Czy wspólna Europa jeszcze istnieje?

Może kryzys nam pomoże
Janusz Lewandowski, komisarz Unii Europejskiej, o tym, czy wspólna Europa jeszcze istnieje, dlaczego Unia wpadła w kłopoty i czy je przetrwa, oraz o tym, co to jest teoria rowerowa
Janusz Lewandowski, polski jedynak w Komisji Europejskiej.
Wojciech Artyniew/Forum

Janusz Lewandowski, polski jedynak w Komisji Europejskiej.

Po marszu do Europy, przyszedł czas na marsz po przywództwo w UE. Janusz Lewandowski (drugi z prawej) w tej roli mamy przede wszystkim ochronić UE przed rozpadem.
Filip Błażejowski/Forum

Po marszu do Europy, przyszedł czas na marsz po przywództwo w UE. Janusz Lewandowski (drugi z prawej) w tej roli mamy przede wszystkim ochronić UE przed rozpadem.

Janusz Lewandowski (pierwszy z prawej) od chwili, gdy w 2004 roku opuścił Sejm przenosząc się do Brukseli, gra w zupełnie innej lidze.
Jerzy Mariański/Forum

Janusz Lewandowski (pierwszy z prawej) od chwili, gdy w 2004 roku opuścił Sejm przenosząc się do Brukseli, gra w zupełnie innej lidze.

Jacek Żakowski: – Jak porwać Europę?
Janusz Lewandowski: – Teraz jest raczej pytanie, jak Europę ocalić.

Więc jak porwać, żeby ocalić?
Porwać ludzi może tylko wielka idea albo łatwa odpowiedź na ich codzienne troski i problemy. A wielkiej idei i łatwej recepty nie ma.

Rozpadła się?
Wyparowała z głów Europejczyków. Pokolenie powojenne miało dywidendę pokoju. Dzięki niej opływało w dostatek. Najstarsza europosłanka Astrid Lulling z Luksemburga, która w Parlamencie Europejskim jest od jego narodzin, trzeźwo mówi, że jeden dzień wojny kosztowałby Europę więcej niż wszystkie unijne instytucje.

Czyli Europa, od ponad pół wieku żyjąca w pokoju, emocjonalnie jest w takiej sytuacji jak Polska po wejściu do NATO i Unii. Cel został osiągnięty i nikt nie wie, co dalej. Tylko że Unia to jest projekt w budowie.
Ale i tak jest to już projekt sensacyjny. Europa dzięki Unii to jedyny kontynent, który wyszedł ze stanu natury. A trwanie Europy w stanie natury miało opłakane skutki dla całego świata. Przecież to Europa wyeksportowała na wszystkie kontynenty dwie wojny światowe. Żaden inny kontynent nie wymyślił czegoś tak kosztownego dla milionów ludzi jak komunizm i nazizm. Mieszkańcy Korei czy Kuby do dziś cierpią z powodu praktycznego wcielenia w życie europejskich idei. Unia wyzwoliła Europę z koszmaru wielkich wojen i głodu. Bo wojnom towarzyszył głód. Twórcy europejskiej wspólnoty sami doznali głodu. Dlatego pierwszym filarem budżetu europejskiego stało się rolnictwo. Bezpieczeństwo żywnościowe było, oprócz pokoju, celem numer jeden.

Europa uciekła od Hobbesa do Rousseau i dała się uśpić pozornej sielance?
Raczej uciekliśmy od Hobbesa do Locke’a. Czyli do pragmatycznego współdziałania narodów respektujących wspólne instytucje i reguły.

Uśpiła nas nie błogość sielanki, lecz nuda codziennej krzątaniny?
Codzienna krzątanina szybko przestała być cenioną zdobyczą. Jeszcze kiedy wspólnota europejska się kształtowała, młodzież Paryża, Heidelbergu, Rzymu radykalizowała się. Czegoś chciała, miała marzenia. Europa kipiała, choć ludzie dostali bezpieczeństwo, podróże bez granic, wolny handel. A dziś Europejczycy oklapli. Z wyjątkiem coraz liczniejszych i głośniejszych przeciwników Unii.

Czy ja dobrze słyszę, że pan woli wybuchy roku 1968 od drzemki, na przykład, 1998 r.?
Wolę. Wolne społeczeństwo radzi sobie z takimi wybuchami. Bunt pokoleniowy może stać się twórczy. A uśpienie w nic dobrego się zamienić nie może. Zwłaszcza gdy podszyte jest lękiem, którego nie było w końcówce XX w. Wtedy wydawało się, że po uporządkowaniu i zjednoczeniu ze Wschodem jedynym zadaniem na miarę „końca historii” będzie zaproponowanie światu naszego modelu, który musi zwyciężyć, bo przynosi oczywiste korzyści. To się okazało złudzeniem.

Ostatnim wielkim marzycielem był chyba Romano Prodi, który, będąc przewodniczącym Komisji Europejskiej, rysował wizję Morza Śródziemnego jako morza wewnętrznego Unii.
Gdy znikł lęk przed Sowietami, nastała epoka eurooptymizmu. My wprawdzie byliśmy dla Europy Zachodniej z grubsza taką zagadką, jaką dziś dla nas jest Arabska Wiosna, ale wielkich zagrożeń nikt na Wschodzie nie widział. Największą zagadką była Polska. Bitny naród nie kojarzył się z dobrym zagospodarowaniem wolności.

Co Europę ostatecznie zgasiło? Recesja 2003 r.? Czy dopiero kryzys 2008 r.?
Gasła stopniowo jako zbiór instytucji coraz bardziej odległych i coraz mniej zrozumiałych dla ludzi. Ale dla nowych pokoleń europejski komfort stawał się stanem naturalnym. Stąd niepokój Europejczyków wynikający z otwarcia klubu na wschodnie dzikie pola. Przez 40 lat urządzali sobie swój dom, wszystko mieli w idealnym porządku...

Aż tu nagle wkraczają prowincjonalni kuzyni z tobołami.
I hardo – szczególnie Polacy – zaczynają sobie w tym poukładanym domku poczynać. Przecież weszliśmy z twarzą PiS, Samoobrony i LPR. To dla Zachodu było nowe doświadczenie.

Przez lata rozmawiali z Geremkiem, Kwaśniewskim, Belką, Millerem, Buzkiem, a tu zamiast nich pojawili się Kaczyński, Lepper, Giertych i Fotyga.
Kiedy debiutowaliśmy w Parlamencie Europejskim, LPR i Samoobrona stanowiły dużą część polskiej reprezentacji. To było zupełnie nowe doświadczenie dla tych, którzy wcześniej dzielili cały świat między siebie, a teraz przestali być panami nawet w swoim europejskim klubie. Europa już dawno się pogodziła, że twardą siłę mają Amerykanie, ale wciąż kształtowała globalną rzeczywistość za pomocą swojej miękkiej siły. Jeszcze Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro i spotkanie w Kioto z 1997 r. podtrzymywały wrażenie, że świat słucha tego, co Europa mówi. Potem przestał słuchać. Chiny, Indie i Brazylia zaczęły mówić swoje.

Do tego ubodzy kuzyni ze Wschodu, szczególnie Polacy, którzy też wypowiadali głośno swoje racje, bo się poczuli „u siebie” w tym wspólnym europejskim domu. I jeszcze narastająca świadomość wyzwania, jakim stała się niechętna do integracji grupa kulturowo i religijnie odmiennych imigrantów z innych kontynentów. Wreszcie zaczynała ciążyć gnuśność gospodarcza – wynik przeregulowania, kosztownych przywilejów socjalnych i życia ponad stan w wielu krajach.

Za łatwo było i się skończyło.
Kryzys idei europejskiej stał się widoczny już w 2007 r. podczas sztywnych, elitarnych obchodów 50-lecia. My na Wschodzie byliśmy jeszcze wniebowzięci. A na Zachodzie była tylko sztywna celebra.

Wcześniej był deprymujący upadek projektu konstytucyjnego w 2005 r.
Ale wtedy świat wciąż podziwiał europejski wzór współpracy ponadnarodowej. Azjaci, Afrykanie, Latynosi próbowali jeszcze nas naśladować, zupełnie bez powodzenia…

A dziś gdzie jesteśmy?
Znaleźliśmy się w Europie, która zaczęła kwestionować fundamenty integracji, wciąż niedościgłej dla innych kontynentów. To się stało między smutną rocznicą w 2007 r. a wyborami europejskimi w 2009 r., które do Parlamentu Europejskiego pierwszy raz wprowadziły partie skrajnie antyeuropejskie. Wcześniej Europejczycy mieli takie okazy ze Wschodu. W 2009 r. Wschód trochę się uspokoił, a Zachód wybrał nie tylko eurosceptycznych Anglików, ale też Skandynawów, Holendrów.

Zamiast westernizacji Wschodu nastąpiła isternizacja Zachodu.
I te nowe nurty stały się bardzo głośne. Kiedyś eurosceptycy wstydliwie siedzieli po kątach. Teraz sami się podniecają swoim głośnym „nie”. W parlamencie mowy proeuropejskie są blade. Mocne są mowy eurosceptyków. To na nie żywo reaguje galeria. Kto mówi „precz z eurokratami”, „przestańcie nas rabować”, ten przemawia z żarem i dostaje oklaski.

Chociaż to jest mniejszość.
Gorąca i rosnąca.

Co z tym zrobić?
Rozmawiamy o tym w gronie 27 unijnych komisarzy. Bo stoimy wobec groźnego paradoksu. Nie ma wystarczających narodowych odpowiedzi ani na kryzys gospodarczy, ani na kwestie klimatyczne, ani na wyzwania imigracyjne czy energetyczne. W każdej poważnej sprawie musi być więcej Europy. Niby to oczywiste. A odśrodkowe nastroje w Europie zaprzeczają tej oczywistości.

Do czego dochodzicie?
Lepiej rozumiemy lekcję 2009 r. To było kryzysowe przebudzenie państwa narodowego. Wcześniej uważano, że państwo narodowe jest bezradnym pionkiem na globalnej szachownicy, na której wielkie korporacje po swojemu przesuwają miliardy dolarów czy euro. A kiedy wybuchł kryzys, wszystkie te wielkie moce, które ponad głowami państw miały rządzić światem XXI w., nagle uwiesiły się u klamek Browna, Sarkozy’ego, Merkel. Największe korporacje stawały w kolejce po rządowe pieniądze i ochronę. Zjednoczona Europa reagowała z opóźnieniem, bo rzeźbi kompromisy i nie ma takiego refleksu. Wśród tych, którym słabnięcie państw się nie podoba, powstała nadzieja, że da się jeszcze odwrócić tendencję i przywrócić porządek narodowy. Chwilowa skuteczność państw w obliczu kryzysu wzmocniła antyunijne emocje i nadzieje. Tyle że to chwilowa skuteczność, bo tylko wspólnie można znaleźć trwałe odpowiedzi.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną