Świat

Mormoni idą na Waszyngton

Rosną polityczne wpływy mormonów w USA

Jon Huntsman z rodziną, Myrtle Beach. Jon Huntsman z rodziną, Myrtle Beach. Emmanuel Dunand/AFP / EAST NEWS
Wspólnota mormońska w Ameryce liczy 6 mln wyznawców. Dwóch z nich – Jon Huntsman i republikański faworyt Mitt Romney – wystartowało nawet w wyścigu o prezydenturę. I choć Huntsman już się wycofał, wpływy polityczne mormonów wyraźnie rosną.
Mitt Romney z żoną i synami, Manchester.Justin Lane/EPA/PAP Mitt Romney z żoną i synami, Manchester.
Mormoni podbijają Broadway – musical  „The Book of Mormon”.Sara Krulwich/The New York Times/EAST NEWS Mormoni podbijają Broadway – musical „The Book of Mormon”.
Świątynia mormonów w Salt Lake City.Richard Cummins/Corbis Świątynia mormonów w Salt Lake City.

Media wieszczą wręcz czas mormonów. Na Broadwayu pojawił się musical o mormonach „The Book of Mormon”, w kanale HBO – serial o konserwatywnej mormońskiej rodzinie „Big Love”. Popularny showman Jay Leno żartował w swoim programie telewizyjnym, że multimilioner Mitt Romney na wakacje jeździ do Złotej Świątyni Sikhów w Indiach. Żart się sikhom nie spodobał. Ambasador Indii w Waszyngtonie złożył oficjalną skargę na satyryka. Zdaniem jego fanów, Hindusi nie wykazali się specjalnie poczuciem humoru. Mormoni, choć w większości purytańscy, nie mają z żartami problemu. Nawet z samych siebie. Oto próbka.

Po czym poznać, że jesteś mormonem? Po tym, że kiedy wymieniasz nazwę Salt Lake City (stolica mormonizmu), nie wymieniasz nazwy stanu, w którym to miasto leży (Utah), bo uważasz, że to wiedzą wszyscy ludzie na świecie. Albo taki o hipisie dyslektyku (trzeba wiedzieć, że potoczny angielski skrót oficjalnej nazwy Kościoła mormońskiego to LDS). Otóż hipis dyslektyk zamiast LSD wziął LDS i wyruszył w misję ewangelizacyjną (mission) zamiast w narkotyczny trip.

W połowie stycznia znany ośrodek badawczy Pew Center opublikował ciekawe wyniki badań dotyczących mormonów w społeczeństwie; okazuje się, że sytuacja się poprawia, ale wciąż nie jest idealna. Prawie połowa pytanych mormonów amerykańskich skarży się na dyskryminację, a aż sześciu na dziesięciu z nich uważa, że Amerykanie nie wiedzą, czym jest wspólnota mormońska (licząca dziś obok 6 mln osób w USA dalsze 3,5 mln w krajach Ameryki Południowej, na całym świecie 14 mln, w Polsce ok. 1000).

Mormoni i świadkowie Jehowy

Badania potwierdziły, że mormoni różnią się od typowych Amerykanów. Są bardziej konserwatywni w sprawach społeczno-kulturowych, częściej opowiadają się przeciw seksowi pozamałżeńskiemu, aborcji i za tradycyjnym podziałem ról w rodzinie. Ich dziewczęta rzadziej zachodzą w ciążę jako nastolatki, wcześniej wychodzą za mąż i rodzą więcej dzieci. 74 proc. mormonów deklaruje się jako zwolennicy Partii Republikańskiej (w całej populacji 45 proc.). Łączy się to z atawistyczną nieufnością do rządu federalnego i imperatywem polegania na sobie. Jednocześnie intensywniej pomagają sąsiadom i innym członkom społeczności.

Filarem ich życia jest szczęśliwa, trwała, wielodzietna rodzina i zaangażowanie w sprawy społeczne, głównie mormońskie. Aż 77 proc. mormonów chodzi przynajmniej raz na tydzień na nabożeństwo, podczas gdy na przykład amerykańskich katolików chodzi do kościoła tylko 41 proc. Młodzi mormoni wyjeżdżają na misje, także do Polski. Sam Romney w latach 60. pojechał na 2,5 roku na taką misję do Francji, stąd jego znajomość francuskiego, dziś kłopotliwa wyborczo, bo kojarząca się negatywnie z Europą. Ewangelizatorzy chodzą po ulicach parami, w garniturach i krawatach, z plecaczkami, i grzecznie proponują rozmowę. Podobną metodą rekrutacji posługują się świadkowie Jehowy.

Obie te wspólnoty powstały w USA w XIX w. i są oryginalnym wkładem amerykańskim do światowych dziejów religii. Obie wciąż rosną liczebnie. Oficjalna nazwa mormonów to Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Nazwa ma rozwiać wątpliwości co do tego, czy mormoni są chrześcijanami. A wątpliwości wynikają z analizy wierzeń mormońskich.

Jeśli coś jest tu pewne, to to, że wiara mormonów w istotnych punktach odbiega od wiary katolickiej i prawosławnej (np. przez odrzucenie Trójcy Świętej). I to, że mormonizm mógł powstać tylko w USA. W XIX w. przez Stany szła fala ludowej odnowy religijnej o charakterze protestanckim (katolików było jeszcze bardzo mało). Miała nastawienie antyestablishmentowe, czyli niosła treści polityczne w duchu demokratycznym. Socjologicznie i ideowo przypominała odrobinę współczesny ruch Occupy Wall Street czy To My Jesteśmy 99 Procentami Społeczeństwa. Wędrujący po Ameryce kaznodzieje głosili chrześcijaństwo ludzi prostych i pobożnych, gotowych budować w Nowym Świecie Królestwo Boże.

Ten splot religii i polityki pozostaje do dziś żywy w Stanach. Tworzy niemal mesjanistyczny nastrój, niepojęty w zlaicyzowanej Europie, a w Ameryce łatwy do zaakceptowania. Amerykanie obawiają się raczej, że prezydent Romney nie będzie rządził samodzielnie, tylko słuchał poleceń z Salt Lake City, co zachwieje jednym z filarów systemu, czyli rozdziałem religii od państwa. Ale to i tak nic w porównaniu z wątpliwościami, jakie wśród Amerykanów budzi kwestia wielożeństwa; czy rzeczywiście stanowi relikt przeszłości, czy poligamia wśród mormonów jest wciąż żywa?

 

Królestwo Boże w Utah

Założyciel Kościoła mormońskiego Joseph Smith proklamował wielożeństwo „małżeństwem niebiańskim”. Powoływał się na patriarchów Starego Testamentu i przekonywał, że poligamia zapewnia bezpieczeństwo kobietom w wieku pozamałżeńskim. Bardziej przekonująco brzmi teza, że wielożeństwo wzmacniało więź społeczną w grupie zagrożonej i zmuszonej do samopomocy. Na podstawie relacji o życiu Smitha, który miał zmuszać nastolatki do poślubienia go, można podejrzewać, że chodziło tak naprawdę o jego wybujałe libido.

Tak czy inaczej, sprawa poligamii stała się powodem rozłamów w mormonizmie i pretekstem do prześladowań oraz zamordowania samego Smitha. Rozwijała się głównie jako przywilej mormońskich elit. Pod presją władz federalnych, w manifeście z 1890 r., mormoni zdelegalizowali wielożeństwo, aby ich autonomiczne państewko, zwane Terytorium Utah, mogło wejść do unii amerykańskiej na prawach stanu. Ponieważ manifest zabraniał tylko małżeństw poligamicznych zawartych po tej dacie, przywódcy LDS wciąż posiadali po kilkanaście żon. W społeczności mormońskiej poligamia przetrwała w podziemiu, praktykowana dziś zaledwie przez 30 do 40 tys. jej członków. Zdarzają się też mormoni fundamentaliści, praktykujący wielożeństwo jawne.

Mormoni osiedlający się w Utah wierzyli, że zbudują tam Królestwo Boże. Ich Kościół głęboko ingerował w życie społeczności. Kiedy Utah zostało stanem, jego rząd przyjął formy amerykańskiej demokracji, ale Kościół mormoński starał się kontrolować wybór władz stanowych i ich przedstawicieli w Waszyngtonie. Dziś mormoni stanowią 57 proc. mieszkańców Utah, ale w miejscowej legislaturze 91 proc. deputowanych to członkowie LDS. Prezydenckie aspiracje Romneya wzbudziły lęk, że Kościół poszerza polityczne wpływy na cały kraj – w Kongresie zasiada coraz więcej jego członków.

Obawy, że mormoni chcą przekształcić Amerykę w teokrację, nieobce są miłośnikom teorii spiskowych, ale pojawiają się też wśród intelektualistów. Profesor literatury z Yale Harold Bloom przypomniał zasadę mormońskiego teologa z XIX w. Orsona Pratta: „Ludzie próbujący rządzić się prawami stworzonymi przez siebie i za pośrednictwem mianowanych przez siebie urzędników buntują się przeciw Królestwu Bożemu”. LDS jej nie odwołał.

Kościół jak korporacja

Kościół Świętych w Dniach Ostatnich jest organizacją skrajnie scentralizowaną i hierarchiczną, a jej funkcjonowanie nie jest transparentne. Na szczycie piramidy stoi Pierwsza Prezydencja, złożona z prezydenta ze statusem proroka i jego dwóch doradców, oraz rada dwunastu apostołów. Piętnastka ta podejmuje wszystkie najważniejsze decyzje – przy drzwiach zamkniętych – oficjalnie przez konsens. Wybiera prezydenta, ale zawsze zostaje nim najstarszy z apostołów, więc Kościołem rządzą starcy. Innych ciał kolegialnych nie ma. Stąd częste porównania Kościoła mormońskiego do typowej amerykańskiej korporacji.

Trafne, bo LDS to ekonomiczna potęga, co częściowo tłumaczy jego polityczne wpływy. Kapitał gromadzi z wpłat członków oddających 10 proc. swych dochodów (dziesięcinę). Jest właścicielem i współudziałowcem setek przedsiębiorstw w kraju, szczególnie w rolnictwie – na Florydzie posiada największe rancho bydła w USA. Cały majątek Kościoła szacuje się na 30 mld dol. (brak danych oficjalnych). Przeznacza go na akcje misjonarskie, budowę świątyń i system kościelnej opieki społecznej. W Salt Lake City stoi ogromny elewator zbożowy gromadzący pszenicę na wypadek kataklizmów.

Bogactwo mormonów eksperci tłumaczą przede wszystkim brakiem odrębnej warstwy zawodowego kleru. Funkcje kapłańskie pełnią rotacyjnie wszyscy mężczyźni, wdrażając się do tego od małego. Tylko najwyżsi dostojnicy wykonują pracę duszpasterską odpłatnie; większość zadań pełnią ochotnicy. Obniża to koszty. Ale nie wyjaśnia do końca ekonomicznych sukcesów.

Ich tajemnica kryje się także w perfekcjonizmie mormonów, który ma źródła w religii. Prorok Smith, sam prawie analfabeta, wyznawał kult wiedzy i wzywał do pilnej nauki. Mormoni wciąż musieli udowadniać innym swoją wartość. Są nadreprezentowani w Harvard Business School i rozchwytywani na Wall Street. Znajomość języków dzięki pracy misjonarskiej za granicą otwiera im drogę do wywiadu i dyplomacji.

Ale choć fortuny mogą w polityce amerykańskiej pomóc, nie wszystko od nich zależy. Zwłaszcza odkąd bogacze znaleźli się na cenzurowanym. Z tego, że o mormonach tyle się dziś w Stanach mówi, nie wynika, że Romney ma zwycięstwo w kieszeni. Choć po tym, jak Huntsman wycofał się z kandydowania, a Romney wygrał republikańskie prawybory na Florydzie, nominacja tego ostatniego na rywala Obamy jest już pewniejsza.

Negatywne stereotypy są wciąż bardzo silne. W opowiadaniach o Sherlocku Holmesie mormoni pojawiają się jako szwarccharaktery i fanatyczni zabójcy wrogów mormonizmu. Mormońską poligamię wykpiwał Mark Twain. Zmarły niedawno dziennikarz Christopher Hitchens nazywał ich „zwariowaną sektą”, lewicowy komentator telewizyjny Lawrence O’Donnell zarzucał prorokowi Smithowi, że był „kryminalistą gwałcicielem, który popierał niewolnictwo i był antyamerykański”.

Ale są też komentatorzy podkreślający, że mormoni mają Ameryce do zaoferowania dużo więcej niż religijną egzotykę. Ich etyka pracy, wstrzemięźliwość i wspólnotowość mogą być wzorem w epoce radykalnego indywidualizmu, szukającego natychmiastowej gratyfikacji. Wartości te muszą być pociągające, skoro mormonizm stał się wyznaniem globalnym i rośnie najszybciej, zaraz za islamem. Może ewentualna wygrana Romneya pomogłaby mu jeszcze wyjść z duchowego bunkra.

Polityka 06.2012 (2845) z dnia 08.02.2012; Świat; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Mormoni idą na Waszyngton"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną