REPORTAŻ: Irlandia tonie, konie cierpią

Irlandczyk schodzi z konia
Gdy Irlandia zachłysnęła się dobrobytem, posiadanie konia było oznaką sukcesu. W kryzysie drogie zabawki zaczęto porzucać. Po wyspie błąka się kilkanaście tysięcy bezpańskich wierzchowców.
Na końskim targu w Dublinie jeszcze trzy, cztery lata temu transakcje opiewały na 4–6 tys. euro. Dzisiaj konie kupują głównie kilkunastoletni chłopcy z północnego Dublina, zwanego tutaj socjalnym. Po 60–80 euro za zwierzę.
Piotr Małecki/Napo Images

Na końskim targu w Dublinie jeszcze trzy, cztery lata temu transakcje opiewały na 4–6 tys. euro. Dzisiaj konie kupują głównie kilkunastoletni chłopcy z północnego Dublina, zwanego tutaj socjalnym. Po 60–80 euro za zwierzę.

Ballymun, przedmieście północnego Dublina.
Piotr Małecki/Napo Images

Ballymun, przedmieście północnego Dublina.

Belcamp – osiedle. Luke Brown, 12 lat, trzyma swojego konika w ogródku.
Piotr Małecki/Napo Images

Belcamp – osiedle. Luke Brown, 12 lat, trzyma swojego konika w ogródku.

wideo

Irlandczyk schodzi z konia, Piotr Małecki.

Smithfield Horse Market

Obok placu targowego Smithfield nastolatek popisuje się na świeżo kupionym za 60 euro koniu. Dosiada go tyłem, ciągnie za ogon, drażni. Koń się broni, wierzga. No, prawie rodeo. Zagadnięty chłopak pokazuje faka. Liam Konsella, inspektor DSPCA (Society for the Prevention of Cruelity to Animals, dubliński odpowiednik Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami), ma tu dzisiaj dyżur. – W piątek zabraliśmy z ulicy klaczkę z podciętym gardłem i źrebaka, który zdechł z zimna i głodu. Za tydzień będą telefony, że ten – wskazuje na konia nastolatka – gdzieś leży i zdycha.

Jeszcze w 2007 r. koński targ był atrakcją turystyczną Dublina. Otoczenie odrestaurowano, plac wyłożono kostką. W pierwszą niedzielę miesiąca handluje się tu końmi i jeszcze trzy, cztery lata temu transakcje opiewały na 4–6 tys. euro. Dzisiaj konie kupują głównie kilkunastoletni chłopcy z północnego Dublina, zwanego tutaj socjalnym. Po 60–80 euro za zwierzę. Czasem też za telefon komórkowy albo za konsole do gier komputerowych. Nowi, nielegalni właściciele nie mają warunków, by opiekować się końmi. Wizyta u weterynarza kosztuje dwa razy więcej niż koń.

W czasach irlandzkiego cudu gospodarczego ludzie z wyższej klasy średniej kupowali konie, bo to było modne – opowiada Jimmy Cathall, szef DSPCA. Średniej klasy koń rekreacyjny kosztował od 4 do 15 tys. euro. Jego utrzymanie w profesjonalnej stadninie – od 1 tys. euro miesięcznie; z paszą, wypuszczaniem dwa razy dziennie na wybieg, czyszczeniem kopyt, opieką weterynaryjną, szczepieniami i w razie potrzeby – lekami. Konia, który chodzi pod siodłem, trzeba też raz na 6–8 tygodni przekuć, czyli zmienić mu podkowy.

Kiedy przyszedł kryzys i ludzie tracili pracę – powiada Cathall – pierwsze, z czego rezygnowali, to były konie. Wypuszczanie ich wolno było aktem braku wyobraźni i absolutnym brakiem odpowiedzialności.

Poddanie zwierzęcia humanitarnej eutanazji to wydatek rzędu 300 euro. Oddanie do rzeźni w większości przypadków nie wchodziło w grę. Do tego potrzebny jest tzw. paszport, a nowobogaccy często ich nie wyrabiali, żeby oszczędzić na formalnościach i podatkach. Ponadto paszport musi być czysty, tzn. bez wpisów o leczeniu farmakologicznym, bo wtedy – według surowych przepisów irlandzkich – końskie mięso nie nadaje się nawet na karmę dla kotów.

W ciągu ostatnich lat w Irlandii zginęło z głodu i wyziębienia ok. 2 tys. opuszczonych koni.

Ballymun

Ballymun, przedmieście północnego Dublina. Rzędy tanich domków, poprzetykane blokami komunalnymi. Przed jednym, wysiedlonym, bo deweloper miał tu budować domki, 14–16-latki popalają jointy. Na tyłach bloku, na boisku pokrytym mizerną trawą, pasie się zabiedzony koń. Opuszczony, socjalny blok w Ballymun wybudowano ledwie kilkanaście lat temu. Jest zdewastowany, ale solidny. Mógłby pełnić swoją funkcję jeszcze przez kolejne kilkanaście albo i kilkadziesiąt lat. Ale na tym nie zarobiłby żaden deweloper.

W latach 90. rząd Irlandii wprowadził 12,5-proc. podatek dla firm, dzięki temu zaczęły tu inwestować światowe korporacje. W ciągu kilku lat spadło bezrobocie (z 17 do 4,5 proc.), sfera ubóstwa skurczyła się trzykrotnie, a wzrost PKB był trzy razy szybszy niż w pozostałych krajach strefy euro. Celtycki Tygrys – jak nazywano wtedy Irlandię – był wzorem dla innych wschodzących gospodarek.

W kolejnej dekadzie w Irlandii, podobnie jak w Ameryce, łatwo dostępne kredyty bankowe nakręciły boom budowlany. Ceny domów w Dublinie wzrosły pięciokrotnie. Deweloperzy budowali na potęgę – dziś, jak wyspa długa i szeroka, niszczeją nieukończone blokowiska i osiedla domków. W krytycznym momencie, gdy państwo musiało ratować przed bankructwem Anglo-Irish Bank (to głównie on finansował deweloperów), deficyt budżetowy sięgnął 32 proc. „Cud gospodarczy skończył się finansową katastrofą” – pisał Wawrzyniec Smoczyński („Irlandzki kac”, POLITYKA 49/10).

Pod koniec listopada 2010 r. Bruksela przyznała Irlandii 85 mld euro na ratowanie tonących banków i łatanie budżetu. Kraj trafił pod trzyletni dozór Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Rośnie liczba niespłacanych kredytów hipotecznych. Często kredyt taki jest większy niż wartość rynkowa mieszkania czy domu. W 4,5-milionowej Irlandii aż pół miliona ludzi nie ma pracy.

Galway, siedziba GSPCA

Tuż przed południem telefon: w miejscowości Loughrea Town zdycha kuc. – Kiedyś w sprawie porzuconych koni mieliśmy jeden telefon w miesiącu. Teraz kilka dziennie – mówi Janine Zanon, inspektorka GSPCA, wybierając numer do gardy, czyli na policję. Prosi o asystę. To konieczne, bo kuc jest u travellersów, jak tutaj nazywają Cyganów. Kilka lat temu Romowie dostali od państwa domki, żeby się nie przemieszczali. Domki są najczęściej zdewastowane, większość ich mieszkańców żyje z zasiłków. – Trzymają i nie chcą oddawać koni, bo one są coś warte. A jak koń zdechnie, to trudno – wyjaśnia Janine.

Na tyłach domu w Loughrea Town leży kuc. Wychudzony, sterczą mu żebra. – Damy mu coś rozgrzewającego – mówi Patrick McGuire, weterynarz, dzisiaj wolontariusz. – Nie zdoła sam wstać, ale może to się uda przy małej pomocy. Po półgodzinie kuc jest na nogach. Płacze 10-letni chłopiec, kurczowo trzymając się sierści kuca. – Nie zabierajcie mi go – krzyczy. Protestuje też jego matka. Policjant delikatnie, ale stanowczo odciąga chłopca od kuca.

Jeśli go nie zabierzemy – tłumaczy Janine – on jutro, pojutrze umrze.

Kuc trafi do koniarzy, którzy kilkanaście mil za Galway mają stajnię. Pełną przygarniętych koni, ale dla kuca miejsce się jeszcze znajdzie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną