Z Guy Sormanem, francuskim intelektualistą

To są ludzie jak my
Guy Sorman, francuski filozof i publicysta, o źródłach arabskiej rewolucji, o tym, czy islam da się pogodzić z demokracją i rynkiem i co z tego wynika dla Europy i świata.
Guy Sorman, był m.in. doradcą premiera Francji i prezydenta Korei.
Seweryn Sołtys/Fotorzepa

Guy Sorman, był m.in. doradcą premiera Francji i prezydenta Korei.

Libijscy buntownicy z Tobruku.
Asmaa Waguih/Reuters/Forum

Libijscy buntownicy z Tobruku.

Uniwerystet Amerykański w Kairze. Kairskie uczelnie wyższe opuszczają co roku dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych absolwentów.
e skene/Flickr CC by SA

Uniwerystet Amerykański w Kairze. Kairskie uczelnie wyższe opuszczają co roku dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych absolwentów.

Jacek Żakowski: – Co się stało z Arabami?
Guy Sorman: – O właśnie! Z Arabami. Nie z islamem. Czyli mniej więcej z jedną piątą muzułmanów. Reszta świata islamskiego patrzy na kraje arabskie z podobnym zdziwieniem jak my. Chociaż może trochę więcej rozumie.

Z powodu tej samej wiary?
Raczej dlatego, że nie szuka klucza do tej sytuacji w islamie, czyli tam, gdzie go nie ma.

A gdzie jest klucz?
W typowych mechanizmach każdej rewolucji. To jest klasyczna rewolucja rosnących oczekiwań. Zgodnie z opisaną przez Tocqueville’a zasadą, że rewolucja wybucha, gdy ludziom zaczyna się żyć lepiej. Bo poprawa nigdy nie jest tak szybka, jak oczekiwania poprawy, gdy ludzie ją zauważą.

Arabowie zauważyli, że im się poprawia?
W krajach, które ta rewolucja objęła, przez poprzednią dekadę wyraźnie się poprawiało. Ludzie zaczęli się zastanawiać, czy nie mogłoby się poprawiać trochę szybciej. Wtedy ostrzej zobaczyli, że władza jest skorumpowana, autorytarna, brutalna, że łamie ich prawa. Słusznie pomyśleli, że gdyby władza była lepsza, szybciej by im się poprawiało.

W Libii się ostatnio nie poprawiało.
Nie dość szybko. Ale w Libii, Jemenie, Algierii i Bahrajnie na klasyczny mechanizm tocquevillowski nakłada się konflikt plemienny albo wyznaniowy. Jemen tworzą dwa kompletnie sobie obce plemiona, które porządek kolonialny zamknął w jednym państwie. W Bahrajnie ścierają się szyici z sunnitami. Libia nigdy nie była integralnym państwem. Składała się z dwóch krajów sztucznie połączonych w jedną włoską kolonię, której jedność Kadafi utrzymywał siłą.

Tak było ponad pół wieku, aż nagle…
Nowym czynnikiem stała się demografia. A właściwie ogromne inwestycje w bardzo liczne młode pokolenie. Wszystkie te kraje mają wielkie uniwersytety, kształcące dużą część młodzieży. Uniwersytety kairskie opuszczają co roku dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych absolwentów. Bardzo niewielu z nich ma szansę na pracę zgodną z wykształceniem, a nawet na jakąkolwiek pracę. W Maroku, Algierii, Egipcie, Tunezji, częściowo w Arabii Saudyjskiej rosła dysproporcja między dynamiką tego pokolenia a rozwijającą się zbyt wolno, regulowaną, kontrolowaną przez skorumpowane rządy gospodarką. W ostatnich 20 latach we wszystkich tych krajach rosła coraz szybciej lumpeninteligencja. Na placu Tahrir były tysiące młodych, wykształconych Egipcjan, doskonale mówiących po angielsku, którego nauczyli się na Amerykańskim Uniwersytecie w Kairze. To też jest typowe.

W jakim sensie?
Lumpeninteligencja jest paliwem większości rewolucji. W Afryce Północnej wyrosły miliony Leninów i Robespierre’ów. Część z nich – jak zawsze w takich sytuacjach – znalazła się w armii, która w krajach arabskich od dawna ma wyjątkową rolę.

Specyfika kulturowa?
Raczej efekt dekolonizacji lat 50. W większości krajów przejęli wtedy władzę młodzi oficerowie, którzy stworzyli socjalistyczne, a nawet komunistyczne reżimy. Kombinacja wojskowych reżimów i socjalizmu stworzyła kolejną arabską specyfikę. Kiedy w latach 80. i 90. świat się integrował, globalizował, demokratyzował, te kraje zostały na uboczu historii. To było widoczne nawet dla niewykształconej części społeczeństwa. Więc rosła frustracja: „Dlaczego inni tak idą do przodu, a my nie?”.

Czyli mieszanka europejskiego roku 1968 z 1989.
Wszystkie rewolucje są do siebie w dużym stopniu podobne.

Ale różnie biegną i bardzo różnie się kończą. To już widać w Afryce Północnej. Tunezja poszła jak burza. Ali uciekł, zanim Zachód zauważył rewoltę w Tunisie. W Egipcie Mubarak cofał się krok po kroku przed rosnącą i zaostrzającą się niemal bezkrwawą rewoltą. W Libii Kadafi broni się zażarcie, mordując przeciwników.
Podobnie jak 20 lat temu w Europie Wschodniej. To jest specyfika lokalnych reżimów i dyktatorów. Egipt Mubaraka był względnie otwartym krajem. Libia Kadafiego zawsze była brutalną dyktaturą. To wynika też z historii tych krajów. Ale ważne jest, żebyśmy nie ulegali stereotypom i łatwym teoriom. 20 lat temu bardzo popularna była teoria Zinowiewa, mówiąca, że komunizm stworzył homo sovieticusa, który jest niezdolny do życia w rynkowej demokracji.

I wiele postsowieckich krajów nie poradziło sobie z demokracją.
A inne radzą sobie doskonale. Jak nie ma homo sovieticusa, tak nie ma homo islamicusa czy homo arabicusa. Są różne kraje z różnymi tradycjami i uwarunkowaniami. W Iraku, Syrii, Egipcie jest spory kapitał wynikający z tradycji społeczeństw otwartych, rynku, demokracji, które obalono w latach 50. Ludzie jeszcze dobrze to pamiętają. W Egipcie żywa jest tradycja Wafd, silnej partii liberalnej, która wywalczyła niepodległość i dominowała od lat 20. XX w. aż do zamachu stanu i obalenia konstytucyjnej monarchii przez pułkownika Nasera. W rodzinach, na uniwersytetach, wśród inteligencji przetrwała tradycja i pamięć 30 lat demokracji. Pod tym względem Egipt przypomina Europę Wschodnią.

Polskę czy Białoruś?
Białoruś nigdy nie stworzyła stabilnej demokracji, nawet w ograniczonej formie. Nie ma narodowej, demokratycznej tradycji. A Egipt ją ma. Problem w tym, że – jak większość krajów arabskich – ma też całkiem nowy fenomen gospodarczej potęgi wojska i wojskowych. Nikt nie wie, jak wyjdzie połączenie demokracji i rynku z wojskiem silnym nie tylko militarnie i politycznie, ale też gospodarczo. Takiej drogi do rynkowej demokracji nikt jeszcze nie przeszedł.

Wschodnia Europa ma doświadczenie gospodarczej siły aparatu partii.
To jest zasadnicza różnica. Ale nie znamy jej skali. Jedni szacują, że wojsko kontroluje w Egipcie 10 proc. gospodarki. Inni mówią o 30 proc. Tak czy inaczej, jest to ogromna siła, bo chodzi o kontrolę nad kluczowymi – nowoczesnymi i dochodowymi – branżami. Zwłaszcza nad turystyką. Podobnie jest w Tunezji i w Libii. To przypomina sytuację w Chinach, gdzie partia komunistyczna w różnej formie, formalnie i nieformalnie, posiada kluczową część teoretycznie prywatnych przedsiębiorstw. Polityka gospodarcza, cła, koncesje, ogrom regulacji w większości krajów arabskich służy interesom wojskowej elity władzy. Im także służyły rynkowe reformy Alego i Mubaraka. Zwłaszcza prywatyzacja była tak prowadzona, żeby państwowe firmy trafiły w prywatne ręce wysokich oficerów albo ich najbliższych. Dla wielu Arabów prywatyzacja równa się korupcja. To nie ułatwi kolejnych rynkowych reform.

A islam?
Islam nie szkodzi demokracji ani wolnemu rynkowi. Mahomet, w odróżnieniu od Jezusa, Buddy i Konfucjusza, był wielkim przedsiębiorcą, a jego żona była – jak byśmy dziś powiedzieli – poważną bizneswoman. W odróżnieniu od innych religii islam nie namawia też do ascezy i propaguje bogacenie się. W tym sensie Koran doskonale pasuje do współczesnego świata, którym rządzi rynek.

Ale nie islamizm.
Żaden religijny fundamentalizm nie pasuje do współczesnego świata. Ale wśród sunnitów, czyli zdecydowanej większości arabskich muzułmanów, fundamentaliści nigdy nie odgrywali liczącej się roli. W Tunezji i Egipcie to jest absolutny margines. Dziś w żadnym kraju arabskim fundamentaliści nie mają szansy na zwycięstwo w wyborach. W latach 70. i 80., a nawet 90., wielu Arabom islamizm wydawał się ciekawą propozycją. Ale ten nurt bardzo osłabł. Społeczeństwa się zsekularyzowały. Rewolucje islamskie poniosły porażkę. Tylko w Maroku fundamentaliści mają duże wpływy. Nawet w Algierii, gdzie kiedyś wygrali unieważnione później przez władzę pierwsze demokratyczne wybory, nie mają już szansy powtórzyć sukcesu. Mogą robić zamachy w Bagdadzie czy Algierze, ale na zwycięstwo w wyborach nigdzie nie mogą teraz liczyć.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną