KOLUMBIA: Złoto zastąpiło kokainę

Diabeł nie śpi w El Dorado
Nowe paliwo napędza dziś długoletni konflikt zbrojny w Kolumbii: złoto.
Kolumbijscy poszukiwacze złota.
Jan Sochor/LatinContent/Getty Images/Flash Press Media

Kolumbijscy poszukiwacze złota.

Biedacy są częściej mięsem armatnim w tutejszej wojnie o ziemię, zasoby naturalne, majątki z handlu kokainą i przywileje, z których i tak nie będą korzystać.
LUIS BENAVIDES/EAST NEWS

Biedacy są częściej mięsem armatnim w tutejszej wojnie o ziemię, zasoby naturalne, majątki z handlu kokainą i przywileje, z których i tak nie będą korzystać.

Sielankowy obraz z obozu partyzantów FARC. Dla wielu wieśniaków FARC to firma, w której zarabiają na życie.
Boris Heger/Polaris/EAST NEWS

Sielankowy obraz z obozu partyzantów FARC. Dla wielu wieśniaków FARC to firma, w której zarabiają na życie.

1.

German poszedł do partyzantki, bo nie miał z czego żyć. Żadnej polityki, żadnej ideologii. Mieszkał w slumsach w Cali, dłuższy czas nie zarabiał, a miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci. Rekrutujący do partyzantki FARC spadli mu z nieba: zaproponowali 600 tys. pesos miesięcznie (300 dol.). Tylko głupi albo strachliwy by odmówił. A German głupi ani strachliwy nie jest. Razem z kilkoma kolegami, tak jak on bez zajęcia, poszli z partyzantami w góry. Najpierw było szkolenie, potem ochranianie szlaków narkotykowych; starcia z armią i paramilitarnymi. Do domu wrócił po ośmiu miesiącach z niezłą gotówką w kieszeni.

Nacho z wioski Maria Angola na wybrzeżu przywykł oglądać od dziecka bijatyki na noże i maczety o flaszkę rumu. Nie mówi wyraźnie, że ofiarą przemocy domowej padła matka; mówi, że umarła ze smutku, a nie na raka, jak mu powiedziano. Po pięciu klasach zaczął pracować w gospodarstwie – ojciec kazał, kropka. Wstąpienie do partyzantki było po części ucieczką. Nacho nie poszedł walczyć z wojskiem – jako człowiek FARC miał mieć oko na wioskę. Chwilę próby przeszedł, gdy jeden z wyższych rangą partyzantów zgwałcił jego żonę. Komendanci bez słowa sprzeciwu pozwolili mu na zemstę. To scementowało zaufanie: ja za was, wy za mnie. Przeniósł się w inny region, ale kontakty zostały. Miał smykałkę do interesów i zaczął zaopatrywać jeden z frontów FARC w broń szmuglowaną z Panamy, żywność i leki.

Manuel poszedł do FARC nie dla forsy, lecz żeby walczyć o sprawiedliwy kraj. W FARC walczył jego ojciec i to on wprowadził syna w krąg rewolucyjnych idei. Studiował w Bogocie, działał w ruchach młodzieżowej kontestacji. Znał aktywistów i związkowców, których paramilitarni i wojskowi zabijali w ramach tzw. czystki społecznej prowadzonej w slumsach. Na co dzień spotykał uchodźców z interioru, których wygnali paramilitarni i armia – tylko dlatego, żeby jakiś lokalny kacyk mógł przejąć ich ziemię i wypasać na niej bydło. Krzywda domagała się odwetu, a świat wokół krzyczał o potrzebę zmiany.

Luis Enrique z wioski Codasi na wybrzeżu karaibskim pracował w fabryce plastiku w Bogocie, gdy dowiedział się, że partyzanci FARC zabili jego matkę. Wrócił w rodzinne strony i wstąpił do paramilitarnych. Pragnął się zemścić...

2.

Z indywidualnych losów biedaków, którzy poszli do FARC lub paramilitarnych w służbie narkobiznesu i latyfundystów, trudno nieraz wyczytać, jakie są źródła kolumbijskiego konfliktu (wyjątkiem jest historia świadomego politycznie Manuela). Biedacy są częściej mięsem armatnim w tutejszej wojnie o ziemię, zasoby naturalne, majątki z handlu kokainą i przywileje, z których i tak nie będą korzystać. Jeszcze poprzednie pokolenia partyzantów FARC, począwszy od lat 60., zwykle chłopi bez ziemi lub gnębieni przez właścicieli ziemskich, mieli jasność, że idą walczyć o reformę rolną. Dziś wstąpienie do partyzantki jest najczęściej aktem desperacji, sposobem na zarobek, gdy nie ma innego. Tak samo wstępowanie do paramilitarnych.

Niedawno siły specjalne Kolumbii ustrzeliły głównego dowódcę partyzantów – Alfonsa Cano. Przez prasę na świecie przetoczyła się fala komentarzy w duchu: koniec FARC, koniec konfliktu zbrojnego w Kolumbii. Nie tak szybko... W kolumbijski konflikt uwikłanych jest wielu aktorów, niemal cały kraj: politycy, wojskowi, świat biznesu i narkobiznesu; miasto i wieś. Różne siły i grupy od góry do dołu drabiny społecznej.

Dekadę temu czerwoni partyzanci FARC kontrolowali prawie połowę terytorium kraju. Rząd był zmuszony z nimi negocjować, lecz równocześnie paramilitarni – nielegalny twór polityków, latyfundystów, wojska i handlarzy narkotyków – mordowali sprzyjających FARC działaczy, związkowców i zwykłych wieśniaków, których ziemię chcieli zająć. Partyzanci pomni podobnej zbrodni, jakiej w latach 80. dokonano na aktywistach nieistniejącej już Unii Patriotycznej – partii, która miała m.in. pokojowo przeprowadzić partyzantów do cywila – bali się raz jeszcze zaufać władzy i złożyć broń (szwadrony śmierci zamordowały wówczas ok. 4 tys. działaczy Unii). Zerwali więc negocjacje i ruszyli szturmem walczyć o całą pulę: pokonać armię i ustanowić socjalistyczne porządki.

Jednak pulę zgarnął ktoś inny – ich zaprzysięgli wrogowie: lokalni kacykowie, latyfundyści, świat narko i paramilitarni (nieraz to ci sami ludzie). Tajne mafijne porozumienie zawarte przez nich dekadę temu – tzw. pakt z Ralito – zakładało usuwanie z ziemi chłopów i mniejszych właścicieli (robota paramilitarnych), przejęcie ich ziemi (przez latyfundystów i narkobaronów), a następnie legalizowanie zagrabionej własności (robota polityków). Ów plan sami autorzy nazwali Odbudową Ojczyzny. Jeszcze do niedawna sądzono, że ofiarą paramilitarnych mogło paść najwyżej kilkanaście tysięcy zabitych. Obecnie szacunki prokuratury generalnej sięgają 140 tys. Z ziemi wygnano 3 mln ludzi – ich usuwanie trwało systematycznie przez dwie dekady, na długo przed paktem z Ralito.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną