Świat

Pod japońskim dywanem

Afera made in Japan

Michael Woodford, były dyrektor generalny Olympusa, w którym odkrył nieprawidłowości, udziela wywiadu mediom. Tokio. Michael Woodford, były dyrektor generalny Olympusa, w którym odkrył nieprawidłowości, udziela wywiadu mediom. Tokio. Toru Hanai/Reuters / Forum
Morał z afery Olympusa, największego skandalu w japońskim biznesie, brzmi: bez względu na to, jak bardzo nagłośni się nadużycia, dostaje się temu, kto je ujawnia, a winnym rzadko spada włos z głowy.
Mimo poważnych kłopotów Olympus przetrwa. Reklama firmy na wieżowcu w Hong-Kongu.WiNG/Wikipedia Mimo poważnych kłopotów Olympus przetrwa. Reklama firmy na wieżowcu w Hong-Kongu.

Na początku lipca sąd w Tokio wydał wyrok w sprawie trzech członków władz firmy Olympus, japońskiego giganta produkującego m.in. aparaty fotograficzne i sprzęt medyczny. Prokuratura zażądała pięciu lat więzienia, mogła żądać dziesięciu, ale potraktowała oskarżonych ulgowo, bo przyznali się do winy. Sędzia był jeszcze łagodniejszy i mężczyźni usłyszeli wyroki w zawieszeniu. Niewiele, jak na miliardowe oszustwa i doprowadzenie wielkiego przedsiębiorstwa na skraj przepaści.

Nierzetelnych menedżerów na salę sądową zaprowadził z kolei były dyrektor generalny firmy 53-letni Michael Woodford. Mianowanie Brytyjczyka na to stanowisko było zupełnym zaskoczeniem. Co prawda od trzech dekad wytrwale piął się w firmie do góry, odpowiadał m.in. za interesy Olympusa w Europie, ale niewiele wcześniej zamierzał podać się do dymisji po tym, jak bez jego udziału zarząd przeprowadził ważną transakcję. Do pozostania namówił go jednak sam nr 1 w przedsiębiorstwie, przewodniczący rady nadzorczej Tsuyoshi Kikukawa. I tak, w październiku 2011 r., pierwszy raz w niemal stuletniej historii Olympusa szefem został obcokrajowiec. Tyle tylko, że tę sensacyjną wiadomość podano nie na zwyczajowej konferencji prasowej, a w lakonicznym komunikacie, w dodatku napisanym po angielsku, a nie po japońsku.

Złośliwcy uznali to za znak, na korytarzach zaczęto szeptać, że Kikukawa będzie sterował Europejczykiem z tylnego fotela. W późniejszych wywiadach Woodford przyznawał, że tak najprawdopodobniej było. Tym bardziej że czuł się obco w nowym środowisku, krępowało go, że pozostająca w wiecznym ukłonie sekretarka wychodzi z jego gabinetu w taki sposób, żeby przypadkiem nie odwrócić się do niego plecami. Dodatkowym utrudnieniem było i to, że Brytyjczyk nie mówił po japońsku.

Trudne urzędowanie

Już w pierwszym tygodniu urzędowania Woodford dostał od mieszkającego w Tokio znajomego obcokrajowca tłumaczenie artykułu z miesięcznika śledczego „Facta”. Jego dziennikarze na pięciu stronach zarzucili Olympusowi, że ukrywa przed akcjonariuszami niepowodzenia i z premedytacją uprawia „tobashi” – kamufluje straty, inwestując w firmy słupy. Zapłacił m.in. prawie miliard dolarów za trzy niedochodowe firmy: niewielkie przedsiębiorstwo trudniące się utylizacją śmieci oraz producentów kremu do twarzy i plastikowych talerzy do mikrofalówek.

Zaniepokojony Woodford ze zdumieniem stwierdził, że nikt z jego podwładnych nie ma o artykule nic do powiedzenia. W końcu dwóch zaufanych współpracowników wyznało mu w tajemnicy, że Tsuyoshi Kikukawa zabronił japońskiemu personelowi rozmawiać o publikacji z nowym dyrektorem generalnym. Woodford zwrócił się też o wyjaśnienia do swego poprzednika, ten zbagatelizował doniesienia, uznając je za dziennikarskie sensacje. A główny inspektor nadzoru zapewniał, że o nieprawidłowościach szeptano od wielu miesięcy, ale plotek tych nie potwierdził „zewnętrzny zespół śledczy”. Dyrektor szybko odkrył, że chodziło o duet złożony z prawnika i księgowego bez większego doświadczenia.

Stanął przed niełatwym wyborem. Dalsze próby wyjaśnienia sprawy wyrzuciłyby go poza olimp biznesowego świata, wąskie grono latające na spotkania prywatnymi odrzutowcami. Trudno, by podobne przywileje nie robiły wrażenia na kimś, kto w dzieciństwie był tak biedny, że ciepłe posiłki jadał tylko dzięki państwowej zapomodze. Na dodatek, gdy Woodford miał 7 lat, rodzinę porzuciła matka. Chłopiec musiał się przeprowadzić do dziadków mieszkających w jednej z najgorszych dzielnic robotniczego Liverpoolu. Miejscowi chuligani wyżywali się na nim, bo chodził do żydowskiej szkoły. Sytuację pogarszał jeszcze jego wygląd odziedziczony po tamilskich przodkach. Jeżeli akurat nie dostawało mu się od antysemitów, to prześladowali go rasiści nienawidzący Azjatów. Dziś Woodford przyznaje, że trudne dzieciństwo go zahartowało.

Kanapka zamiast sushi

Zlecił audyt zewnętrznej firmie, przy czym nie poinformował o swojej decyzji rady nadzorczej. Rozumiał, że staje się coraz bardziej niewygodny, szczególnie po tym, jak w firmowej toalecie krzyczał na wiceprzewodniczącego rady, domagając się wyjaśnień. Kiedy wreszcie zwołał specjalne zebranie, czekało go upokorzenie. Wszyscy zaproszeni zostali poczęstowani wyśmienitym sushi, ale sam dyrektor – smakosz tej lokalnej potrawy – musiał zadowolić się niedbale przyrządzoną, przyciętą w charakterystyczny trójkąt brytyjską kanapką. Sygnał był jasny: Woodford ma znać swoje miejsce. Nie przestawał jednak stawiać niewygodnych pytań, więc zwołano kolejne zebranie. Nim zdążył zabrać głos, rada nadzorcza jednogłośnie przegłosowała jego odwołanie. Dyrektorem był raptem dwa tygodnie.

Wyniki audytu przekazał dziennikarzom z Zachodu i dopiero, gdy oni zaczęli nagłaśniać sprawę, podejrzeniami zajęły się także wiodące japońskie media, wcześniej ignorujące rewelacje magazynu „Facta”. Szybko przestało być tajemnicą – zwłaszcza dla akcjonariuszy – że władze Olympusa wydały na firmy słupy ponad 2 mld dol., tuszując w ten sposób straty poniesione jeszcze w latach 90. na nietrafionych inwestycjach. Za same „usługi doradcze” firma przelała na Kajmany niebotyczne 687 mln. Gigant wpadł w poważne tarapaty, akcje notowane na tokijskiej giełdzie straciły aż 80 proc. wartości.

Wnioski z afery próbował wyciągnąć japoński rząd, który latem zeszłego roku zamierzał wprowadzić większą przejrzystość w rodzimym biznesie: duże przedsiębiorstwa musiałyby włączyć do swojego zarządu przynajmniej jednego dyrektora pochodzącego spoza firmy. Miałoby to zapobiec zbytniemu zamknięciu się i naturalnej skłonności do tuszowania nieprawidłowości. Inspiracją była amerykańska ustawa Sarbanes-Oxley, która zaostrzyła warunki kontroli w przedsiębiorstwach (Kongres uchwalił ją po głośnej aferze Enronu, gdzie zewnętrzni audytorzy kryli machlojki księgowych). W Japonii reforma pozostaje na papierze, bo nie życzy jej sobie Nippon Keidanren, Japońska Federacja Biznesu, skupiająca ponad 1,3 tys. największych krajowych firm. Ze skandalu wyciągnęły wniosek, że przed utratą twarzy może uchronić je tylko jeszcze większa izolacja.

Japońskie zamiatanie pod dywan

W japońskich korporacjach wciąż popularnością cieszy się powiedzenie: „jeśli coś brzydko pachnie, najlepiej to przykryć”. Niżsi rangą pracownicy nie dzielą się wątpliwościami ze zwierzchnikami w obawie, że zostanie to odebrane jako brak szacunku. Z kolei od dyrektorów wymaga się, by nie krytykowali swoich poprzedników. Naczelną zasadą jest, by problemy zamiatać pod dywan i nie przyznawać się do nich publicznie. Do dyskrecji zmuszone są także lokalne media, zależne od reklam miejscowych przedsiębiorstw. Miesięcznik „Facta” mógł swobodnie donosić o oszustwach w Olympusie, bo utrzymuje się tylko dzięki 20 tys. prenumeratorom oraz dobrowolnym dotacjom. Trzy lata temu japońska prasa zajęła się wadami fabrycznymi w samochodach Toyoty też dopiero po tym, jak skandal nagłośnili koledzy z Zachodu. Najbardziej groteskową zmowę milczenia zawiązano w latach 80., kiedy ponad 2 tys. Japończyków chorych na hemofilię zaraziło się wirusem HIV, biorąc skażone leki dożylne. W tuszowaniu afery brali udział nawet politycy z kręgów władzy, dbający, by miejscowe firmy farmaceutyczne nie straciły pozycji na rynku.

Właśnie z powodu takiego chorobliwego braku przejrzystości japońskie przedsiębiorstwa są wycenianie na tokijskiej giełdzie poniżej swojej wartości księgowej, znacznie niżej niż w innych krajach rozwiniętych. Azjatyccy rywale z Korei Południowej, Chin czy Indii już dawno stali się bardziej konkurencyjni niż Japończycy, którzy cierpią na „syndrom Galapagos”: swoimi decyzjami izolują się coraz bardziej od świata i w rezultacie stają się równie endemiczną grupą, jak flora i fauna na słynnym archipelagu.

Wielu Japończyków uznało łagodne wyroki za kpinę, zwłaszcza że wcześniej za oszustwo skazano Takafumiego Horiego, przedsiębiorcę i złote dziecko japońskiego Internetu, który jednak nie miał wystarczająco wpływowych znajomych. Tymczasem sędzia usprawiedliwiał Kikukawę, twierdząc, że po prostu „wpisał się w zły trend”.

Olympus przetrwa

Trudno się spodziewać, by sprawa Edwarda Snowdena znalazła inny finał niż Brytyjczyka i by amerykańscy funkcjonariusze odpowiedzialni za inwigilację Internetu kiedykolwiek odpowiadali za to przed sądem. Pytany o przypadek Snowdena Woodford reaguje z brytyjską powściągliwością: rozprawianie się z nieprawidłowościami na łamach prasy – jak to zrobił Snowden – powinno być ostatecznością, wcześniej muszą zawieść wszystkie wewnętrzne procedury w organizacji. Zresztą były szef Olympusa radzi sobie lepiej niż Snowden. Zarabia wykładami o etyce w biznesie, wygłaszanymi na całym świecie. W zeszłym roku były pracodawca wypłacił mu 10 mln funtów, by uniknąć rozprawy o nieuzasadnione zwolnienie. I dopiero co podpisał umowę na ekranizację swej autobiografii. Film wyprodukują synowie Johna le Carré, słynnego szpiega-pisarza, główną rolę zagra Colin Firth, gwiazda brytyjskiego kina.

Nieźle radzi sobie także Olympus. Nie został usunięty z tokijskiej giełdy, a na przecenie akcji skorzystało Sony, które stało się teraz jego największym udziałowcem. Oszustwa Kikukawy i jego kolegów wymusiły co prawda przygotowanie planów zwolnienia kilku tysięcy robotników i zamknięcia kilkunastu fabryk. Ale kilka dni po łagodnej decyzji sądu nowe władze spółki ogłosiły, że zamierzają wkrótce pozyskać ponad miliard dolarów ze sprzedaży swoich akcji. Ich kurs jest dziś wyższy niż przed wybuchem skandalu.

Polityka 36.2013 (2923) z dnia 03.09.2013; Ludzie i style; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Pod japońskim dywanem"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną