Świat

Grzęzawisko na prerii

W megamasarniach USA

Praca w tuczarni należy do najniżej płatnych. Na zdjęciu: podajnik paszy. Praca w tuczarni należy do najniżej płatnych. Na zdjęciu: podajnik paszy. Piotr Małecki / Napo Images
Co się zmieniło w amerykańskich fabrykach mięsa od czasu, gdy sto lat temu Upton Sinclair opisał je w „Grzęzawisku”? Choć białych imigrantów z Europy zastąpili kolorowi, nadal łatwo tam stracić palce, a trudno zarobić.
Aukcja bydła w Kansas. Ten stan zdominował rynek wołowiny w USA, wytwarzając jedną czwartą amerykańskiej produkcji tego mięsa.Piotr Małecki/Napo Images Aukcja bydła w Kansas. Ten stan zdominował rynek wołowiny w USA, wytwarzając jedną czwartą amerykańskiej produkcji tego mięsa.
Mead, Kansas – z rynku znikają takie jak ta rodzinne masarnie wypierane przez gigantów, przetwarzających dziennie 500 razy więcej sztuk bydła.Piotr Małecki/Napo Images Mead, Kansas – z rynku znikają takie jak ta rodzinne masarnie wypierane przez gigantów, przetwarzających dziennie 500 razy więcej sztuk bydła.
Pracujący w zakładach mięsnych Tyson przybysze z Somalii, Garden City, KansasPiotr Małecki/Napo Images Pracujący w zakładach mięsnych Tyson przybysze z Somalii, Garden City, Kansas

wideo

Kansas. Fotokast. Piotr Małecki / Napo Images

Kiedy tata przychodził po pracy do domu, wspomina Analia Noriega, delikatna 27-latka, stale ostrzył noże. W soboty i niedziele czasem po dwie–trzy godziny. Ten dźwięk, odgłos ostrzy przesuwanych po osełce, to coś, co z dzieciństwa pamięta najlepiej. Potem zauważyła, że wszyscy, którzy pracują u Tysona, ostrzą w domu noże. Od dobrze naostrzonego noża zależy wszystko.

Analia to zrozumiała, gdy sama pracowała przy oddzielaniu mięsa od kości. Robi się to trzema nożami, które szybko się tępią, więc trzeba je ciągle ostrzyć. Odkraja się kawałek, łapie go hakiem i kładzie na taśmie. Po obu stronach pracują inni, razem sześć osób. Na jedną krowę ma się minutę, dwie, i jeśli się spóźniasz, wtedy inni mają przestój, nadzorca odejmuje ci punkty i w końcu można wylecieć z roboty. Dlatego jest tak ważne, żeby noże były ostre.

Po siedmiu miesiącach Analia dostała artretyzmu i się zwolniła. Jej mąż Manuel wytrzymał trzy miesiące dłużej.

„Ręce tych mężczyzn były całe pokreślone bliznami, tak gęstymi, że nie można ich było zliczyć. Nie mieli paznokci – zdarły się całkowicie przy ściąganiu skór. Knykcie ich palców tak opuchły, że rozczapierzone palce wyglądały jak wachlarze. Mężczyźni ci stale chorowali na reumatyzm i wytrzymywali tam do pięciu lat”.

Tak w powieści „The Jungle” („Grzęzawisko”) Upton Sinclair opisywał w 1906 r., z pasją amerykańskiego socjalisty, robotników zakładów mięsnych Brown i Durham w Chicago, wiejskich imigrantów z Litwy. Książka stała się bestsellerem. Jej popularność sprawiła, że Kongres, na osobistą interwencję prezydenta Theodore’a Roosevelta, uchwalił ustawy o bezpieczeństwie pracy i higienie żywności w fabrykach przetwórstwa i pakowania mięsa. W branży powstały związki zawodowe, które w latach 1930–60 wywalczyły poprawę warunków płac i pracy. Ale szefowie koncernów żywnościowych nie zamierzali łatwo kapitulować.

W latach 80. przemysł mięsny zaczął przenosić fabryki z wielkich miast w rejonie Wielkich Jezior do miasteczek Środkowego Zachodu. Było stamtąd bliżej do rancz z bydłem, a tiry chłodnie umożliwiały szybki transport gotowych produktów do odbiorców. W wiejskich regionach Kansas, Oklahomy, Teksasu, Nebraski, Colorado i Iowa nie było związków zawodowych. Nie było też jednak białych imigrantów z Europy, gotowych podjąć pracę przy mięsie – zdążyli już awansować do klasy średniej – ale potentaci przemysłu: IBP, Conagra, Cargill, National Beef i Tyson Foods, poradzili sobie sprowadzając pracowników z Trzeciego Świata. W zakładach Tysona w Holcomb pod Garden City pracują imigranci z Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji. Amerykański interior staje się kolorowy jak Nowy Jork.

Raul Noriega, ojciec Analii, przyjechał z żoną i dziećmi z Salwadoru. Nie należy pytać, jak przekroczyli granicę. Zatrzymali się w Los Angeles – na 18 lat. Analia i jej młodszy brat José urodzili się już na ziemi amerykańskiej. Papa Raul harował po 16 godzin, 7 dni w tygodniu, na budowach i w sklepie z elektroniką. Bez papierów zarabiał niewiele i za lekarzy musiał płacić z własnej kieszeni. Aż dowiedział się, że Tyson poszukuje pracowników do zakładów w Kansas. Do Garden City dotarli w lipcu 1999 r.

Kansas to serce Ameryki, jej geograficzny środek. Tu leży Dodge City, uwiecznione w westernach miasto bezprawia, przyciągające rewolwerowców z całego kraju. Tędy przebiegał w XIX w. główny szlak przepędu bydła, przecinający się prostopadle z linią kolejową Atlantyk–Pacyfik. Dodge City pielęgnuje legendę pogranicza. Główna ulica nosi imię Wyatta Earpa, dzielnego szeryfa, który razem z braćmi rozprawił się z bandą Clantonów (co prawda w Arizonie). W mieście jest kasyno i gabinet figur woskowych z sylwetkami sławnych kowbojów. Latem mieszkańcy spędzają sobotnie wieczory na rodeo. Pokazy ujeżdżania dzikich koni i byków poprzedza modlitwa. Spiker oddaje hołd poległym w Afganistanie. Wszyscy wstają, żeby odśpiewać hymn. Na koniach galopują jasnowłose dziewczyny z gwiaździstymi sztandarami w rękach.

Jak 150 lat temu zachodni Kansas wciąż żyje z hodowli bydła. Przemysł przetwórstwa żywności ma się doskonale mimo kryzysu i recesji. Amerykanie nie oszczędzają na stekach i żeberkach.

Droga do Garden City prowadzi prosto jak pod linijkę. Po obu stronach niekończące się pastwiska i pola kukurydzy – zielonej, pożółkłej i w szczątkowej postaci rżyska. Górują na horyzoncie wysokie silosy na zboże i zbiorniki z wodą. Mija się rozległe feedyards, ogrodzone parcele z tysiącami stłoczonych w środku, specjalnie dokarmianych krów. Przez ostatnie miesiące przed ubojem mają zyskać na wadze dodatkowe setki funtów. W powietrzu unosi się zapach krowiego nawozu. To zapach pieniędzy – mawia się w Kansas.

W Garden City jest więcej zieleni i mniej mężczyzn w kapeluszach z szerokim rondem. Za miastem wznoszą się hale Tyson Foods, głównego pracodawcy miasta. Przybyszów wita ogromny transparent: „Eat Beef – Keep Slim”. Jedz wołowinę i pozostań szczupły.

„Szedł błagając o pracę, aż do utraty sił. (...) Wszędzie, gdziekolwiek się znalazł, od jednego krańca miasta do drugiego, spotykał takich jak on i bezlitosną rękę władzy, która ich odtrącała. Istnieje jeden rodzaj więzienia, gdzie człowiek przebywa za kratami, i inny jego rodzaj, gdzie rzeczy są za kratami i człowiek znajduje się na zewnątrz” („Grzęzawisko”).

Po 30 latach w USA Raul mówi po angielsku słabo i niegramatycznie. Stale prześladuje go myśl, że może podpaść władzom. – Anglos robią, co im się podoba. A z Hispanics wystarczy, jak ktoś wypije jedno piwo i wsiądzie do samochodu, od razu go zatrzymują i odbierają prawo jazdy. Jak to zrobisz trzy razy, dzwonią na immigration, zabierają ci papiery i wyrzucają z kraju – tłumaczy swój lęk.

Po czterech latach morderczej pracy w chłodzie dostał bólów; najpierw w barku, potem całym ciele. Lekarz powiedział: To, co ci dolega, jest związane z pracą; tego nie mogę leczyć. Raul więc się zwolnił i wystąpił do firmy o zwrot kosztów leczenia. Ale żaden adwokat z okolicy nie chciał się sprawy podjąć. W końcu ugodzili się z Tysonem, że „zachorował w związku z wiekiem”. Miał wtedy 42 lata. – Oni tu wszyscy działają razem – adwokaci, lekarze, policja... – mówi Raul.

Z Tysonem jeszcze nikt nie wygrał – dopowiada Analia.

„Wszystkich mężczyzn tej samej rangi napuszczano na siebie i każdy żył w strachu przed utratą pracy, jeśli inny uzyskiwał w niej lepsze wyniki. Więc od góry do dołu całe to miejsce było jednym kipiącym kotłem zazdrości i nienawiści; nigdzie nie było lojalności ani przyzwoitości, nigdzie człowiek nie liczył się w konfrontacji z dolarem” („Grzęzawisko”).

Kilka lat temu o zakładach mięsnych stało się głośno. Telewizja PBS i inne media podniosły alarm, że warunki pracy niewiele zmieniły się tam od czasów Sinclaira. Śrubowanie norm, obcinanie kosztów produkcji zwiększały ryzyko wypadków i chorób zawodowych.

 

 

W książce „Fast Food Nation” Eric Schlosser przedstawił ponury obraz agrobiznesu, zwłaszcza w zakładach produkcji wołowiny. Liczba wypadków wielokronie przekraczała tam średnią krajową w przemyśle. Personel kierowniczy naciskał na pracowników, aby nie zgłaszali urazów przy pracy i nie szli z nimi do lekarza, gdyż pogarszało to statystykę i groziło roszczeniami o odszkodowania. Nadzorcy sprzedawali robotnikom amfetaminę, aby poprawić im samopoczucie i wydajność pracy. W 2005 r. nowojorska Human Rights Watch ogłosiła raport Blood, Sweat and Fear (Krew, Pot i Strach) o łamaniu elementarnych praw pracowniczych przez producentów mięsa i drobiu. Po raz pierwszy organizacja obrony praw człowieka napiętnowała wybrany sektor amerykańskiego przemysłu.

W połowie minionej dekady Tyson zmienił politykę zatrudnienia. Zamiast Latynosów, którze sprawiali kłopoty jako indocumentados, zaczęto przyjmować pracowników z Birmy, Somalii i Wietnamu. Przybysze z tych krajów bez trudu uzyskiwali status uchodźców politycznych.

Władze Garden City wyszły naprzeciw potrzebom nowych imigrantów. Zorganizowano przyspieszone kursy angielskiego, historii i konstytucji USA oraz pomoc w praktycznych sprawach, jak prawo jazdy. Prawie 80 proc. uczniów w szkołach w mieście to dziś dzieci mniejszości spoza Europy.

Nie obywa się bez problemów. Birmańczycy pochodzą z trzech skłóconych ze sobą grup etnicznych. Przydzielono im tłumaczy, którzy pełnią jednocześnie rolę doradców łagodzących spory. Somalijscy muzułmanie zażądali prawa do codziennych modlitw. Na swoim osiedlu parterowych bloków urządzili w kilku mieszkaniach prowizoryczne domy modlitwy. Zamierzają zbudować meczet. W Garden City jest już świątynia buddyjska wzniesiona przez Birmańczyków.

Burmistrz John Doll podkreśla, że Garden City jest miastem szeroko otwartym na imigrantów. Narzeka na restrykcyjną politykę rządu federalnego. – Nasz przemysł stale potrzebuje pracowników, ale władze stwarzają mnóstwo biurokratycznych przeszkód z wizami i legalizacją pobytu – mówi. Według burmistrza, tylko nielegalni są problemem, bo korzystają ze świadczeń z kieszeni podatnika; poza tym stosunki z imigrantami są doskonałe. – Kulturowa różnorodność to siła naszej społeczności. Moje ulubione postacie to Dalajlama i Gandhi, którzy uczyli tolerancji – deklaruje burmistrz.

„To była praca na akord, a ona chciała założyć rodzinę, żeby naprawdę żyć; tymczasem surowe prawa ekonomii dyktowały, że może to osiągnąć tylko pracując tak, jak pracowała, wkładając całą duszę w swoją pracę i nigdy nie spoglądając na ładnie ubrane panie i panów, którzy patrzyli na nią jak na jakieś zwierzę w menażerii” („Grzęzawisko”).

Cristina, starsza siostra Analii, zawsze była zaradna. Kiedy widziała, że coś jest nie tak, reagowała działaniem. Po przyjeździe do Garden City zamieszkała w przyczepie w trailer parku jak setki latynoskich imigrantów. Jego właściciel naciągał lokatorów – np. musieli od niego wykupić telewizję kablową – i nie interesował się opuszczonymi trailerami, które stawały się melinami gangów i narkomanów. Cristina skrzyknęła mieszkańców i zorganizowała protest. Właściciel wyrzucił ją z przyczepy, ale w East Garden Village Trailer Park wiele się zmieniło – jest teraz czyściej i bezpieczniej.

Cristina pracuje u Tysona już 13 lat. 6 lat temu awansowała na supervisora. Pilnuje jakości pracy na linii produkcyjnej. – Z niektórymi ciężko się pracuje. Są uparci, trudno ich przekonać, żeby dorównywali innym. Inni są mili, zrobią dla ciebie wszystko... Ludzie wolą twardych supervisorów. Jeśli jesteś dla nich zbyt miły, myślą, żeś głupi. Traktuję ludzi z szacunkiem, ale czasem trzeba być naprawdę surowym. Ja staram się być... taka pośrodku.

Niektórzy uważają, że jest zbyt sentymentalna. Jej szef mówi, że jeśli chce awansować, zostać green hat, zielonym kaskiem, musi być bardziej twarda. Zielone kaski to superintendenci, o oczko wyżej niż nadzorcy. Dalej są kaski pomarańczowe i białe, czyli najwyżsi menedżerowie. – Może gdyby było więcej nadzorców takich jak ja, Tyson miałby lepszą reputację? – zastanawia się Cristina. Broni jednak firmy: – Płace są dobre.

Na początek pracownicy zarabiają 11–12 dol. za godzinę. Cristina nie mówi o swych podwładnych pracownicy, tylko team members. Bo to są członkowie zespołu. – Jesteśmy rodziną. Spędzam z nimi więcej czasu niż ze swoją własną.

Jest szczęśliwa, że mieszka w Garden City: – Kocham to miasto. Tu jest bezpiecznie dla moich dzieci, nie tak jak w L.A.

„Ci, których zadaniem było naciskać dźwignię podnoszącą z podłogi martwą krowę, musieli co chwila przebiegać pochylając się co kilka stóp pod belkami stropu; biegali tak stale zgarbieni, tak że po kilku latach chodzili jak szympansy” („Grzęzawisko”).

Mitch Young, dyrektor ds. pracowniczych (Human Resources) w zakładach Tysona czytał książkę Sinclaira. – Tak, to straszny obraz... 30 lat temu w Tysonie było mniej więcej tak samo. Ale to się zmieniło – zapewnia i wylicza zmiany. Spadła fluktuacja pracowników i liczba wypadków. Zaostrzono kontrolę przestrzegania przepisów BHP. Od menedżerów wymaga się, by traktowali podwładnych z szacunkiem. Nadzorcy, którzy nie stosują się do tego, są karani. W fabryce działa specjalna, wolna od opłat, telefoniczna linia pomocy etycznej – każdy pracownik, który uważa, że w zakładzie zignorowano jego zażalenie, może zadzwonić do kierownictwa firmy w Arkansas. Jak ktoś słabo zna język, zakład zapewnia tłumacza.

Mitch jest imigrantem z Wietnamu, pochodzi z zamożnego, lekarskiego domu. W kwietniu 1975 r., po zajęciu południa kraju przez czerwonych, uciekli przez morze. Jak innych boat people, uratowały ich amerykańskie okręty. Mitch miał 17 lat, kiedy dotarli do USA. Skończył szkołę i znalazł robotę u Tysona. Zaczynał od pracy nożami. Studia na Uniwersytecie Kansas otworzyły mu drogę do menedżmentu. Ameryce zawdzięcza wszystko.

Przyznaje, że firma w ostatnich latach podkręciła tempo przy taśmie: – Jesteśmy w biznesie, gdzie się robi pieniądze. Żeby robić pieniądze, firma musi przynosić zyski. Żeby przynosić zyski, trzeba być wydajnym.

U Tysona nie ma związków zawodowych, ale są kapelani. Jonathan Galia z Filipin i Guillermo Reyes z Salwadoru mają w zakładzie swoje biuro. Zatrudnienie kapelanów to pomysł prezesa koncernu Johna Tysona, który – jak informują księża – jest człowiekiem bardzo religijnym. – Działamy jako doradcy, duchowi przewodnicy. Zajmujemy się problemami i troskami pracowników – mówi ksiądz Galia. Jakimi troskami? – Nie chcemy rozmawiać o Tyson’s business – odpowiada po chwili.

W niedzielę w Dodge City odbywają się wyścigi konne. Do hipodromu El Palomito łatwo trafić – trybuny na rogatkach miasta górują nad horyzontem, dalej rozciąga się preria. Zjeżdżają się samochody, w baraczku widzowie posilają się burritos z coca-colą. Koń Ramona Marqueza pobiegnie w drugiej gonitwie. Ramon z żoną Olivią przyjechali do Stanów z Meksyku 24 lata temu. Pracowali najpierw w Lexington w Nebrasce, w zakładach IBP, potem w Cargill w Dodge City, a od niedawna w National Beef.

Olivia pokazuje ręce z palcami powykręcanymi od cięcia mięsa nożem. Ramon z dumą wyciąga z kieszeni czek na 441 dol.: to tygodniówka. 10 lat temu kupili w Dodge City dom, potem cztery konie – jeden do wyścigów, pozostałe na przejażdżki. Mają już wszystkie papiery, a zakład zapewnia ubezpieczenie. Nie powiedzą o nim złego słowa. Dwaj dorośli synowie też tam pracują. Nie planują powrotu do kraju – w stanie Chihuahua, skąd przybyli, rządzą kartele narkotykowe.

Po pierwszej gonitwie zrywa się burza, biją pioruny, konie drżąc przytulają się do swoich opiekunów. Piasek na parkurze zamienia się w błoto, wicher wyrywa drzwi baraku. Ramon i Olivia odjeżdżają do domu. Muszą jeszcze dobrze naostrzyć noże.

Autor jest korespondentem PAP. Niedawno ukazała się jego książka „Inne strony”, reportażowo-eseistyczna próba analizy amerykańskiej wyjątkowości. Do kupienia w kioskach i na: www.skleppolityki.pl.

Niektóre imiona i nazwiska postaci zostały zmienione.

Polityka 41.2011 (2828) z dnia 04.10.2011; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Grzęzawisko na prerii"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Jak nie utonąć. 6 zasad zachowania w wodzie, które mogą nas uratować

Latem ciągnie nas do wody, a liczba utonięć rośnie. Co zrobić, żeby nie zatonąć? Oto podstawowe zasady bezpieczeństwa w wodzie. Nie tylko na lato.

Michał Rolecki
24.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną