: Precz gringo!

Ludzie, którzy popierali kandydaturę Vargasa Llosy, jeszcze długo nie mogli uwierzyć, jak to możliwe, że Peruwiańczycy odrzucili kogoś, kto był najznakomitszą wizytówką kraju na świecie, człowieka światłego, nieskorumpowanego, tj. innego niż większość polityków, jakich do tamtej pory znali.

Wielki zamęt

Peru drugiej połowy XX w. – jak większość krajów Ameryki Łacińskiej tamtego czasu – wstrząsały dyktatury wojskowe i nieudane próby obalenia starego porządku w drodze wojny partyzanckiej a la Che Guevara. Był to kraj kontrastów, głębokich podziałów klasowych i rasowych, dyskryminacji i prześladowań. Sam Vargas Llosa pisał, że jego kraj tworzyły „miliony ludzi biednych i zaledwie garstka Peruwiańczyków, którzy wiodą życie komfortowe i przyzwoite, a biedni – Indianie, Metysi i Murzyni – są wyzyskiwani i pogardzani przez bogatych, wśród których przeważająca część to »biali«”. Cały ten świat opisał w swoich najlepszych powieściach: „Miasto i psy”, „Rozmowa w »Katedrze«”, „Historia Alejandra Mayty”.

Gdy pod koniec lat 80. decydował się zawalczyć o fotel prezydenta, demokracja w Peru była wciąż słaba. Od końca lat 40. rządził tam dyktator gen. Manuel Odria, a powrót demokracji w 1956 r. był ograniczony i nietrwały. Cały krótki okres względnych swobód armia toczyła walkę z partyzantką chłopską, dla której ułomna demokracja nie spieszyła się z rozwiązaniem kwestii numer jeden: podziału ziemi.

W 1968 r., gdy światem kołysała rewolta młodzieżowa, w Peru kolejny przewrót wojskowy usunął demokrację ze sceny na 12 lat. Nowy dyktator gen. Velasco Alvarado należał do mniejszościowej w Ameryce Łacińskiej tradycji wojskowych, którzy próbowali łączyć polityczny zamordyzm ze społecznymi reformami w duchu egalitarnym. (O jego polityce ciepło pisał ówczesny korespondent PAP w Ameryce Łacińskiej Ryszard Kapuściński). Alvarado konfiskował latyfundia, część ziemi rozdał chłopom, inną przekształcił w spółdzielnie rolne. Prowadził politykę określaną czasem jako nacjonalizm gospodarczy, której zasadniczym narzędziem był interwencjonizm państwowy. Nacjonalizował przemysł i kopalnie, umacniając i tak silną w Peru – za sprawą populistycznej partii APRA (Alianza Popular Revolucionaria Americana) – tendencję etatystyczną.

Bieda w kraju nie zmniejszała się jednak: zapaść rybołówstwa, z którego żyła część chłopstwa z wybrzeża, porażka reformy rolnej – nadaniu ziemi nie towarzyszyła modernizacja rolnictwa – wypychały biedotę ku miastom. Powstawały slumsy, a z nimi rosła miejska bieda.

Demokracja, którą przywrócono w 1980 r., musiała zmierzyć się z rosnącą w siłę partyzantką, która do historii przeszła pod nazwą Świetlisty Szlak. Powstał on z maoistowskiego odłamu partii komunistycznej, jego ideolog Abimael Guzman zamarzył stworzyć nowe społeczeństwo i wypowiedział wojnę państwu. Bastionem były początkowo niektóre wyższe uczelnie, potem także część andyjskiej wsi. Partyzanci prowadzili też wojnę w miastach: podkładali bomby, zabijali polityków, związkowców, także konkurentów z opozycyjnej wobec rządu lewicy, wysadzali linie wysokiego napięcia, paraliżowali komunikację kraju. Za pomocą tzw. strajków zbrojnych, polegających na wstrzymywaniu dostaw żywności, próbowali głodzić miasta. Z równym okrucieństwem zabijali wojskowych, co stawiających opór chłopów. Ofiary terroru lat 80. liczy się w dziesiątkach tysięcy. Pod koniec dekady partyzanci kontrolowali znaczne obszary kraju.

Ze Szlakiem nie umiał sobie poradzić ani pierwszy po latach dyktatury prezydent Fernando Belaunde, ani jego charyzmatyczny następca Alan Garcia z APRA. Polityczny zamęt pogłębiał dodatkowo kryzys gospodarczy, który dotknął region na początku dekady. Garcia szukał recepty w polityce hojnej redystrybucji. Na obsługę długu przeznaczał mniej, niż oczekiwali wierzyciele i międzynarodowe instytucje finansowe. Subsydiował za to konsumpcję, co sprawiało, że ludziom żyło się nieco znośniej, jednak topniały rezerwy dewizowe kraju. W lipcu 1987 r. rządzący od dwóch lat – i wciąż cieszący się szerokim poparciem – prezydent Garcia zapowiedział nacjonalizację banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Przyglądający się zmaganiom z chaosem i kolejnymi kryzysami Mario Vargas Llosa uznał, że decyzja prezydenta jest nie do przyjęcia i postanowił zaprotestować.

Zawsze rewolucjonista

Miał już za sobą niejedną polityczną przygodę. W czasach studenckich komunizował. Z Paryża, gdzie mieszkał od końca lat 50., pisał manifesty wspierające peruwiańskich partyzantów. Gdy zaś rewolucja kubańska zawładnęła wyobraźnią całego pokolenia Latynosów, pisał płomienne reportaże o spełnionej przez Fidela Castro nadziei kontynentu. „Za 10, 20 albo za 50 lat wybije godzina sprawiedliwości społecznej, tak jak wybiła już na Kubie – mówił w sierpniu 1967 r. – Cała Ameryka zrzuci z siebie jarzmo wielkiego imperium, uwolni się od wyzyskujących ją kast, od sił, od których zaznaje teraz krzywd i represji. Chcę, aby ta chwila nadeszła jak najszybciej i by Ameryka Łacińska odzyskała wreszcie godność i nowoczesne życie, by socjalizm uwolnił nas od zacofania i strachu”.

A potem była interwencja radziecka w Pradze i poparcie dla niej Fidela Castro – pierwszy sygnał alarmowy. Kilka lat później – sprawa poety Herberta Padilli, zmuszonego przez reżim w Hawanie do samokrytyki. Vargas Llosa, a wraz z nim wielu lewicowych pisarzy i intelektualistów zrywają z Kubą. Był 1971 r. Niespełna dekadę później pisarz znajduje nową busolę w ideach rewolucji konserwatywnej. Twierdzi, że stało się to pod wpływem pism Friedricha Hayeka i Karla Poppera. Gdy premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher rozpoczęła masowe zwolnienia, prywatyzację i cięcia wydatków socjalnych, Vargas Llosa postanowił zamieszkać w Londynie. Stosunek do pani Thatcher określał jako „bezgraniczny podziw, szacunek prawie synowski”. Właśnie idee brytyjskiej premier stały się paliwem protestu pisarza, gdy w lipcu 1987 r., prażąc się na słońcu w Punta Sal, usłyszał w radiu, że prezydent Garcia postanowił znacjonalizować banki.

Od lat Vargas Llosa określał się jako kosmopolita i bezpaństwowiec, mało co wzbudzało u niego niechęć równą niechęci do nacjonalizmu. Nie lubił też słowa patriotyzm. Mimo to postanowił poświęcić kilka twórczych lat na ołtarzu niepewnej i brutalnej peruwiańskiej polityki. „Stwierdzenie, że kocham mój kraj, nie będzie ścisłe – wspominał potem. – Często czuję do niego niechęć i setki razy, od młodych lat, obiecywałem sobie, że zawsze będę żył z daleka od Peru i nie będę o nim więcej pisał, że zapomnę o jego słabościach. Jednak prawdą jest, że Peru zawsze było we mnie obecne. (...) Nie mogę się od Peru uwolnić: kiedy mnie nie drażni, to zasmuca, no i często uczucia te gnębią mnie jednakowo. Zwłaszcza wtedy, gdy utwierdzam się w przekonaniu, że Peru wzbudza zainteresowanie na świecie tylko z racji kataklizmów, rekordów inflacji, handlu narkotykami, gwałcenia praw człowieka, strzelanin terrorystów albo przestępstw popełnianych przez rządzących. Że mówi się o Peru jako o kraju strasznym i karykaturalnym, który powoli umiera, bo Peruwiańczycy nie potrafią nim rządzić i wykazują minimalne poczucie zdrowego rozsądku”.

Żona Vargasa Llosy, Patrycja, która – jak twierdzi pisarz – zna go lepiej niż on sam zna siebie, uważa, że w tamtym zaangażowaniu w politykę chodziło o przeżycie wielkiej przygody, która mogłaby stać się tematem kolejnej powieści.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną