Świat

Lordowie Allaha

Komu przeszkadzają muzułmanie w Izbie Lordów

Trzy główne partie mają w Izbie Lordów wpływowych polityków wyznających islam. Trzy główne partie mają w Izbie Lordów wpływowych polityków wyznających islam. Ian JonesIan Jones / BEW
W brytyjskiej Izbie Lordów zasiada troje znanych muzułmanów z tytułami szlacheckimi. 1700 meczetów stojących w kraju to wciąż niewiele, ale dla niektórych Brytyjczyków już za dużo.
Baronessa Sajeda Warsi broni obecności religii w życiu publicznym, ale przestrzega przed ekstremistami.NARINDER NANU/AFP/EAST NEWS Baronessa Sajeda Warsi broni obecności religii w życiu publicznym, ale przestrzega przed ekstremistami.
Muzułmańscy imigranci są ambitni: uczą się, pracują, podnoszą kwalifikacje. Przynajmniej w pokoleniu urodzonym w latach 60., w którym co najmniej jedna trzecia zasiliła klasę średnią i kadrę menedżerską. Na fot. meczet we wschodnim Londynie.diamond geezer/Flickr CC by 2.0 Muzułmańscy imigranci są ambitni: uczą się, pracują, podnoszą kwalifikacje. Przynajmniej w pokoleniu urodzonym w latach 60., w którym co najmniej jedna trzecia zasiliła klasę średnią i kadrę menedżerską. Na fot. meczet we wschodnim Londynie.

Ojciec najbardziej dziś znanej muzułmanki w brytyjskiej polityce przybył na Wyspy z Pakistanu z dwoma funtami w kieszeni. Imał się różnych prostych zawodów, pracował głównie jako kierowca. W końcu założył firmę produkującą łóżka i zarobił swój pierwszy milion. Wykształcił wszystkie córki (pięć). Jedna z nich, Sajeda Warsi, to właśnie najbardziej znana brytyjska parlamentarzystka. Sympatyczką Partii Konserwatywnej stała się pod wpływem sukcesu ojca. Safdar Husain uczył córki tak: pracuj ciężko, zdobądź wykształcenie, interesuj się sprawami publicznymi, bądź patriotką państwa brytyjskiego, w którym tacy jak ty mogą robić kariery. Dzięki temu, nie wyrzekając się swych korzeni, będziesz miała dobre życie w Anglii. Rzeczywiście. Skończyła prawo, ostatecznie wylądowała w polityce.

Polityka brytyjska jest podobnie brutalna jak polska i dopiero od czasów lady Thatcher mniej mizoginiczna. Polityczny konserwatyzm brytyjski jest jednak otwarty: jeśli masz zdolności przywódcze, pomożemy ci się przebić. Konserwatyści zdobyli się na coś, co się nie śniło brytyjskim socjalistom, tak przecież postępowym społecznie. Doprowadzili do powstania w 1979 r. pierwszego rządu brytyjskiego z kobietą jako premierem. Furtki do polityki dla zdolnych kobiet nigdy już po Thatcher nie zatrzasnęli. Sajeda Warsi doszła do prestiżowych funkcji w Partii Konserwatywnej: od 2010 r. jest współprzewodniczącą torysów. Trzy lata wcześniej królowa nadała jej tytuł baronessy, najniższy wśród szlacheckich i bez prawa dziedziczenia, ale i tak wyglądany z utęsknieniem przez wielu na Wyspach.

Ma cięty język i twardą skórę. W 2009 r. nie wahała się wystąpić w programie BBC z liderem skrajnej prawicy, gdy jego partia osiągnęła niezwykły wynik w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Ale nie wahała się też oskarżyć o rasizm brytyjskich muzułmanów pakistańskiego pochodzenia, wykorzystujących seksualnie młode białoskóre dziewczęta. Kiedy rok później konserwatyści pod wodzą Davida Camerona wygrali z lewicą, nowy premier zaprosił baronessę do rządu. Warsi to pierwsza muzułmanka minister (bez teki) w historii Zjednoczonego Królestwa. Po dwóch latach ma słabe cenzurki, ale nie daje o sobie zapomnieć – przede wszystkim w debacie publicznej o rasizmie i wielokulturowości. Jedni muzułmanie brytyjscy widzą w niej dżihadystkę, drudzy pachołka syjonizmu, czyli jest w centrum uwagi.

Kłopot z wizerunkiem

Trzy główne partie mają w Izbie Lordów wpływowych polityków wyznających islam. Oczywiście przede wszystkim po to, by zademonstrować swą otwartość. Odpowiednikiem Warsi w partii Liberalnych Demokratów – to mniejszy partner konserwatystów w obecnym rządzie koalicyjnym Davida Camerona – jest znacznie od niej starsza i urodzona jeszcze w Pakistanie Kiszwer Falkner, również baronessa. W Partii Pracy najbardziej znanym muzułmaninem jest baron Ahmed. Nazir Ahmed, urodzony w 1958 r. w Pakistanie, już przeszedł do brytyjskiej historii politycznej. W 1998 r. został pierwszym wyznawcą islamu z tytułem lordowskim. Do Partii Pracy wstąpił jako osiemnastolatek, gdy handlował jeszcze na targu rybami.

 

 

Podobnie jak Warsi miewa kłopoty wizerunkowe. Ma być lewicową twarzą umiarkowanego islamu, a pomaga promować książkę rosyjsko-szwedzkiemu pisarzowi Israelowi Shamirowi, oskarżanemu o antysemityzm. Baron Ahmed podpisał list otwarty do Tony’ego Blaira przeciwko wojnom w Afganistanie i Iraku. Skrytykował decyzję o przyznaniu szlachectwa światowej sławy pisarzowi Salmanowi Rushdiemu, bo uważa noblistę za bluźniercę przeciwko islamowi. Najnowszy skandal z udziałem barona wybuchł w połowie kwietnia na spotkaniu z biznesmenami w Pakistanie. Było to świeżo po wiadomości o wyznaczeniu wysokiej nagrody za schwytanie sprawcy ataku terrorystycznego w Bombaju w 2008 r. „W takim razie ja mogę wyznaczyć nagrodę 10 mln funtów za schwytanie Obamy i Busha” – miał wtedy powiedzieć Ahmed.

Nie zdążył wrócić do Londynu, a laburzyści już zawiesili go w prawach członkowskich, sprawa jest badana przez sąd partyjny. Ale z drugiej strony tenże nieprzebierający w słowach lord Ahmed bez ociągania wybrał się z misją do Sudanu wraz z baronessą Warsi. Skutecznie i ponad podziałami partyjnymi zabiegali tam o zwolnienie z aresztu brytyjskiej nauczycielki, która nieopatrznie pozwoliła swoim uczniom nadać klasowemu misiowi imię proroka Mahometa. Ponadpartyjny wypad do Sudanu zaowocował plotką, że baronowi Ahmedowi bliżej do torysów niż do własnej Labour Party.

Koniec multi-kulti

W obu izbach brytyjskiego parlamentu zasiada prawie 1500 osób, z tego tylko osiem wyznaje islam. Ostatnie wybory w 2010 r. podwoiły liczbę muzułmańskich deputowanych, a trzy mandaty – z list laburzystów – zdobyły kobiety. Zostało to na Wyspach dostrzeżone i pochwalone. Brytyjskie muzułmanki zaczynają mówić własnym głosem, choć przez lata wmawiano im, że mężczyźni muzułmanie tego nie zaakceptują. Startowały 22 kobiety pochodzenia azjatyckiego, głównie muzułmanki kandydujące z list Partii Pracy i torysów. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? W 60-milionowej Wielkiej Brytanii, według różnych szacunków, jest 2–2,5 mln muzułmanów, głównie z Pakistanu i Bangladeszu. Są zorganizowani i reprezentowani w życiu publicznym. A jednak niepokój o przyszłość narasta.

Brytyjczycy wciąż nie przetrawili szoku, jakim były zamachy w Londynie w 2005 r. Sprawcami rzezi niewinnych przypadkowych ludzi było czterech młodych Brytyjczyków muzułmanów, urodzonych i wychowanych na Wyspach w systemie liberalizmu i tolerancji. Trzech miało korzenie pakistańskie. Wszyscy zginęli w atakach, dwaj pozostawili nagrane na wideo przesłania, w których pozują na mścicieli ofiar współczesnych krzyżowców w Iraku i Afganistanie. Czyli że życie w wolności i względnym dobrobycie dla tych młodych ludzi (najstarszy miał 30 lat, najmłodszy 18) było mniej warte niż śmierć w roli męczenników na froncie kulturowej wojny skrajnego islamu z Zachodem. Nic dziwnego, że po zamachach wybuchła zażarta dyskusja nad skutecznością brytyjskiej polityki imigracyjnej i integracyjnej.

 

 

Aż przyszedł drugi szok. Na międzynarodowej konferencji poświęconej zagrożeniom bezpieczeństwa premier Cameron obwieścił w 2011 r. koniec polityki wielokulturowości. Tak to przynajmniej wynikało z pierwszych relacji w mediach, choć w istocie Cameron podsumował tylko oczywiste fakty. W  Wielkiej Brytanii rozwija się nieformalny system sądowniczy, oparty na islamskim prawie religijnym (szariat). Czynnych jest ok. 1700 meczetów, tyle samo co ostatnio zamkniętych kościołów anglikańskich (z powodu braku wiernych, proboszcza lub funduszy na utrzymanie). Ponieważ muzułmanom rodzi się wielokrotnie więcej dzieci niż niemuzułmanom (do czego zachęca ich religia, ale i hojny brytyjski system opieki socjalnej), będzie się zmieniała struktura społeczeństwa brytyjskiego. Już teraz najpopularniejsze imię nadawane w Anglii noworodkom płci męskiej brzmi Muhammad.

Islam i nowoczesność

Muzułmańscy imigranci są ambitni: uczą się, pracują, podnoszą kwalifikacje. Przynajmniej w pokoleniu urodzonym w latach 60., w którym co najmniej jedna trzecia zasiliła klasę średnią i kadrę menedżerską. Tak więc przy bliższej analizie danych obraz jest dużo bardziej złożony. Młodzi fanatycy, gotowi umierać za siostry i braci ginących na Bliskim Wschodzie, to tragiczne wyjątki, a nie reguła wśród muzułmanów europejskich. Nie tylko Wielka Brytania, ale cała Europa przeżywa dziś bezprecedensowe spotkanie islamu z nowoczesnością. Ma ono ogromne znaczenie kulturowe. Raczej na plus, gdyż nawet najprostsi muzułmanie dostrzegają w Europie, że ich życie może być nieco inne i lepsze niż w ich krajach ojczystych, a przy tym nie muszą wyrzekać się swej tożsamości. Ale to jest dzieło w tworzeniu i nie ma gwarancji, że ostatecznie zakończy się sukcesem.

Baronessa Warsi broni obecności religii w życiu publicznym. Islamu tak samo jak chrześcijaństwa. Ale przestrzega przed ekstremistami – też po obu stronach. Większość muzułmanów rozumie różnicę między kulturą a religią – przekonuje. My, brytyjscy muzułmanie, musimy pozbyć się kompleksu oblężonej twierdzy i ofiary. Musimy zapanować nad debatą toczącą się o nas. Sami mamy zmieniać naszą społeczność, a nie pozwalać, żeby inni odgórnie narzucali nam zmiany. „Naszym twardogłowym mówię jasno: nie uzurpujcie sobie prawa do mówienia w imieniu wszystkich muzułmanów. Mylicie się, mówiąc, że udział w wyborach jest sprzeczny z islamem. Mylicie się, twierdząc, że kobietom nie należy się edukacja i zatrudnienie. Mylicie się, mówiąc, że równe prawa dla kobiet są sprzeczne z islamem”.

Tę liberalną krytykę islamskiego fundamentalizmu Warsi równoważy krytyką laburzystowskiego rozumienia wielokulturowości. Jej zdaniem lewicowa idea multikulti jest oderwana od rzeczywistości konkretnych brytyjskich wspólnot lokalnych. Różne kultury i religie współistnieją w nich lepiej czy gorzej, lecz odrzucają narzucanie im wzorów z góry. Lewica podkreśla prawo do odrębności i różnicy, a to raczej dzieli, niż łączy. A co łączy? Prawo do równego traktowania, pomimo różnic i odrębności.

Po drugiej stronie sporu o miejsce religii w brytyjskiej demokracji Warsi widzi niebezpieczeństwo agresywnego laicyzmu atakującego chrześcijaństwo. Jednak komentatorów bardziej niepokoi pojawienie się nowej mutacji agresywnego nacjonalizmu.

Zaczęło się od muzułmańskich protestów przeciwko uroczystemu sprowadzeniu do kraju trumien brytyjskich żołnierzy poległych w Afganistanie. W reakcji na ten protest zawiązał się oddolny ruch ultrapatriotów English Defence League (EDL). Wyróżnia go to, że o ile wcześniej skrajna prawica była antysemicka, antykapitalistyczna i antygejowska, o tyle ta obecna jest przede wszystkim antymuzułmańska. Premier Cameron nazwał ten ruch strasznym i ostrzegł, że jeśli złamią prawo, zostaną zdelegalizowani. To kluczowa sprawa dla przyszłości wielokulturowej Brytanii. Bo EDL zwalcza niby tylko „muzułmański ekstremizm”, ale na co dzień sprzeciwia się np. budowie nowych meczetów, na czym zależy zwykłym muzułmanom, nie żadnym dżihadystom.

Nie zmienia to faktu, że Brytyjczycy tracą pewność, kto jest muzułmaninem umiarkowanym, a kto ekstremistą. A władze temu skutecznie nie przeciwdziałają. Niepewność rodzi próżnię poznawczą, którą wypełniają demony islamofobii.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Destrukcyjne relacje w rodzinie

Poradnik dla skrzywdzonych przez rodziców.

Anna Tylikowska
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną