Świat

Pustynna fatamorgana

SUDAN PŁD.: Narodziny państwa

Na dramatyczny apel ministra finansów o pomoc odpowiedział na razie tylko Bank Światowy deklarując pomoc w wysokości 75 mln dol. Suma ta jednak jest kroplą w morzu potrzeb. Na dramatyczny apel ministra finansów o pomoc odpowiedział na razie tylko Bank Światowy deklarując pomoc w wysokości 75 mln dol. Suma ta jednak jest kroplą w morzu potrzeb. Q. Sakamaki/Redux / Fotolink
Ogłoszona w lipcu niepodległość Sudanu Południowego narodziła się po wieloletnich i krwawych wojnach domowych. Potrzeba wielu lat i kosztownego wsparcia innych narodów, by nowe państwo dojrzało do samodzielności.
Salva Kiir, prezydent Sudanu Południowego, obsadza intratne stanowiska swymi towarzyszami z czasów rebelii.Goran Tomasevic/Reuters/Forum Salva Kiir, prezydent Sudanu Południowego, obsadza intratne stanowiska swymi towarzyszami z czasów rebelii.
Świat przez lata przyjmował na siebie zobowiązania należące do instytucji rządowych Sudanu. Na fot. dzieci uczestniczące w programie finansowanym przez amerykańską agencję USAID.United States Agency for International Development/Wikipedia Świat przez lata przyjmował na siebie zobowiązania należące do instytucji rządowych Sudanu. Na fot. dzieci uczestniczące w programie finansowanym przez amerykańską agencję USAID.

Południowy Sudan ma już swój rząd i swojego prezydenta, Salvę Kiira, ale nie ma jeszcze administracji, która umożliwiłaby rządzenie obszarem ośmiokrotnie większym od Polski. Na ponad 8 mln mieszkańców nowego państwa składa się 65 plemion chrześcijańskich i animistycznych, które razem nie tworzą spójnej nacji. 5 mln z nich to nomadzi bez stałego miejsca zamieszkania. Ponad 2 mln wciąż mieszka w obozach dla uchodźców w Kenii i w Ugandzie. Blisko 85 proc. południowych Sudańczyków nie umie czytać ani pisać.

Rząd Salvy Kiira, weterana wojen domowych chroniącego się przed tropikalnym słońcem Afryki szerokim rondem czarnego kowbojskiego kapelusza, nie ma kadry urzędniczej, ale ma już swoje wojsko, byłych rebeliantów przekształconych w Armię Wyzwoleńczą odzianą w nowe mundury. Jednak o utrzymanie spokoju na granicy z Sudanem Północnym, szczególnie w roponośnym, spornym rejonie Abyei, zadbają siły pokojowe ONZ; pierwsza etiopska brygada zmotoryzowanej piechoty jest już na miejscu. Żołnierze nowej armii, którzy przez wiele lat byli partyzantami w wojnie domowej z muzułmańską Północą, usiłującą wprowadzić w całym kraju prawo koraniczne, ciągle nie znają pojęcia dyscypliny.

Rzecznik nowych południowosudańskich sił zbrojnych płk Philip Auger przyznał w rozmowie z prasą, że „osiągnięcie stuprocentowego posłuszeństwa w naszej armii jest na razie niemożliwe”. Jest to niewątpliwy eufemizm, bo nawet międzynarodowe organizacje, niosące humanitarną pomoc wygłodzonej ludności, wciąż oskarżają żołnierzy o napady rabunkowe. Telewizja Al Dżazira doniosła niedawno o brutalnej pacyfikacji wiosek w południowych prowincjach, daleko od pól bitwy ze znienawidzoną Północą. Organizacja Human Rights Watch potwierdza prawdziwość tych informacji. Skuteczna interwencja w bezkresie pozbawionym łączności telefonicznej, na obszarach, w których nie ma lądowisk nawet dla małych samolotów, a w porze deszczowej drogi są nieprzejezdne, wydaje się misją niewykonalną.

W imię sprawiedliwości należy dodać, że także regularna armia północnego Sudanu nie zawraca sobie głowy przestrzeganiem Konwencji Genewskiej. Kilka dni po secesji Południa postanowiła zemścić się na szczepach nubijskich, sympatyzujących z nowo powstałym państwem. Akcji pacyfikacyjnej w trudno dostępnych Górach Nuba nie potrafiły zapobiec nawet stacjonujące tam siły rozjemcze ONZ.

W ogniu

Ziarno wojny domowej w Sudanie zasiała Wielka Brytania, gdy w 1956 r. zakończyła epokę kolonializmu w tym kraju, przekazując władzę muzułmańskim politykom w Chartumie. Innowiercy na południu stali się pariasami bez praw i bez szans na godziwy byt. Na rebelię nie trzeba było długo czekać: wybuchła, jeszcze zanim ostatni brytyjski żołnierz opuścił Sudan i trwała długich 17 lat. Siły północne dostawami broni wspierał Związek Radziecki; powstańcy korzystali z czynnej pomocy Izraela, Ugandy i Konga. Pierwsza wojna domowa (1955–72 r.) kosztowała życie pół miliona cywilów i zanim ją zakończono porozumieniem wypracowanym przez abisyńskiego cesarza Hajle Selasje, dokonała widocznych do dzisiaj spustoszeń.

Długotrwały pokój nie był Sudanowi pisany. W 1983 r. ówczesny prezydent płk Dżafar Numeiri anulował podpisany w Addis Abbebie traktat i ogłosił całe terytorium państwem muzułmańskim, w którym obowiązuje szariat. Na zbrojną reakcję chrześcijańskiego i animistycznego Południa nie trzeba było długo czekać. Wybuchła druga wojna domowa (19832004 r.), wobec której pierwsza wydawać się może dziecinną igraszką. Zginęło 2 mln ludzi, tyle samo musiało uciekać z południowych prowincji kraju, a ponad 200 tys. kobiet i dzieci zostało porwanych i sprzedanych w niewolę.

Punktem kulminacyjnym stała się masakra ludności Darfuru, która zbuntowała się przeciw religijnej dyskryminacji. Regularna armia, wspierana przez milicje arabskiego klanu Abbala, przeprowadziła w tej zachodniej prowincji kraju zaplanowaną rzeź. Zachód potępił sprawców, ale nie kiwnął palcem, aby pomóc represjonowanym. Od śmierci głodowej ratowały ich międzynarodowe organizacje charytatywne. Oficjalna interwencja cywilizowanego świata ograniczyła się do decyzji Międzynarodowego Trybunału Karnego, który wydał – nigdy nie wyegzekwowany – nakaz aresztowania prezydenta Sudanu Omara al-Baszira.

Wbrew pozorom druga wojna domowa nie była tylko wojną o supremację religijną. Dostęp do złóż ropy naftowej motywował obie walczące strony. Po serii zwycięstw południowych rebeliantów władze w Chartumie zgodziły się na podpisanie porozumienia gwarantującego równy podział zasobów naturalnych. Przypieczętowane 16 października 2004 r. zakończyło formalnie działania wojenne i przyznało Południu prawo do referendum, które miało zadecydować o przyszłości kraju. Jak wiadomo, niemal 99 proc. południowych Sudańczyków opowiedziało się w styczniu tego roku za ostatecznym podziałem na dwa suwerenne państwa. Oddziały powstańcze oficjalnie przekształcono w regularną armię.

 

Beczka bez dna

Wojsko, jakiekolwiek, to rzecz konieczna. Ale potrzeba też sprawnej dyplomacji, bez niej żadne niepodległe państwo nie może funkcjonować. Jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości holenderski Instytut Stosunków Międzynarodowych podjął się szkolenia garstki przyszłych południowosudańskich dyplomatów. W Nowym Jorku, Ottawie, Brukseli i innych ważniejszych stolicach świata działają już półoficjalne misje dyplomatyczne. Londyńska, sąsiadująca z salą bankietową wynajmowaną na rodzinne imprezy, mieści się na czwartym piętrze biurowca, w zaułku za Euston Road. Pięciu pracowników czeka na pobory i na paszporty dyplomatyczne, a może także na samochód, bo na razie muszą korzystać z komunikacji miejskiej.

Najbardziej spontanicznie powstała placówka dyplomatyczna w Izraelu. Gdy Gavriel Kawel, uciekinier z Sudanu zatrudniony jako kelner w jednym z hoteli w Ejlacie, zobaczył w telewizji wiadomość o przyjęciu jego kraju do ONZ i wysłuchał komunikatu o uznaniu go przez państwo żydowskie, podjął śmiałą decyzję: mianował się konsulem honorowym Sudanu Południowego. Od tego czasu codziennie po godzinach pracy ubiera się w elegancki garnitur i urzęduje w wynajętym na własny koszt pokoju. Coraz częściej odwiedzają go uciekinierzy, którzy otrzymali w Izraelu prawo azylu, proszą o radę i pomoc. Kawel ma nadzieję, że zostanie pierwszym ambasadorem swojej ojczyzny w Jerozolimie. Izraelski MSZ nie bardzo wie, jak zareagować, bo w stolicy Sudanu Południowego Dżubie nikt o Gavrielu jeszcze nie słyszał.

Niepodległy Sudan Południowy ma także swoje ministerstwo finansów, które kilka dni po secesji zamówiło w brytyjskiej firmie De La Rue własne banknoty. Minister David Deng Athorbei zapowiedział, że sierpniowe pobory kadry urzędniczej wypłacone będą w nowej walucie. Tyle tylko, że nikt nie wie, jakie pokrycie będą mieć pachnące farbą drukarską funty. Na konferencji zwołanej w Dżubie Athorbei wezwał bogate kraje świata do niesienia pomocy, do której zobowiązały się werbalnie w 2005 r., zaraz po podpisaniu w Kenii umowy pokojowej między Południem a Północą.

Świat nigdy nie miał złudzeń co do możliwości finansowych tego problematycznego afrykańskiego kraju. Przez lata przyjmował na siebie zobowiązania należące w gruncie rzeczy do instytucji rządowych Sudanu. Agencje ONZ budowały, zarówno na południu, jak i na północy kraju, przychodnie lekarskie i szkoły, pomagały w rozwoju rolnictwa, zaopatrywały w żywność najbardziej wygłodzonych. Bank Światowy wyasygnował na te cele 786 mln dol. Dania umorzyła sudańskie zadłużenie sięgające 22 mln. Wielka Brytania wybudowała elektrownię kosztem 58 mln. Eksperci twierdzą, że część tych pieniędzy utonęła w kieszeniach skorumpowanych urzędników i działaczy politycznych. A Sudan, szczególnie południowy, wciąż jeszcze jest jak beczka bez dna.

Trudne początki

Możliwości darczyńców wyczerpują się. Brytyjski minister spraw zagranicznych William Hague, który brał udział w uroczystościach niepodległościowych w Dżubie, powiedział, że „Zjednoczone Królestwo postrzega wyzwania stojące przed waszym nowym krajem i jako dowód wsparcia otwiera tu dzisiaj swoją ambasadę”. O pomocy finansowej ani słowa. Na dramatyczny apel Davida Denga Athorbei odpowiedział, jak dotychczas, tylko Bank Światowy deklarując pomoc w wysokości 75 mln dol. Suma ta jednak jest kroplą w morzu potrzeb. Ameryka stojąca na skraju bankructwa i Europa nękana kryzysem finansowym Grecji nie spieszą ze wsparciem. Widoki na szybkie wypełnienie pustej południowosudańskiej kasy państwowej wydają się raczej nikłe.

Podczas referendum, w którym Południe zadecydowało o oderwaniu się od Północy, panował powszechny entuzjazm. Dzisiaj nastroje w Dżubie, od 9 lipca stolicy nowego państwa, nie są już tak radosne. Wprawdzie miasto, położone nad brzegiem Błękitnego Nilu, rozrosło się w ciągu ostatnich pięciu lat ze 160 do 370 tys. mieszkańców, ale ogromna ich większość nie ma nawet dostępu do wody pitnej. O sieci wodociągów można tylko pomarzyć. Dżuba wciąż jeszcze wygląda jak kłębowisko bazarów; na największym z nich, na targu Koya-Koya, można kupić wszystko, od nowych laptopów do świeżej marchewki i od odzieży z drugiej ręki do części zamiennych do starych samochodów.

Wszędzie pojawiają się kolejne małe sklepy. Ich właściciele, podobnie jak taksówkarze, tworzą pierwszą warstwę dorobkiewiczów. Jeśli gdzieś wyrasta nowy budynek, jest to niemal na pewno siedziba zagranicznego banku, zagranicznej korporacji naftowej albo jednej z licznych agencji ONZ, które wciąż jeszcze usiłują ratować zarówno Sudańczyków, jak i sumienie świata.

Stolica ma względnie nowoczesne lotnisko, ale Boeingi i Airbusy wielkich międzynarodowych linii lotniczych na razie tu nie lądują. Wieloletnie wojny domowe zniszczyły połączenia lądowe ze stolicami państw ościennych. Odminowanie i asfaltowanie szos do Ugandy, Konga i Kenii potrwa lata. Siłą rzeczy najważniejszą arterią komunikacyjną pozostała rzeka. Tyle tylko, że w drodze na północ barki z Dżuby kontrolowane są przez władze Sudanu Północnego – a nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak ułożą się w przyszłości stosunki między muzułmańskim Chartumem a chrześcijańską Dżubą.

W kampanii przedwyborczej Salva Kiir zapowiedział ustąpienie ze stanowiska, gdy tylko zaprowadzi swój naród do Ziemi Obiecanej. Ale droga do celu jest długa, więc o rezygnacji nie ma mowy. Wręcz przeciwnie: niemal wszystkie intratne stanowiska obsadzane są przez starych towarzyszy prezydenta, byłych rebeliantów. Wykształcenie i doświadczenie – cechy pożądane, ale bardzo rzadkie – nie mają większego znaczenia. Korupcja, podsycana interesami zagranicznych koncernów, staje się więc powszechną plagą nowej republiki.

Największy skarb nowego państwa, wydobycie ropy naftowej, której złoża ocenia się dziś na 5 mld baryłek, kontrolowane jest na ogół przez zagraniczne koncerny. China National Petroleum Co, Indias Oil oraz malezyjska Petronas to najpoważniejsi gracze w tym sektorze gospodarki. Ponadto Sudan Południowy, kraj bez dostępu do morza, w dużej mierze zdany jest na łaskę i niełaskę Północy. To przez jej terytorium przebiega jedyny rurociąg umożliwiający eksport do najbliższego portu. Negocjacje o cenę transportu 490 tys. baryłek dziennie będą teraz trudniejsze niż kiedykolwiek w przeszłości.

Piękna fotomorgana

Wbrew ogólnemu przekonaniu, Sudan Południowy to nie tylko pustynia. Fachowcy twierdzą, że wielkie połacie ziemi, zraszanej tropikalnymi ulewami, nadają się pod plantacje kawy, herbaty, trzciny cukrowej i tropikalnych owoców. Mogłyby być wykorzystywane. Ale rolnictwo na tych ziemiach jest nieznane. Poszczególne plemiona hodują bydło. Stada rogacizny stanowią symbol ich statusu społecznego. A ponieważ w rejonie nie istnieje system bankowy, zastępują też walutę obiegową. Za bydło można kupić chatę, żonę, a nawet przywileje klanowe.

Brak dróg (w całym kraju jest zaledwie 80 km asfaltowych szos) paraliżuje rozwój terenów bogatych w nieeksploatowane złoża rudy żelaznej, miedzi, a nawet złota. Gdyby nie odcięcie od centrum kraju, bezkresne lasy tropikalne mogłyby być źródłem poszukiwanego w świecie cennego drewna, a naturalne rezerwaty egzotycznej zwierzyny magnesem dla setek tysięcy amatorów safari.

Nic dziwnego, że na odległych krańcach tego ogromnego kraju, rozpościerającego się na obszarze 620 tys. km kw., nie ma ani zrozumienia, ani szacunku dla centralnej władzy, jakakolwiek by ona była. Ostatnie słowo należy tam do plemiennych szamanów. W takim układzie zapowiedziana przez Salvę Kiira świetlana przyszłość niepodległego Sudanu Południowego wydaje się, jak na razie, tylko piękną fatamorganą.

Polityka 32.2011 (2819) z dnia 02.08.2011; Świat; s. 45
Oryginalny tytuł tekstu: "Pustynna fatamorgana"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Samice alfa: czego nie dostają, kogo poszukują?

Silne kobiety współczesne: z jakimi mężczyznami mają największe szanse na udany, trwały związek.

Ryszarda Socha
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną