Świat

Propozycje nie do odrzucenia

USA: Lobbyści zastępują opozycję

„NRA zabija nasze dzieci” - głosi hasło. Z tyłu szef NRA (Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego) Wayne La Pierre. „NRA zabija nasze dzieci” - głosi hasło. Z tyłu szef NRA (Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego) Wayne La Pierre. Brendan Hoffman/The New York Times Agency / EAST NEWS
Na początek drugiej kadencji prezydent Obama wybrał dwie bitwy – o ograniczenie prawa do posiadania broni oraz o redefinicję relacji z Izraelem. Jego przeciwnikami nie będą jednak republikanie, ale potężne organizacje lobbystyczne, które przejęły rolę opozycji.
Specjalne stosunki z Izraelem sa dla Ameryki bardzo kosztowne.Riccardo Savi/Polaris/EAST NEWS Specjalne stosunki z Izraelem sa dla Ameryki bardzo kosztowne.

Artykuł w wersji audio

Jest taka scena w drugiej części filmu „Ojciec chrzestny”. Młody jeszcze Michael Corleone (Al Pacino) siedzi za biurkiem, w tle słychać gwar przyjęcia, ale w pokoju panuje cisza. W półmroku przy ścianie siedzi Pat Geary, senator z Nevady (postać fikcyjna). Rozmawiają o pozwoleniu na prowadzenie biznesu hazardowego w Las Vegas. Pewny siebie Geary w końcu mówi, że gardzi Michaelem i jego rodziną, ale będzie z nimi robił interesy i przy tej okazji wyciśnie ich do cna. Niedwuznacznie domaga się gratyfikacji za wpuszczenie rodziny Corleone do swojego stanu. Zapowiada, że czeka na ofertę, odwraca się na pięcie i zmierza do wyjścia. Wtedy Michael zatrzymuje senatora i według Michaela Cohena z „Guardiana” wypowiada najważniejszą sentencję w historii amerykańskiego kina: „Moja oferta jest następująca: nic”.

Barack Obama jest prawie jak Michael Corleone. Pierwszego dnia nowego roku postawił republikanów pod ścianą i w ramach ucieczki znad tzw. klifu fiskalnego zażądał od nich zgody na podwyższenie podatków tylko dla najbogatszych. Prawica miała dwie opcje: albo się na to zgodzić i czekać na polityczny lincz ze strony przeciwników jakichkolwiek nowych podatków, albo wszystko zablokować i wziąć odpowiedzialność za ruinę gospodarczą kraju. Ostatecznie stało się tak, jak chciał Obama.

Drugi raz przed podobnym dylematem republikanie stanęli 22 stycznia, przy okazji dyskusji o limicie zadłużenia państwa. Byli przekonani, że Obama zmięknie i w ostatniej chwili dorzuci kilka miliardów z Rezerwy Federalnej, żeby uratować kraj przed bankructwem. Prezydent jednak zasiadł za biurkiem i rzekł do republikanów mniej więcej tak: „Moja oferta jest następująca: nic”. Republikanie za „nic” zgodzili się zawiesić obowiązywanie limitu zadłużenia na najbliższe trzy miesiące. Zanim więc upłynął styczeń, było już dwa do zera dla Obamy.

To nie efekt geniuszu Obamy, ale raczej słabości Partii Republikańskiej. Pogrążeni w żałobie po drugich przegranych wyborach prezydenckich, bez lidera, bez pomysłu na siebie, republikanie stali się partią niezdolną do kompromisu, bo działającą pod zewnętrzną presją. To dziś partia zombi, coraz częściej sterowana przez organizacje lobbystyczne, które dzięki swoim wpływom krok po kroku wyprowadzają prawdziwą politykę poza Kapitol. Są to w pełni legalne organizacje, które w warunkach obecnego systemu politycznego w USA zaczynają zastępować republikanów jako realna opozycja wobec Obamy.

Amerykanie mówią, że organizacje lobbystyczne są jak katoliccy święci – obstawiają każdą dziedzinę życia, jaką można sobie wyobrazić. Anegdotyczne znaczenie na Kapitolu zyskał – dla przykładu – Narodowy Instytut Mrożonej Pizzy. Lobbyści z tej organizacji sprawili, że kilka lat temu Kongres uznał pizzę za warzywo i dołączył do listy potraw rekomendowanych w stołówkach szkół podstawowych.

21 stycznia, w trakcie przemówienia inaugurującego drugą kadencję, prezydent Obama wypowiedział jednak wojnę dwóm najsilniejszym grupom specjalnych interesów. Przy tych nadchodzących starciach zbledną nawet najbardziej burzliwe potyczki demokratów z republikanami.

Pierwsza z tych organizacji miała niepozorne początki. Pod koniec XIX w. założył ją emerytowany generał Unii. Nie mógł zdzierżyć, że w trakcie amerykańskiej wojny domowej dla wielu jego żołnierzy karabin pełnił rolę wyłącznie przedłużenia bagnetu. Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie (NRA), bo o nim mowa, z początku skupiało się więc na szkoleniu swoich członków w celnym strzelaniu i dbaniu o sprzęt. Dziś jednak ta organizacja bardziej reprezentuje interesy tych posiadaczy broni, którzy przy okazji mają też fabryki zbrojeniowe.

Mniej broni

To, co prezydent zaproponował w ostatnich tygodniach, jest dla NRA zagrożeniem wręcz egzystencjalnym – Obama chce wprowadzić kontrolę wszystkich transakcji kupna broni, co przy okazji oznacza stopniowe tworzenie bazy wszystkich jej nowych właścicieli, a później przekonać Kongres do przywrócenia zakazu sprzedaży broni szturmowej oraz magazynków o dużej pojemności. Związane to jest z tragedią, która wydarzyła się tuż przed świętami w Newtown, w stanie Connecticut, gdzie uzbrojony po zęby mężczyzna wtargnął do szkoły podstawowej i zastrzelił 27 osób, w tym większość dzieci.

Szef NRA Wayne LaPierre, który po tragedii w Newtown zaapelował o to, aby w każdej szkole był uzbrojony strażnik, propozycje Obamy uważa za zamach na podstawowe prawa Amerykanów. Twierdzi, że tworzenie bazy posiadaczy broni może służyć tylko dwóm celom: ich przyszłemu opodatkowaniu lub konfiskacie broni. Pomysł zakazu sprzedaży karabinów szturmowych traktuje jako pierwszy krok do tyranii, bo rządowi będzie znacznie łatwiej odebrać wolność nieuzbrojonym obywatelom. A jego złota sentencja brzmi: „Złego człowieka z bronią może powstrzymać tylko dobry człowiek z bronią”.

Choć z europejskiej perspektywy może to brzmieć oryginalnie, powyższe przekonania podziela 4 mln amerykańskich obywateli. Na tyle oblicza się dziś członkostwo w NRA. Ciekawe, że im bardziej stowarzyszenie jest atakowane, tym szybciej przybywa mu członków. Dla przykładu, w pierwszym miesiącu po tragedii w Newtown, gdy Biały Dom zapowiedział zmiany w prawie, do NRA zapisało się 250 tys. osób. Jak pisze David Brooks z „New York Timesa”, NRA nigdy nie chodziło o załatwienie jakiejś sprawy: „Oni jak tlenu potrzebują rozróby – im większa, tym więcej na tym zbijają kapitału politycznego”. Od innych organizacji tego typu odróżnia ich pasja, często w swym charakterze wręcz religijna.

NRA jest dziś bez wątpienia najsilniejszą organizacją lobbystyczną w USA. Wpływy tego stowarzyszenia nie zależą jednak od pieniędzy. Kluczowa jest zdolność NRA do szybkiej mobilizacji kilku milionów członków. To oni w 2000 r. utopili prezydencką kandydaturę Ala Gore’a. Dramatyczne przeliczanie głosów na Florydzie nie miałoby już znaczenia, gdyby wygrał – co wydawało się wówczas formalnością – w swoim rodzinnym stanie Tennessee. Wystarczyło jednak, że kilkanaście tysięcy członków NRA chwyciło za telefony i powiedziało swoim rozmówcom, że Gore zamierza odebrać im strzelby.

Wpływy NRA w Kongresie doskonale widać na przykładzie nominacji sędziowskich. W 2009 r. prezydent Obama nominował do Sądu Najwyższego Sonię Sotomayor. Przemawiało za nią wszystko: doświadczenie prokuratorskie i sędziowskie, najwyższe uznanie w kręgach akademickich oraz pochodzenie (jest Latynoską) i płeć.

NRA nie miało żadnego powodu, żeby interesować się tą nominacją, bo kandydatka w życiu nie orzekała w sprawie broni. A jednak – o pomoc poprosił lider republikańskiej mniejszości w Senacie Mitch McConnell. Obawiał się, że jeśli jego partyjni koledzy en bloc zagłosują za Sotomayor – na co się pierwotnie zanosiło – ostudzi to „plemienną identyfikację” wśród republikanów. NRA, wykorzystując zmyślone argumenty, opowiedziało się przeciwko tej nominacji. Efekt: spośród 47 republikanów tylko siedmiu nie wystraszyło się strzelców i poparło Sotomayor.

Szef NRA zapowiada dziś, że prędzej zginie ze swoją strzelbą w dłoni, niż odda ją „waszyngtońskim zdrajcom prawdziwej Ameryki”. Oczywiście w całej debacie nie padło słowo o tym, żeby komukolwiek broń odbierać.

Stosunki z Izraelem

„Zdrajcą” nazwał również Baracka Obamę przedstawiciel drugiego lobby, z którym prezydent ostro zadarł podczas inauguracji. Tu konstrukcja zarzutu jest nieco bardziej skomplikowana, tak jak samo lobby, z którym związany jest autor napaści na prezydenta Ed Koch, były wieloletni burmistrz Nowego Jorku. W grudniu oświadczył, że „prezydent Obama jest zdrajcą Izraela”, bo nominował na stanowisko sekretarza obrony Chucka Hagela. Gdyby ktoś miał wątpliwości – Obama nie startował w ubiegło­tygodniowych wyborach do Knesetu.

Lobby to nie ma jednolitej struktury, nie ma nawet klarownej nazwy, choć najbliższe prawdy byłoby określenie „lobby proizraelskie”, bo jego aktywistami są nie tylko osoby pochodzenia żydowskiego, ale też chrześcijanie. Głównym celem tej grupy jest absolutyzacja „specjalnych stosunków” między Ameryką i Izraelem, z tym prostym założeniem, że wszystkie problemy Izraela są jednocześnie problemami Ameryki, ale ta zależność nie działa już w drugą stronę.

Obama podczas pierwszej kadencji próbował rozluźnić te specjalne stosunki. Zgadzał się z wyrażanymi przez swoich generałów (David Petraeus, Stanley McChristal) obawami, że ta relacja zbyt dużo kosztuje Amerykę, jeśli chodzi o jej wizerunek w oczach państw arabskich. Dlatego nominacja Chucka Hagela, znanego z dystansu do Izraela, jak również słowa o nowym otwarciu w polityce bliskowschodniej, które Obama wypowiedział po ponownym zaprzysiężeniu, to osłabienie specjalnych stosunków.

Lobby proizraelskie było w ostatnich dwóch dekadach tak skuteczne, że w Ameryce albo w ogóle nie mówiło się o polityce wobec Izraela, albo mówiło się o Izraelu w samych superlatywach. W przeciwnym razie śmiałkowi groziła etykietka antysemity, czyli publiczna śmierć.

Kołem zamachowym całego lobby jest Amerykańsko-Izraelski Komitet Spraw Publicznych (AIPAC), do którego zasłużenie przylgnęło określenie NRA polityki zagranicznej. Ważną rolę odrywa również Liga Przeciwko Zniesławieniu Abrahama Foxmana, słynnego tropiciela antysemitów. Obie te organizacje wstrzymały jednak ataki na nominację Hagela, gdy stało się jasne, że Obama nie odpuści. W końcu specjalne stosunki opierają się w dużym stopniu na współpracy wojskowej, więc ani AIPAC, ani Liga nie mogą popsuć sobie relacji z przyszłym sekretarzem obrony. Atakuje go Emergency Committee for Israel (Komitet Awaryjny dla Izraela), który na specjalnej – dedykowanej Hagelowi – stronie internetowej opisuje go niemal jako agenta ajatollahów.

Czarną robotę za lobby wykonają wkrótce również republikańscy senatorzy, którzy 31 stycznia rozpoczynają przesłuchania Hagela przed zatwierdzeniem jego nominacji. Jak to ujął jeden z nich: „Dowiemy się, po czyjej stronie stoi kandydat”.

Jak bezpardonowe potrafi być proizraelskie lobby, pokazała ostatnia kampania prezydencka. Sheldon Adelson, znany amerykańsko-izraelski milioner i właściciel kasyn, wpłacił 10 mln dol. na konto kampanii wyborczej republikanina Newta Gingricha, gdy ten podczas debaty nazwał Palestyńczyków narodem wymyślonym. Później już do końca prawyborów republikańscy kandydaci zachowywali się tak, jakby brali udział w wyborach na prezydenta Izraela.

Proizraelskie lobby potrafi być też bardziej dyskretne, co pokazuje historia senatora z Illinois Marka Kirka. W maju 2012 r. zgłosił poprawkę blokującą amerykańskie finansowanie UNRWA, oenzetowskiej agencji zajmującej się pomocą dla palestyńskich uchodźców, jeśli ta pomaga Palestyńczykom, którzy są tylko dziećmi prawdziwych uchodźców, bo sami urodzili się już poza obecnym terytorium Izraela. Kirk chciał, aby to Departament Stanu decydował, kto jest prawdziwym uchodźcą. Jego poprawka przeszła mimo sprzeciwu amerykańskiej dyplomacji.

Dziennik „Haaretz” ujawnił później, że tekst poprawki osobiście napisał dla Kirka członek Knesetu Einat Wilf. Jeden z palestyńskich komentatorów podsumował później całą sprawę następująco: „Izraelczycy pomagają pisać amerykańskie prawo, fundują amerykańskie kampanie wyborcze i współkształtują amerykańską politykę zagraniczną. Co w takim razie pozostało Amerykanom? Oczywiście walczyć na wojnach!”.

W ostatnich tygodniach Barack Corleone Obama stał się tak bezwzględny wobec republikanów, bo wie, że w bitwach, które podjął, są tylko żołnierzami. A z żołnierzami się nie negocjuje. Rozkazy wydają inni. Zwycięstwo Obamy w obu przypadkach byłoby bardzo na rękę amerykańskiej demokracji. Nie ze względu na meritum sporów, ale dlatego że prawdziwa polityka trafiłaby znów na Kapitol, co przywróciłoby jej przejrzystość. W ostatniej dekadzie grupy lobbystyczne zdobyły w USA wpływy zupełnie nieadekwatne do realnego znaczenia grup, które reprezentują. A w takich okolicznościach zasada „jeden człowiek, jeden głos” przestaje obowiązywać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną