Świat

Krzyż i smok

Jak ojciec Ricci ewangelizował Chiny

Od lewej: Matteo Ricci i Xu Guangqui, chiński uczony, który pod wpływem jezuity się ochrzcił – obraz z katedry św. Ignacego w Szanghaju. Od lewej: Matteo Ricci i Xu Guangqui, chiński uczony, który pod wpływem jezuity się ochrzcił – obraz z katedry św. Ignacego w Szanghaju. Leemage / EAST NEWS
400 lat temu zmarł w Pekinie jezuita Matteo Ricci, na dworze cesarza Chin znany jako mistrz Li Ma-tou. W naszych czasach jego dzieło wychwalają zarówno papieże, jak i chińscy komuniści. Jak to możliwe?
Chińska Madonna z dzieciątkiem, niedatowana porcelanowa figurka.SSPL/Science Museum/EAST NEWS Chińska Madonna z dzieciątkiem, niedatowana porcelanowa figurka.
Narodzenie Jezusa, ilustracja z 1930 r.Leemage/EAST NEWS Narodzenie Jezusa, ilustracja z 1930 r.
Grobowiec mistrza Li Ma-tou w Pekinie, grafika z 1870 r.Leemage/EAST NEWS Grobowiec mistrza Li Ma-tou w Pekinie, grafika z 1870 r.

Artykuł w wersji audio

Tego się minister spraw zagranicznych Włoch nie spodziewał. Podczas wizyty w Chinach w 1986 r. poproszono go, by zwiedził pekińską szkołę kadr partii komunistycznej. Budynek należał kiedyś do jezuitów. W ogrodzie wskazano mu zadbany grób wśród kwiatów. Przewodnik z ramienia chińskiego rządu zwrócił się do Andreottiego: „Stoimy przed grobem jedynego cudzoziemca, który pomógł nam zrozumieć nasz naród”.

Tym cudzoziemcem był Matteo Ricci, Włoch, jezuita, apostoł Chin na przełomie XVI i XVII w. Chwila niezwykła, bo kiedy chiński komunista wygłosił pochwałę tego europejskiego misjonarza, stosunki między Chińską Republiką Ludową a Watykanem nie były dobre. Władze w Pekinie nie uznawały jurysdykcji papieskiej nad katolikami chińskimi. Skąd zatem te podniosłe słowa pod adresem jezuity?

Chińskie przyczółki

Chińczycy są praktyczni. Cenią sprawne rządy, naukę i technikę. Zbudowali własną cywilizację funkcjonującą od tysięcy lat. Odgradzali się od świata zewnętrznego w poczuciu wyższości, ale potrafili przejmować zdobycze innych, jeśli uznali je za przydatne dla siebie. W XVI w., kiedy w Chinach panowała dynastia Ming, tysiące kilometrów na zachód od Pekinu, w Rzymie, stolicy świata chrześcijańskiego, rozmyślano nad ewangelizacją ludów Dalekiego Wschodu. Europa weszła w epokę ekspansji handlowej i terytorialnej. Misjonarze byli forpocztą cywilizacji europejskiej.

Ale jak głosić ewangelię na Dalekim Wschodzie? Azja była całkiem innym wyzwaniem dla misjonarzy z Europy niż ludy zwane wtedy dzikimi, plemiona indiańskie i afrykańskie. Cywilizacje Indii, Chin i Japonii trwały tak samo długo albo dłużej niż świat chrześcijański. Miały równie bogate dzieje polityczne i duchowe. Zrodziły wysoko zorganizowane systemy społeczne i filozoficzno-religijne.

Kontakty Chin z Zachodem miały historię długą, ale dość ubogą. Polegały na wpuszczaniu do dumnego Państwa Środka zachodnich kupców i poselstw, wśród których trafiali się duchowni. Na przykład w delegacji legata papieskiego w XIII w. do ówczesnego władcy Chin brał udział franciszkanin z naszych ziem Benedykt Polak. Chrześcijaństwo miało przyczółki w Chinach już w pierwszym tysiącleciu naszej ery, głównie w odmianie nestoriańskiej (od Nestoriusza, patriarchy Konstantynopola w latach 428–431), uznanej przez Kościół za herezję. Nieliczni późniejsi misjonarze nie byli w stanie nawracać Chińczyków na chrześcijaństwo, gdyż byli do tego nieprzygotowani: nie znali języka, kultury, obyczajów, a zwłaszcza chińskiej myśli filozoficzno-religijnej, której symbolem jest po dziś dzień dzieło mistrza Kong Fuzi, Konfucjusza (żył na przełomie VI i V w. przed Chrystusem).

Dynastia Ming na chrześcijan nie patrzyła łaskawym okiem, szczególnie pod koniec swych rządów, kiedy sławny chiński mur nie chronił już skutecznie przed najazdami chanów mongolskich z północy, a zagrożenia szły też od morza, gdzie roiło się od piratów oraz poszukiwaczy przygód i fortun z krajów zachodnich. W 1557 r. Chiny zezwoliły Portugalczykom na założenie bazy handlowej w Makau. Tym samym uchyliły wrota Europejczykom.

To w tej portugalskiej kolonii zatrzymał się w 1582 r. Matteo Ricci, bohater naszej opowieści o wzlocie i upadku katolickiej misji w Chinach. Ricci do Makau przybył na wezwanie swego konfratra, jezuity ojca Valignano. Ten był z ramienia papieża wizytatorem misji w Azji, a przed laty mentorem Ricciego, kiedy ten stawiał pierwsze kroki w zakonie. Ricci miał szczęście do wybitnych nauczycieli – znawców matematyki i astronomii, dogmatyki kościelnej, metod katechizacji. Dzięki nim mógł wcielać w życie swoje marzenie o ewangelizacji Chin w zupełnie inny sposób, niż czynili to zwykle katoliccy misjonarze. Miewali oni podejście zdobywców, konkwistadorów, z których armiami przybywali na ziemie, gdzie o Chrystusie nikt nie słyszał.

Misja w Azji

Jezuici, do których wstąpił młody Ricci – syn patrycjusza, który widział w nim prawnika, a nie misjonarza – mieli swój pomysł na misję w Azji. Uosabiał go św. Franciszek Ksawery, bliski współpracownik założyciela Zakonu Jezusowego św. Ignacego Loyoli. Franciszek Ksawery apostołował na wschodzie Indii, Cejlonie, w Indonezji, a w połowie XVI w. dotarł do Japonii. Stamtąd zamierzał wyruszyć do Chin, gdy zorientował się, jak ważną rolę odgrywały one w historii i kulturze Japonii. Zmarł podczas przygotowań do tej wyprawy w 1552 r. – tym samym, w którym we włoskim mieście Macerata urodził się Ricci.

Gruntownie, jak na owe czasy, wykształcony Ricci otrzymał zgodę od zakonu na działalność misjonarską w Azji. W 1578 r. przybył statkiem z Lizbony do Goa, stolicy Indii portugalskich. Uczył łaciny i greki, wykładał po portugalsku, którego błyskawicznie nauczył się w Portugalii, oczekując na zaokrętowanie, sam studiował jeszcze teologię, został wyświęcony na kapłana.

W tym samym roku, kiedy Ricci przypłynął do Indii, do Japonii przybył jego dawny nauczyciel zakonny ojciec Valignano, specjalny – jak wspomnieliśmy – wysłannik papieża, nadzorujący misje azjatyckie. Valignano, jak św. Franciszek Ksawery, przekonany był o dwóch rzeczach: że z ewangelią trzeba dotrzeć w głąb Chin i że nie można ich ewangelizować tak, jak robili to Hiszpanie na Filipinach – po konkwistadorsku.

I tak drogi obu jezuitów znów się przecięły. Valignano wezwał Ricciego do Makau, aby tam przygotował się do misji. Miał być misjonarzem nowego typu. Loyola pouczał, by unikać w pracy misjonarskiej wszystkiego, co mogłoby urazić ludzi, przywykłych od pokoleń do innego sposobu życia. Nawracajcie na świętą wiarę Kościoła, ale delikatnie – przekonywał założyciel zakonu jezuitów; zacznijcie od nauki miejscowego języka. W przypadku Matteo – chińskiego.

Słowem, drogą Kościoła miała być lokalna kultura, akomodacja do świata, który ma poznać ewangelię. W Indiach tą drogą szedł ojciec de Nobili. Tak jak Valignano czuł, że w świecie starych kultur azjatyckich mechaniczne kopiowanie wzorów europejskich nie wystarczy. Powtarzał, że dla zbawienia Hindusów stanie się Hindusem.

 

 

Jezuici jak mnisi

Na podobnej zasadzie Ricci stał się Chińczykiem, by ewangelizować Chińczyków. W 1583 r. dostał zaproszenie do Chin od rządcy prowincji Kwantung. Gubernator dowiedział się bowiem, że w Makau przebywa genialny matematyk z Europy, który umie sporządzać mapy, zegary i globusy – dla chińskiej elity rzeczy bezcenne. Ricci zabrał starszego od siebie współbrata w podróż statkiem mandaryna do Chin.

We wrześniu dotarli do miasta Czaoking (Zhaoqing) na południu Państwa Środka. Padli na twarz przed gubernatorem i oznajmili, że nie chcą być dla nikogo ciężarem, tylko nauczyć się chińskich zasad moralnych. Poprosili o zgodę na pobyt w Chinach do końca życia oraz budowę domu dla siebie i kaplicy. Ślubowali posłuszeństwo cesarzowi Chin. Wręczyli dary: malowidło przedstawiające Matkę Chrystusa i wytworne haftowane chusteczki. Mandaryn odwzajemnił się darami, bo tak każe etykieta, a w ten sposób chronił się też przed zarzutem korupcji.

Jednak w mieście aż huczało od plotek: po co nam ci przybysze, czyż to nie portugalscy szpiedzy, przygotowujący inwazję na nasz kraj?! Z drugiej strony, przybysze rozpalali ciekawość Chińczyków. Krążyły wśród nich opowieści o ich przedziwnym szkle, rozszczepiającym światło na tęczę kolorów, i innych skarbach, jakie posiadali – pięknie oprawnych księgach, obrazach, zbiorach map, lunetach, cyrklach, instrumentach muzycznych, zegarach. Szczególnie podobał się obraz Matki z Dzieciątkiem, przed którym Chińczycy padali na kolana. Zdumienie budził też wznoszony dla jezuitów dom w solidnym europejskim stylu, podczas gdy w Chinach budowało się z drewna, na niedługo.

Jezuici początkowo ubierali się jak mnisi buddyjscy; zgolili brody, ostrzygli włosy. To był błąd, bo mnisi buddyjscy nie byli w powszechnym poważaniu, pogardzali nimi za brak wykształcenia i skłonność do występku członkowie chińskiej elity. A i lud trzymał się od nich z dala, bo uważał za darmozjadów i speców od czarnej magii. Wkrótce Włosi zmienili więc ubiór i wygląd zewnętrzny; przywdziali jedwabne szaty i pasy mandarynów, zapuścili brody i włosy. Ricci przyjął chińskie imię mistrza Li Ma-tou. (Li to pierwsza sylaba jego prawdziwego nazwiska, wymawiana z chińska, w którym to języku nie rozróżnia się l od r; Ma-tou to schińszczone Matteo). Ale to jeszcze było mało. Uczony musiał mieć też imię honorowe. Kto go nie posiadał, był uważany za parweniusza. Ricci wybrał na to imię Si-t’ai, tzn. Daleki Zachód.

Test mistrza

Z latami Ricci nauczył się doskonale obracać w świecie mandarynów. Dwie rzeczy mu w tym walnie pomogły. Najpierw znajomość literackiego języka chińskiego, choć dopiero po 10 latach odważył się mówić bez obecności tłumacza. Chińskie znaki nie były tak wielkim problemem – misjonarz miał świetną pamięć i zdolności graficzne – trudniejsze było nauczenie się tonów, które zmieniały znaczenie tej samej sylaby. Nie było europejskich podręczników do nauki chińskiego. To dopiero Ricci napisał słowniczek portugalsko-włosko-chiński.

Nabrał takiej biegłości, że pisał po chińsku traktaty, uważane przez samych Chińczyków za mistrzowskie pod względem stylu i treści. Tłumaczył na chiński naukowe dzieła europejskie, w tym Euklidesa, układał pieśni; wszedł do kanonu chińskiej literatury.

Jaką miał pamięć, świadczy próba, jakiej został kiedyś poddany. W ówczesnych Chinach dobra pamięć miała ogromne znaczenie w karierze państwowej. Kandydaci musieli znać na pamięć ogromną konfucjańską literaturę i zdać wiele surowych egzaminów na różnych szczeblach. Nic nie budziło zatem w chińskiej elicie takiego podziwu jak geniusz mnemotechniczny. Ricci wiedział, że warunkiem sukcesu jest spostrzegawczość i znajomość reguł skutecznego zapamiętywania, a tę poznał w Rzymie.

Na jednym z bankietów misjonarz dostał do zapamiętania kilkaset chińskich znaków. Oczywiście nie widział ich wcześniej. Przejrzał zbiór, oddał, i bezbłędnie powtórzył z pamięci. To się nie mieściło w głowach zebranych, więc zarzucono mistrzowi Li, że jednak znał je wcześniej. Wtedy Ricci poprosił, by ktoś namalował nowy zbiór 500 znaków. I znów odtworzył je z pamięci bez jednej pomyłki.

Drugim dokonaniem Ricciego, które ułatwiło mu dotarcie do upragnionego celu, czyli na dwór cesarza, była jego mapa świata, obiekt kultu chińskich mandarynów. Przywiózł ją z Europy. Pokazywała świat tak, jak widziała go ówczesna europejska kartografia. Czyli nie z Chinami w centrum, jak pokazywały mapy chińskie. To był szok, ale też rewelacja. Chińscy możnowładcy zamówili u mistrza Li mapę w wersji do użytku chińskiego. Ricci w 1584 r. przedstawił szkic z objaśnieniami po chińsku i sporządził drzeworyt. Poszedł na pewien kompromis, bo w końcu Ziemia jest kulą, a globus nie ma początku, środka i końca. Pozostawił Chiny w centrum, ale poza tym niczego nie zmienił, było pięć części świata, mnóstwo krajów. Mapa stała się przebojem chińskich salonów.

Apostoł Ricci

Jednak mistrz Li nie zapominał, kim jest, skąd i w jakim celu przybył do cesarstwa mandarynów. Modlił się, pościł – wzorem chińskim, czyli wegetariańskim – rozmyślał o Bogu i sprawach ostatecznych, jak wyznawca i sługa Chrystusa. Zdobywał uczniów, udzielał chrztów. Boga nazywał z chińska Panem Niebios, odcinał się w dysputach z chińskimi mędrcami od sekt bożków, za które – niezbyt dobrze zorientowany – uważał buddystów i taoistów. Cenił system Konfucjusza i do niego starał się nawiązywać, objaśniając zasady wiary katolickiej. Ułożył katechizm po chińsku.

Szło jednak opornie. Chińczykom trudno było zaakceptować ideę Boga wcielonego w Chrystusa, który miał być zarazem człowiekiem i zginąć w męczarniach z ręki ludzi. Ricci zaczął więc kłaść akcent na to, co nazywał boskim prawem serca, na system etyczny, który występuje w księgach konfucjańskich, a jest zgodny z naukami Chrystusa. Przekonywał, że on sam, zakonnik z Dalekiego Zachodu, jest naśladowcą apostołów, który przynosi Chinom ewangelię Pana Nieba.

Filarem chińskiej tradycji jest kult przodków. Ricci czuł, że nie będzie skutecznym apostołem, jeśli tego kultu zakaże chińskim konwertytom na chrześcijaństwo. Dopuścił więc, by chińscy chrześcijanie opłakiwali zmarłych po swojemu, bili przed ich duchami pokłony, palili im kadzidła, kupowali drogie trumny na znak szacunku dla zmarłego, przywdziewali tradycyjne białe ubiory żałobne.

Chrześcijan Ricciego przybywało; kiedy umierał (w 1610 r.), było ich ponad 2 tys. na 60 mln Chińczyków. W 1615 r. – 5 tys., w 1720 r., mimo okresowych prześladowań, 308 tys. Ale ów sukces nosił w sobie ziarno samozniszczenia.

Matteo Ricci przybył do Pekinu w styczniu 1601 r. z największym marzeniem, aby głosić Dobrą Nowinę cesarzowi na tronie Smoka. Bo gdyby ten ją przyjął, całe Chiny poszłyby za jego przykładem. Przez 9 ostatnich lat życia mistrz Li robił wszystko, by marzenie się ziściło. Działał roztropnie, ostrożnie, konsekwentnie. Przez dworzan słał prezenty: święte obrazy Jezusa i jego Matki, kopie map, weneckie pryzmaty, zegary wydzwaniające godziny, klawikord, ewangeliarz, wysadzany klejnotami krucyfiks, przyrządy astronomiczne, pozwalające dużo precyzyjniej niż chińskie ustalać kalendarz. Cesarz był zafascynowany. Kazał wykonać dla siebie podobiznę misjonarza, ale nie zdecydował się na spotkanie twarzą w twarz. Obraz Chrystusa podziwiał, obraz Madonny podarował matce, ale ta się go bała.

Intrygi dworzan i notabli, nieufność do cudzoziemców, strach przed szpiegami obcych mocarstw, wzgląd na chińskich dostojników, którym cesarz też odmawiał audiencji, zabiegi zagorzałych przeciwników jezuitów – wszystko to razem okazało się barierą nie do pokonania. Skończyło się na oddaniu czci pustemu tronowi cesarza. Mistrz Li zmarł w Pekinie 11 maja 1610 r., przyjąwszy kościelne sakramenty. Cesarz zezwolił na pochowanie jezuity w grobowcu na terenie Pekinu, co było wydarzeniem bez precedensu w odniesieniu do cudzoziemca.

Plon niezbyt obfity

Pośmiertna historia mistrza Li jest równie frapująca. Jej pierwsza część budzi smutek, finał – pewną nadzieję. Smutne jest to, że pionierska metoda Ricciego – ewangelizacji przez inkulturację – została odrzucona przez Kościół. W Rzymie studiowano raporty kolejnych misji chińskich, w których doczytywano się, że tamtejsze chrześcijaństwo osuwa się w zabobon, czarownictwo i pogaństwo. Koronnym przykładem uczyniono udział chińskich konwertytów w rytach ku czci Konfucjusza i zmarłych, odprawianych na modłę tradycyjną. Jezuici z Chin bronili się przed zarzutami, kolejni papieże zmieniali zdanie w sprawie owych rytów. Ostatecznie, na początku XVIII w., przeważyło stanowisko, by ich zakazać, podobnie jak używania chińskich nazw na określenie chrześcijańskiego Boga i liturgii w języku chińskim. Rozgniewany cesarz nakazał misjonarzom opuścić Chiny. Doszło do masowych prześladowań konwertytów pod hasłem, że chrześcijaństwo jest wrogiem chińskiej tradycji. Dzieło mistrza Li, najwybitniejszego budowniczego kulturowych mostów między Zachodem i Chinami, legło w gruzach.

Ale jest nadzieja, że nie do końca. Przełom przyszedł w Kościele wraz ze zmianą stosunku do religii niechrześcijańskich w XX w. W 1982 r. o dziele Ricciego mówił pochwalnie Jan Paweł II. Za Benedykta XVI wznowiono, w styczniu 2010 r., proces beatyfikacyjny apostoła Chin, a papież Ratzinger nazywa jego misję oryginalną i profetyczną. Ze swej strony, współczesne, wciąż doktrynalnie komunistyczne, Chiny wychwalają jezuitę jako przykład, że dialog Wschodu z Zachodem jest nie tylko pożądany, lecz możliwy.

Szkoda, że ta godzina dialogu wybiła dla krzyża i smoka tak późno. Mistrz Li posiał ziarno, które mogło było wydać plon obfitszy.

Polityka 52.2010 (2788) z dnia 25.12.2010; Temat na Święta; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Krzyż i smok"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jacy są nowi bohaterowie dziecięcej wyobraźni

Prof. Małgorzata Bogunia-Borowska, socjolog kultury, mówi o tym, jacy bohaterowie zamieszkują dziś dziecięcą wyobraźnię i jakie mają zadania do wykonania.

Ewa Wilk
10.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną