Koniec ery Putina?

Jedna Rosja i inne Rosje
Urzędnicy bojkotują polecenia prezydenta, oligarchowie wywożą swoje fortuny, a obywatele coraz częściej demonstrują na ulicach. Czy w Rosji kończy się era Władimira Putina?
Protesty płyną z różnych stron. Pochód komunistów w Sankt Petersburgu.
Interpress/ITAR-TASS/Forum

Protesty płyną z różnych stron. Pochód komunistów w Sankt Petersburgu.

Ekolodzy też protestują. Moskiewska demonstracja przeciw składowaniu w Rosji odpadów radioaktywnych z Czarnobyla.
Sergei Karpukhin/Reuters/Forum

Ekolodzy też protestują. Moskiewska demonstracja przeciw składowaniu w Rosji odpadów radioaktywnych z Czarnobyla.

Notowania premiera spadają. Putinowi ufa już tylko 44 proc. rodaków.
ZUMApress/Forum

Notowania premiera spadają. Putinowi ufa już tylko 44 proc. rodaków.

Gdy Borys Jelcyn przekazywał władzę Władimirowi Putinowi, mało kto przypuszczał, że dla większości Rosjan właśnie były pułkownik KGB stanie się ikoną dobrobytu i odrodzonej mocarstwowości. Teraz notowania premiera spadają. Według ośrodka socjologicznego Lewada, Putinowi ufa już tylko 44 proc. rodaków, w porównaniu z 80 proc. z czasów hossy surowcowej sprzed kilku lat. Tak wyraźne spadki niepokoją obóz premiera, gdyż władza Putina opiera się głównie na jego osobistej popularności.

Jednocześnie spada też zaufanie do prezydenta Dmitrija Miedwiediewa i w ogóle całej partii władzy, Jednej Rosji, która – zdaniem opozycjonisty Borysa Niemcowa – bez fałszerstw wyborczych nie mogłaby liczyć na więcej niż 20 proc. głosów. Diagnoza Niemcowa jest pewnie przesadzona, ale sygnalizuje zauważalną w Rosji tendencję.

Mimo oficjalnych zapewnień, że Putin pokonał kryzys gospodarczy, a cena baryłki ropy stale rośnie i Rosja znowu jest spokojną przystanią, budżetowi państwa daleko do równowagi. Blisko 10-proc. inflacja zżera podwyżki płac i emerytur, a wartość kapitału, który odpłynął za granicę w ostatnich dwóch latach, przekroczyła 80 mld dol. Władza jest zaskoczona, sytuacja staje się tym bardziej napięta, że w tym i przyszłym roku odbędą się wybory do Dumy i na prezydenta. Zgodnie ze znowelizowaną konstytucją, w 2012 r. prezydent wybrany zostanie na sześć lat, a nie jak dotychczas na cztery, oczywiście także z możliwością powtórnej kadencji. Do tej pory cała intryga, a raczej jej brak, sprowadzał się do bezproblemowego zwycięstwa Jednej Rosji i ponownej prezydentury Putina, tym razem na 12 lat. Plan stoi pod znakiem zapytania, a elity władzy i biznesu zaczynają się zastanawiać, czy może czas Putina jako gwaranta status quo przypadkiem nie mija.

Piramida się sypie

Według politolog Lilii Szewcowej, putinowski system władzy, tzw. piramida – z prezydentem na jej szczycie – działał, dopóki do Rosji napływał szeroki potok petrorubli. Największe korzyści odnosiła z tego oczywiście biurokracja oraz struktury siłowe i oligarchowie. Ale skorzystali też zwykli obywatele. W zamian za hibernację społeczeństwa obywatelskiego, brak aktywności politycznej i fasadowe akty wyborcze władza obiecała im stałe podwyżki płac i emerytur, utrzymanie sztucznego zatrudnienia i ulgi dla licznych grup zawodowych. Rosja nigdy wcześniej nie czuła się tak syta i bezpieczna jak w czasach wysokich cen surowców.

Stabilizacja gwarantowana przez rozdawnictwo przerodziła się jednak w stagnację. W najtrudniejszej sytuacji są tzw. monomiasta, budowane wokół jednej, dziś niedochodowej fabryki, oraz południowe, najuboższe regiony Rosji. Trwałą pozostałością jest również wszechobecne marnotrawstwo. Izba Obrachunkowa, odpowiednik naszej NIK, w 2010 r. doliczyła się zmarnowanych 430 mld rubli (42 mld zł). Zdaniem Izby, wartość samej korupcji w Rosji sięga połowy PKB, bo dobrze się ma to, co Elena Panfiłowa, szefowa rosyjskiego oddziału Amnesty International, nazywa czysto rosyjską innowacją, czyli „stosowanie szantażu korupcyjnego przez aparat państwa”. Decydująca rola biurokracji w interpretacji prawa doprowadziła do powstania renty administracyjnej, regularnych łapówek dla urzędników, którzy decydują o być albo nie być poszczególnych firm.

Wysokie ceny surowców zdemotywowały do reform, ale to światowy kryzys gospodarczy zupełnie je zatamował. W tym roku na najbardziej aktywną część społeczeństwa – wolne zawody, mały i średni biznes – nałożono nowe podatki, zamrożono też płace budżetówki, zwinięto większość programów socjalnych, m.in. becikowe i pomoc państwa w budowie mieszkań dla młodych małżeństw, w stanie krytycznym jest system emerytalny.

Nic dziwnego, że Rosjanie chcą zmian, a politolog Aleksiej Małaszenko porównuje Rosję do „kotła z gotującą się wodą”, blisko wrzenia, jak w 1917 i 1991 r. Już w ubiegłym roku w Kaliningradzie przeciwko podniesieniu opłat komunalnych i podatku drogowego protestowało 20 tys. osób – liczba od dawna w Rosji niewidziana. Na fali protestów odwołano tamtejszego gubernatora. Radykalizuje się także młode pokolenie, co aż nazbyt dobitnie pokazały grudniowe pogromy imigrantów w Moskwie, kiedy tysiące fanatycznych kibiców piłkarskich polowało na imigrantów z Kaukazu i Azji Środkowej.

Cicha wojna prezydenta

Rosja ma się stać częścią Zachodu? Moskiewscy politolodzy i ekonomiści twierdzą, że sposobem na modernizację Rosji i przystosowanie jej do wyzwań XXI w. jest ograniczenie obecności państwa w życiu publicznym i reforma aparatu urzędniczego. Podobnie modernizację rozumie reformatorskie skrzydło Kremla, tzw. liberałowie-lojaliści, warstwa oświeconych technokratów i pragmatyków, do których należy m.in. prezydent Dmitrij Miedwiediew.

Poglądy łączą ich z opozycją liberalno-demokratyczną, ale lojaliści uważają, że tylko udział we władzy gwarantuje możliwość forsowania niezbędnych reform i negocjowanie z konserwatystami metod poprawy bytu Rosjan, którzy już syci poprą westernizację Rosji. I jej zbliżenie do standardów unijnych, włącznie z wprowadzeniem pełnej konkurencji politycznej, głęboką reformą służb specjalnych czy nawet z hipotetyczną integracją z Unią Europejską i NATO.

Wrogami reform są głównie szermujący groźbą destabilizacji urzędnicy i przedstawiciele resortów siłowych, którzy uważają projekty liberalizacji i demokratyzacji za śmiertelne zagrożenie dla kraju.

Prezydent w wywiadzie dla gazety „Wiedomosti” nieco sarkastycznie skomentował sytuację: „Nie uważam, abyśmy odnieśli jakieś wybitne sukcesy, może jest kilka pozytywów, wśród nich na pierwszym miejscu stawiam fakt, że nikt mi nareszcie nie mówi, że wszystko jest w porządku”.

I faktycznie, każdemu krokowi naprzód towarzyszy krok w tył. Wzorowany na amerykańskich inkubatorach innowacyjności projekt Skołkowo pod Moskwą jest dalej w powijakach. Skrupulatna kancelaria prezydenta obliczyła, że 62 proc. dekretów i zarządzeń głowy państwa biurokracja w ogóle zignorowała, a to zakrawa na otwarty bojkot.

Igor Jurgens, dyrektor ośrodka INSOR, kremlowskiego think tanku, nazywa rzecz po imieniu: „Prezydent prowadzi cichą wojnę z konserwatystami, którzy mają zbyt duży wpływ na Rosję”. Reforma zastępująca milicję – policją, zamiast ją decentralizować, wzmocniła hierarchiczność. Rozszerzyły się kompetencje FSB i, zdaniem INSOR, jest to „krok w tył, bo nie można zapomnieć o gorzkich doświadczeniach ZSRR”. Burzę wywołały zmiany prawne ograniczające zarówno państwową kontrolę prywatnych firm, jak i stosowanie aresztu za przestępstwa ekonomiczne. Po wejściu tych zmian w życie biznes zasygnalizował Miedwiediewowi, że stare praktyki są nadal stosowane. Prezydent zwołał więc Radę Antykorupcyjną (obrady transmitowano przez telewizję), na której zbeształ przewodniczących sądu najwyższego, arbitrażowego i konstytucyjnego, ministrów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych oraz prokuratora generalnego, zażądał ukarania winnych i zapowiedział dymisje na wysokich szczeblach, dodając przy tym, że „wszyscy znają sytuację w państwie i przyznają, że sukcesów jest raczej niewiele”.

Jak dotąd, był to jedyny przypadek postawienia ultimatum siłowemu otoczeniu premiera Putina.

Fiasko ponosi także polityka kaukaska. Na nic zdało się połączenie siłowych metod z poważnym zastrzykiem finansowym. Skierowany na Kaukaz najlepszy menedżer Kremla Aleksander Chłoponin przyznał, że 2010 r. zakończył się kompletnym krachem, bo walkę podjęło drugie pokolenie separatystów.

Reaktywować Komsomoł?

W połowie ubiegłego roku ośrodek socjologiczny Cyrkon wykazał, że społeczeństwo i Kreml inaczej rozumieją modernizację. Dla Rosjan oznacza ona przede wszystkim niezależność sądów i uczciwą konkurencję, a te wymagają rozciągnięcia reform na sferę polityczną. Socjolog Igor Bunin dostrzegł z kolei głęboką przepaść między elitami a zwykłymi obywatelami. Określił nastroje społeczne mianem rozdarcia między poparciem dla zmian i obawą przed ich skutkami. Opierając się na doświadczeniach pierestrojki i transformacji jelcynowskiej, zwykły obywatel boi się przerzucenia nań kosztów reform.

Największym zaskoczeniem jest jednak obalenie mitu nieprzygotowania społeczeństwa do odpowiedzialności za państwo. Letnie pożary udowodniły zdolność Rosjan do oddolnej organizacji. Radio Echo Moskwy dostrzegło w tym analogię do procesów, jakie poprzedziły rewolucję 1905 r. Dziś powinno być nawet łatwiej, bo prawie każdy ma komórkę i dostęp do Internetu, posługuje się nim już 40 proc. Rosjan (dla porównania: w Egipcie do zorganizowania protestów przeciwko władzy wystarczyło tylko 30 proc.). To dzięki najnowszym technologiom, niemożliwym do stałego kontrolowania, w Rosji możliwe były happeningi „niebieskich wiaderek”, skierowane przeciwko urzędnikom, którzy jeżdżąc uprzywilejowanymi samochodami z niebieskimi kogutami łamią wszelkie zasady ruchu drogowego i powodują wypadki.

Na razie protesty mają charakter lokalny i dotyczą głównie spraw socjalnych. Daleki Wschód, żyjący z importu używanych japońskich samochodów, protestował przeciwko zaporowym cłom wprowadzonym przez Moskwę. Ekolodzy demonstrowali w obronie Bajkału zagrożonego budową gazociągu do Chin. Jednak Aleksiej Makarin z Centrum Technologii Politycznych twierdzi, że „rodzi się nowa siła polityczna, która będzie niezależna od władzy i tradycyjnej opozycji”. Jej przykładem jest tzw. efekt Nawalnego – znanego adwokata i blogera, który tropi finansowe przekręty władzy. Po ich ujawnieniu w sieci wiele federalnych resortów wycofało się z wątpliwych przetargów i konkursów.

Problemem dla Kremla jest także radykalizacja młodzieży i jej nacjonalistyczne, wręcz szowinistyczne ciągoty, wynikające z braku perspektyw. Jedynym pomysłem był projekt reaktywowania Komsomołu i pionierów. Po grudniowych burdach kibiców na placu Maneżowym w Moskwie Nikołaj Pietrow, ekspert Moskiewskiego Centrum Carnegie, zwrócił uwagę, że „nacjonalizm to chyba jedyna idea zdolna pociągnąć za sobą obywateli do masowych wystąpień”. Wiele prognoz przewiduje, że tlący się nacjonalizm zagospodarują służby specjalne, obawiając się, że Rosja nadmiernie podąża w kierunku liberalizmu i przychodzi czas na dokręcenie śruby. Już dziś część mediów rosyjskich uważa zamach terrorystyczny na lotnisku Domodiedowo za kaukaską odpowiedź na szowinistyczne zadymy młodych Rosjan. Podsumowując nastroje, Aleksiej Makarin z Centrum Technologii Politycznych zauważył, że „Rosjanie są dalecy od idealizowania władzy, ale z braku alternatywy muszą na nią głosować”.

Primabalerina rzuca legitymację

Obrót sytuacji chce wykorzystać marginalizowana dotąd opozycja liberalno-demokratyczna, choć jeden z jej liderów, ekonomista Władimir Miłow, przyznaje, że opozycja jest zbyt słaba i nie potrafi wykorzystać bojowego nastroju protestujących ani zagospodarować tej części elektoratu.

Według Miłowa, opozycyjni politycy, często populistyczni, nie rozumieją specyfiki lokalnych wystąpień i nie potrafią dzięki nim wywalczyć sobie silnej pozycji. Niemniej – jak pokazują wyniki badań ośrodka Lewada – już 67 proc. Rosjan uważa istnienie opozycji za konieczne, a Igor Jurgens ostrzega Kreml nawet przed powtórką scenariusza białoruskiego po 2012 r.: „Jeśli opozycja pozaparlamentarna nie zostanie dopuszczona do wyborów, Rosję czeka etap demokracji ulicznej”. Szansę na poprawę notowań opozycji stwarza zmiana postaw inteligencji, w jej działania otwarcie włączają się aktorzy, piosenkarze i znani dziennikarze. Przykładem jest rockowy guru Jurij Szewczuk, który najpierw zadał Putinowi szereg niewygodnych pytań o demokrację, a następnie koncertował podczas demonstracji w obronie konstytucji. Podobnie postąpiła primabalerina Anastasia Wołoczkowa, która z hukiem rzuciła legitymację członkowską Jednej Rosji.

Większość obserwatorów rosyjskiej sceny politycznej uważa, że wariant egipski powtórzy się w Rosji, jeśli sytuacja gospodarcza ulegnie radykalnemu pogorszeniu. Tylko zeszły rok – mimo dwuletniej kampanii modernizacyjnej – ze szczególną ostrością ujawnił skalę problemów Rosji, wynikających głównie z inercji, blokowania i pozorowania reform.

Letnie pożary gasili ochotnicy, skorumpowani czynownicy ratowali własne wille. Symbolem kojarzonych z Putinem wypaczeń stała się tragedia Stanicy Kuszczowskiej, gdzie zamordowano 12 osób, które nie chciały za bezcen oddać ziemi miejscowej bandzie. Śledztwo ujawniło, że działali w niej milicjanci, szefował jej lokalny samorządowiec, na którego usługach pozostawał także miejscowy wymiar sprawiedliwości. Stanica stała się rosyjską rzeczywistością w pigułce i jak powiedział jeden z gubernatorów: „Takich Kuszczowek są w Rosji tysiące”. W odpowiedzi konserwatyści – na dowód, że kontrolują sytuację – dali kilka pokazów siły, na czele z kolejnym wyrokiem na Michaiła Chodorkowskiego.

Kremlowscy reformatorzy również zwierają szyki. Na posiedzeniu rady ds. społeczeństwa obywatelskiego i praw człowieka Miedwiediew podpisał projekt strategii dekomunizacyjnej. Stałego poparcia udziela liberałom Tatiana Diaczenko, córka prezydenta Jelcyna, jej mąż Walenty Jumaszew, wpływowy reprezentant elit jelcynowskich, na łamach „Moskiewskiego Komsomolca” wyraził zawoalowane wotum nieufności dla Putina. Elity mają świadomość, że stosunek sił obu skrzydeł wyznaczy przyszły kurs Rosji, zadecyduje o nominacji kandydata na prezydenta w 2012 r.

Niewykluczone, że ostateczną decyzję i tak podejmie politbiuro, czyli siłowe otoczenie premiera. Wobec narastającego napięcia Jurgens wezwał Putina i Miedwiediewa do przyspieszenia decyzji o starcie w wyborach, gdyż dalsze odwlekanie grozi oddaniem społeczeństwa na pastwę demagogów i szybszą ucieczką majątku oligarchów do rajów podatkowych. Choć prozachodnie elity stawiają na Miedwiediewa, a konserwatyści na Putina, jeden nie wystąpi przeciw drugiemu. „Na szczęście wywodzą się z jednej rodziny, bo trzeba pamiętać, że rywalizacja Jelcyna i Gorbaczowa doprowadziła do rozdarcia kraju” – dodaje Jurgens. Niemniej, badania opinii publicznej wskazują, że to elektorat Putina przecieka do Miedwiediewa, a nie odwrotnie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną