REPORTAŻ: Gorańcy – ludzie pogranicza

Gorańca żal
Gorańska flaga: obramowana czernią zielona płachta, z której lewego dolnego rogu wysypują się w bezładzie symbole Palestyny, Nilu, półksiężyca, młotka, ołówka. Jest jeszcze imię Allaha.
Gdzie indziej Brod byłby kurortem, w Kosowie jest wyludniającą się wsią.
Wojciech Śmieja/Polityka

Gdzie indziej Brod byłby kurortem, w Kosowie jest wyludniającą się wsią.

Ramiz mówi, że ma 50 lat i że jest serbskim muzułmaninem.
Wojciech Śmieja/Polityka

Ramiz mówi, że ma 50 lat i że jest serbskim muzułmaninem.

Koń to wciąż podstawowy środek transportu w Gorze.
Wojciech Śmieja/Polityka

Koń to wciąż podstawowy środek transportu w Gorze.

Polityka

Budynek dawnego jugosłowiańskiego posterunku granicznego za wsią Brod służy za magazyn krowiego łajna. Szar Płanina, góry, w których sercu leży wieś, są największym w Europie obszarem połonin i właściwie nie ma tam lasów. Zimy są tu długie i ciężkie, więc w Brodzie łajno to cenny surowiec – służy za opał. Nieco dalej w głębi gór, na końcu dziurawej drogi powstał niedawno hotel. Albański. O tym, że służy legalizacji nielegalnie zarabianych pieniędzy, mówi w Brodzie każdy. Obok dawnej stanicy i nowego hotelu znajduje się wioska, która na pierwszy rzut oka żyje dawnym życiem, a nawet się rozwija.

Sierpień jest tradycyjnym miesiącem powrotu pečalbarów, emigrantów zarobkowych. Wtedy też odbywają się huczne pięciodniowe wesela, podczas których panny młode występują w kunsztownych, ręcznie wykonywanych tradycyjnych kostiumach. Kiedyś robiły je same, dziś kupują od wyspecjalizowanych szwaczek. Jedną z nich jest żona Yahiyi Maznikara, historyka i badacza dziejów Gory, tej dziwnej krainy leżącej na południowym krańcu Kosowa. A on sam otwarcie przyznaje, że swoje naukowe pasje może rozwijać dzięki pracy małżonki – gotowy kostium może kosztować nawet ponad tysiąc euro.

Korzo, wieczorne spacery, z bulwarów dalekich miast pečalbarzy przywieźli do zapadłych wsi w latach 60. i 70.; jest ono okazją dla młodych, by się poznać. W zarezerwowanych dla mężczyzn kawiarniach i herbaciarniach gra się w karty i ogląda mecze serbskiej ligi (imię Gory na Bałkanach rozsławili piłkarze Fahrudin Jusufi i Miralem Sulejmani, więc futbol to tu druga po islamie religia). Zewnętrznego obserwatora uderza kontrast między wielkomiejskim szykiem młodych kawalerów a tradycyjnym stylem życia – wystrojony w pumy, adidasy i okulary Dolce&Gabbana młodzian zwożący na kucyku siano z połoniny to jeden z takich widoków.

Kobiety za to noszą się tradycyjnie i w każdej wsi trochę inaczej. Trudno się im przyjrzeć, bo nieczęsto wychodzą, a jeśli pojawiają się na korzo, to na ogół jest już ciemno. Przywiązanie do tradycji islamskiej jest mocne i do niedawna było tak, że na widok obcego mężczyzny kobiety zatrzaskiwały bramy i okiennice domów. Dziś można z nimi na ulicy wdać się nawet w pogawędkę, ale gromadka młodych kobiet, pomimo zachęt ze strony starszych opiekunek, ucieka zawstydzona przed obiektywem aparatu.

W oku bałkańskich cyklonów

Gorę można objechać samochodem w półtorej godziny. Skrawek należy do Albanii, ale to w Kosowie leży jej zasadnicza część (miasto i 18 spośród 30 wiosek). Przynależność państwowa jest raczej nominalna, bo faktycznie Gora – przynajmniej od XV w., gdy inwazja turecka przerwała biegnące tu wówczas szlaki handlowe – żyje na własny rachunek.

„Gora, daleka i sama”tytuł wydanego w 2004 r. eseju Sadika Idriziego podsumowuje to najlepiej. Oddalenie i osamotnienie są często kłopotliwe, ale, jak uczy doświadczenie wielu podobnych krain, może nawet częściej zbawcze. Z właściwym Kosowem łączy Gorę jedna tylko wąska droga, która na dodatek biegnie kilkaset metrów ponad resztą obszaru najmłodszego państwa w Europie. Rosyjski konsul w Prizrenie Iwan Jastriebow pisał w XIX w., że z Gory spojrzeniem można ogarnąć całe Kosowo.

W Gorze nie ma jednak wszechobecnych w Kosowie pomników UÇK (patrz „Zjednoczone kolory Kosowa”, Na własne oczy, POLITYKA 33) – wojna zatrzymała się u stóp gór, nie ma też typowego dla Kosowa chaosu, rozgardiaszu, poczucia nerwowej tymczasowości, naprzemienności budowania i burzenia. Gora żyje rytmem pór roku, wyjazdów i przyjazdów pečalbarów, oczekiwania na wieczorne korzo i picia turskiej kawy.

Gorańców (albo Goran, czyli po prostu górali) jest podobno ok. 15–20 tys., ale na stałe w Gorze mieszka ich mniej – ok 6,5 tys. ludzi (statystyki OBWE z 2000 r. podawały 10 tys.). – Stanowimy odrębną grupę etniczną i jak Polacy albo Serbowie należymy do słowiańskiej rodziny. Co z tego, że jest nas mało? – mówi historyk Yahiya Maznikar. – Nie jesteśmy ani muzułmańskimi Serbami, ani słowiańskojęzycznymi Albańczykami, nie jesteśmy też Bułgarami czy Macedończykami. Nasza historia jest taka, że Gorańcy wciąż muszą, na zmianę, udowadniać lub kryć, kim są.

Serbska Wikipedia podaje, że mówią dialektem serbskim, bułgarska uważa ich za odłam Pomaków, czyli bułgarskich muzułmanów, w macedońskiej przeczytamy, że należą do narodu macedońskiego, w Kosowie najchętniej roztopiliby ich w żywiole bośniackim. W istocie bowiem nieliczna grupa etniczna zamieszkująca sam środek Półwyspu Bałkańskiego jest ważna dla każdego z tych wielkich narodów – uznanie Gorańców za Serbów, Bułgarów czy Macedończyków stanowi element polityki historycznej każdego z państw i argument potwierdzający pretensje terytorialne, o które w tym regionie wcale nietrudno.

Spór toczy się też o dialekt, którym Gorańcy rozmawiają. Sami użytkownicy nazywają go našinskim, naszym, ale językoznawcy toczą boje. Sprawy nie ułatwia fakt, że našinski należy do dialektu torlackiego, którym mówi ludność południowej Serbii, zachodniej Bułgarii i północnej Macedonii. Taka sytuacja pozwala serbskim uczonym wskazywać cechy staroserbskie, bułgarskim unaoczniać związki z bułgarskim, a macedońskim podkreślać obecność macedońskich analogii w języku Gorańców. Badacze albańsko-kosowscy rozsądnie wskazują natomiast, że našinski nie jest w żaden sposób językiem skodyfikowanym i łatwo jest manipulować argumentami i dowodami językoznawczymi. Znaleźli zresztą, mocno kontrowersyjne, rozwiązanie tego problemu: uznali našinski za gwarę bośniacką (choć sam bośniacki został uznany za język dopiero w 1995 r.).

Gorański wkład do skarbnicy kultury masowej to, oprócz dwóch piłkarzy, melodia drugiego utworu na ścieżce dźwiękowej z muzyką do filmu Emila Kusturicy „Arizona Dream” w aranżacji Gorana Bregovicia.

Quislingowcy i pečalbarzy

Goranie/Gorańcy sami uważają, że islam jest ich pierwotną religią i przyjęli go, zanim w XV w. tereny Serbii, w skład której Gora wchodziła, zajęła Turcja. Serbska historiografia podkreśla, że Gorańcy to Serbowie, którzy pozostali na terenie Kosowa po wielkich serbskich migracjach z lat 1690 i 1737–39, a islam przyjmowali stopniowo – ponoć ostatnia prawosławna Goranka, Baba Bożana, zmarła w 1856 r. Bułgarscy historycy wiążą ich istnienie z rozprzestrzenianiem się bułgarskiego bogomilstwa. Faktem jest, że jako muzułmanie Gorańcy respektują również święta chrześcijańskie: w okresie Bożego Narodzenia podobnie jak Serbowie dekorują domy gałązkami dębu, zaś prawosławny Djurdjevdan (Dzień św. Jerzego) w maju to jedno z najważniejszych świąt muzułmańskiej Gory.

Kiedy po pierwszej wojnie światowej ustalały się granice państw bałkańskich, Gora została podzielona między Królestwo SHS (późniejszą Jugosławię) i Albanię, w której po drugiej wojnie światowej poddano ich przymusowej i dosyć skutecznej albanizacji. Więzy między Gorańcami po obu stronach granicy zaczęły się rwać i nawet dziś, po otwarciu granic, są słabe.

W spisach powszechnych przedwojennej Jugosławii figurowali wśród narodowości niesłowiańskich, po wojnie odrębność etniczna Gorańców też nie była uwzględniana – w spisach ludności mogli wybierać dzieloną m.in. z Bośniakami rubrykę „muzułmanin w znaczeniu etnicznym”, co w ostatnim spisie z 1991 r. uczyniło aż 91,7 proc. mieszkańców Gory. W epoce Slobodana Miloševicia i eskalacji kosowskiego konfliktu zaczęto dla odmiany podkreślać serbskość mieszkańców Gory.

Specjalnością emigrujących Gorańców jest cukiernictwo i piekarnictwo. Kupując burka w Belgradzie, Istambule czy Sofii albo bakławę na czarnogórskim wybrzeżu, mamy dużą szansę kupować ją od Gorańca właśnie. Każda wieś ma swój określony kierunek wyjazdów: największa – Restelica – udaje się do Włoch, Brod do Istambułu (500 rodzin) i Skopje (200), Kruševo opanowało Wojwodinę. Nieliczni, którzy pozostają na miejscu, zajmują się pasterstwem i sezonowym zbiorem borówek. (– Bez borovnicy Gora kaputt – tłumaczy jeden ze zbieraczy).

Mimo że Gorańcy bez ustanku muszą udowadniać Serbom, że nie są Albańczykami, a Albańczycy z uporem mówią o nich „zakute Serby”, to udało im się uniknąć udziału w serbsko-albańskim konflikcie. Z jedną stroną łączył ich język i odczucie etnicznej bliskości, z drugą zaś religia i bliskość kulturowa. Wojna kosowska przeszła tu bokiem, bombowce NATO zniszczyły przekaźniki TV i posterunki graniczne na granicy z Albanią, siedmiu Gorańców poniosło śmierć w szeregach jugosłowiańskiej armii. Bezpośrednim skutkiem wojny było obniżenie standardu życia – utrata miejsc pracy i wzrost zagrożenia przestępczością przenikającą przez nieszczelne granice z Albanią i Macedonią.

Gorańcy, którzy pozostawali na pograniczu etnicznych konfliktów w Kosowie, mieli po stronie serbskiej swego przedstawiciela podczas rozmów w Rambouillet, za co kosowska prorządowa prasa określa ich mianem quislingowców. Od wojny minęło 10 lat, ale Goraniec wciąż nie budzi zaufania – stąd polityczne próby uznania ich za Bośniaków, na co jednak niewielu się godzi. – Czy to, że ja jestem muzułmaninem i Bośniak jest muzułmaninem, oznacza, że należymy do jednego narodu? Przecież Polak i Włoch to katolicy, ale nikt wam nie mówi, że jesteście Włochami, prawda? – tłumaczy nauczyciel ze szkoły w Kruševie, jednej z największych gorańskich wsi.

W niepodległym Kosowie mniejszości gorańskiej zagwarantowano jedno miejsce w prisztińskim parlamencie, trzy kilometry asfaltu do wsi Zli Potok i piątą z kolei gwiazdę na oficjalnej fladze. Poza tym kosowscy Albańczycy żyją sobie, a Gorańcy sobie – większość z nich ma, oprócz kosowskiego, jeszcze serbski lub macedoński paszport. Szczęściarze nawet bułgarski, unijny. Starsze pokolenie nie zna albańskiego lub zna go bardzo słabo. Do właściwego Kosowa nosa starają się nie wyściubiać, bo tam nikt nie bawi się w subtelne dystynkcje i ulica bierze ich za Serbów, co, wiadomo, w Kosowie chluby nie przynosi.

Znikający punkt

Okna gabinetu Yahiyi Maznikara wychodzą na główną ulicę wsi, jej perspektywę po przeciwnej stronie zamyka meczet i wszystko, co dzieje się we wsi interesującego, rozgrywa się na przestrzeni między gabinetem uczonego a świątynią. Brod wydaje się żywą wioską z mnóstwem dzieci. Ale to złudzenie.

Kiedyś w szkole uczyło się pięćset dzieci, przed wojną kosowską dwieście, dziś jest ich 65. Na siedemset domów we wsi na stałe zamieszkiwanych jest nie więcej niż setka – tłumaczy Maznikar. – Zmienił się model emigracji. Po jugosłowiańskich wojnach na pečalbę wyjeżdża się dalej i całymi rodzinami. Kiedy wymrze najstarsze pokolenie, Gora będzie istnieć tylko w maju, gdy emigranci zjeżdżają na Djurdjevdan, i w sierpniu, gdy zjeżdżają na wakacje, jak do jakiegoś wakacyjnego kurortu. Potem pewnie i to się rozsypie – zabraknie nam kotwicy. Maznikar dodaje ze smutkiem, że zniknięcia Gorańców nikt nie zauważy, tak samo jak nikt nie dostrzega ich istnienia jako oddzielnej grupy etnicznej.

Djunarden jest nauczycielem, a po godzinach zarabia jako taksówkarz w stolicy Gory, Dragašu (jedyne miasto w okolicy, 30 proc. ludności to Albańczycy). Jako jeden z niewielu mieszka w Brodzie cały rok: – W szkole uczymy po serbsku, albańskiego właściwie nie znam. Tu jest Gora, Kosowo jest niżej. Fakt, Gora dwie matki ssie, ale dzięki temu mogliśmy przetrwać. Tu jest dużo jugonostalgii, ale – powiedzcie mi: Kosowo, co to za kraj? Mój syn pracuje jako szofer w Italii, musiał robić od nowa prawo jazdy, bo kosowskiego mu nie uznali, takie to i państwo. My jesteśmy mirny [spokojny, łagodny] naród, oni, Albańczycy, żyją z konfliktu.

Po głębszym zastanowieniu Djunarden przyznaje jednak, że kosowska rzeczywistość dociera do Gory; w dwóch sprywatyzowanych fabrykach w stolicy regionu, w Drateksie i Shar Prodimi, pierwszymi do zwolnienia byli właśnie Gorańcy.

Gorańskie wioski są przylepione do stromych stoków i odizolowane od siebie: Brod od Zlego Potoku dzielą mniej więcej 4 km przez góry, ale szosą wychodzi jakieś 30 km. Do niektórych wiosek asfalt w ogóle nie prowadzi. Nie ma się co dziwić, że kuc albo osioł, które poradzą sobie na górskim płaju lepiej niż niejeden SUV, stanowią tu podstawowy środek transportu. I wciąż na stokach Szar Płaniny spotkać można pasterzy z kierdelami owiec.

Jeden z nich, Ramiz, ma 50 lat i choć pochodzi z Prizrenu, to jest Gorańcem. Prizren, drugie pod względem wielkości miasto Kosowa, leży u stóp Szar Płaniny i był areną serbskich, a następnie albańskich czystek etnicznych. Ramiz potrafi wyliczyć 72 osoby, które zginęły bądź uciekły w czasie wojny. Jego całe życie to jednak połoniny, nie ma żony ani dzieci i w Prizrenie jedynie zimuje. Rozmowę z Ramizem zagłusza huk helikoptera. Na ten dźwięk rozszczekują się psy – potężne pasterskie szarpłanince. Śmigłowce KFOR (natowskie Kosovo Force) patrolują regularnie doliny i wierzchołki Szar Płaniny, gdyż to trudno dostępne pasmo stało się po wojnie w Kosowie i zamieszkach w zachodniej Macedonii ważnym kanałem przerzutowym w nielegalnym handlu bronią.

Ramiz, jako jedyny ze spotkanych Gorańców, mówi o sobie srbski Torbeš, czyli w przybliżeniu serbski muzułmanin. Ponieważ dzisiejsza Serbia jest mocno związana z prawosławiem, to – szczególnie po wojnie w Bośni i Kosowie – takie pojęcie wydaje się wewnętrznie sprzeczne. Przypomnijmy więc, że ojciec serbskiego odrodzenia narodowego w XIX w. i klasyk serbskiej literatury Vuk Karadzić mówił jeszcze wyraźnie o jedności Serbów trzech wyznań: prawosławia, islamu i katolicyzmu. Czy zatem baca z Gory to żywy relikt z czasów, gdy zwyczajem było rycie na belce nad drzwiami prawosławnego krzyża i półksiężyca? Można takie mocno zatarte już sąsiedztwo znaków oglądać podróżując po na wpół wyludnionych wsiach po macedońskiej stronie Szar Płaniny.

Kim więc właściwie jest Goraniec?

– A kim chcesz, żeby był? Serbem, Macedończykiem, Bułgarem, Turkiem? Zależy, kto więcej zapłaci... – odpowiada jeden z młodych pečalbarów, którzy gromadą zjechali na piwo do ponoć mafijnego hotelu Arxhena, 40 minut spacerem od Brodu – i wszyscy wybuchają śmiechem.

Dziękuję za pomoc w realizacji materiału pp. Sebastianowi Okarmusowi i Pawłowi Knopowi.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną