Świat

Broń antropologiczna

Antropolodzy z CIA

Żołnierze z jednostki rozpoznania kulturowo-obyczajowego podczas spotkania w afgańskiej wiosce. Żołnierze z jednostki rozpoznania kulturowo-obyczajowego podczas spotkania w afgańskiej wiosce. Crystal Davis / U.S. Department of Defense
Amerykanie chcieli zmniejszyć straty wojenne, założyli więc jednostkę rozpoznania kulturowo-obyczajowego. Jest częścią CIA.
Brak znajomości obyczajów, języków i kultury krajów, w których Stany Zjednoczone działają zbrojnie, doprowadził do licznych nieporozumień.Danish Siddiqui/Reuters/Forum Brak znajomości obyczajów, języków i kultury krajów, w których Stany Zjednoczone działają zbrojnie, doprowadził do licznych nieporozumień.

Tracy St. Benoit prowadzi badania antropologiczne w Afganistanie. Jej pracodawcą nie jest jednak żadna wyższa uczelnia, think tank czy instytut naukowy, ale armia amerykańska. W 2007 r. zainteresowało ją, dlaczego w prowincji Paktia dochodzi do tak wielu zamachów samobójczych przeciwko wojskom koalicji międzynarodowej, dokonywanych przez tzw. czarne wdowy, czyli kobiety, które straciły mężów i są gotowe stać się męczennicami za wiarę. Benoit zaobserwowała, że w Paktii rzeczywiście jest wyjątkowo dużo bezrobotnych wdów, które nie mają zawodu, pracy ani żadnego wsparcia. Sporo z nich pod wpływem fanatycznych werbowników daje się namówić na udział w zamachu samobójczym przeciwko wojskom zachodnim, ponieważ ich sytuacja jest beznadziejna. W dodatku wielu synów afgańskich wdów wstępuje do partyzantki talibskiej, bo to często jedyny sposób, by mogli zarobić na utrzymanie matek.

Benoit zaproponowała, żeby przeprowadzić dla samotnych wdów w Paktii treningi informujące je o misji wojsk koalicji w Afganistanie, ale przede wszystkim kursy zawodowe. A potem stworzyć dla nich miejsca pracy według zdobytych specjalności. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. W ciągu kilku miesięcy liczba zamachów samobójczych w Paktii spadła kilkakrotnie, a kobiety, zamiast współpracy z talibami, oddały się tkactwu, ogrodnictwu i innym zajęciom.

Benoit była w jednym z pięciu pierwszych polowych zespołów antropologów kultury, rozmieszczonych w Iraku i w Afganistanie w 2007 r. w ramach nowo utworzonej jednostki wojskowej Human Terrain System. To pierwsza jednostka w strukturze amerykańskiej agencji wywiadu wojskowego CIA złożona z antropologów kultury. Jej głównym celem jest zmniejszenie strat ponoszonych przez armię amerykańską z powodu tzw. analfabetyzmu kulturowego w tak egzotycznych miejscach, jak Irak czy Afganistan, gdzie Amerykanie prowadzą wojny. – Decyzja o utworzeniu tej jednostki zapadła w 2005 r. – mówi waszyngtoński dziennikarz Joshua Fist, relacjonujący wojnę w Afganistanie. – Dziwię się, że dopiero tak późno, bo przecież wojna w Afganistanie zaczęła się w 2001 r., a w Iraku dwa lata później, i można było przewidzieć, że przyda się wsparcie antropologów kultury.

Brak znajomości obyczajów, języków i kultury krajów, w których Stany Zjednoczone działają zbrojnie, doprowadził do licznych nieporozumień. – W pierwszej fazie wojny żołnierze nie wiedzieli, kiedy wolno, a kiedy nie wolno wchodzić do islamskiego domu – opowiada Fist – jak się zwracać do kobiet, jak rozmawiać ze starszyzną, jakie są miejscowe święta i jak się w ich trakcie zachowywać, by nie urazić mieszkańców.

Dyscyplina wojenna

Human Terrain System przygotowywano do działania dwa lata. Sukces pierwszych pięciu zespołów, rozmieszczonych w rejonie działań wojennych, był jednak tak wielki, że w ciągu roku ich liczbę zwiększono do 31, a budżet jednostki kilkakrotnie zwiększono – do 150 mln dol. rocznie. – Oprócz naukowców rekrutowanych na uniwersytetach, w zespole HTS jest sporo emerytowanych wojskowych, dawnych pracowników wywiadu, tłumaczy, którzy chcą przedłużyć sobie karierę – opowiada Fist.

I choć może się wydawać, że działalność jednostki przynosi wyłącznie korzyści, to po utworzeniu HTS w środowisku naukowym zawrzało. Zarząd Amerykańskiego Towarzystwa Antropologicznego (AAA) wydał oświadczenie, w którym protestuje przeciwko praktykom „niedopuszczalnego stosowania wiedzy antropologicznej”. W środowisku amerykańskich antropologów rozpoczęła się żywa debata o granicach etycznego zaangażowania nauk społecznych w politykę i działania wojenne, która trwa do dziś.

Zwolennicy HTS argumentują, że projekt przyczynia się do zmniejszenia strat zarówno po stronie amerykańskiej, jak i narodów, z którymi prowadzone są wojny, zwłaszcza strat wśród ludności cywilnej, kobiet i dzieci. A antropologia kultury powstała wręcz jako „dyscyplina wojenna”, która na początku swego istnienia była orężem kolonializmu.

Krytycy HTS przekonują, że program jest powierzchowny, sztampowy, drogi, z trudem podlega modyfikacjom. Inny zarzut polega na tym, że dotyczy głównie zachowań zewnętrznych. John Stanton, autor jedynej jak dotąd książki o HTS, kpi, że jednostki antropologów w Iraku głównie udzielały porad „nie tylko jak kulturalnie jeść, ale jakich gestów używać w czasie posiłku, i jak należy oglądać święto końca ramadanu”.

Ważniejsze kontrowersje dotyczą jednak tego, czy antropolodzy ze środowisk akademickich w ogóle powinni brać udział w badaniach na zlecenie armii. „Ten projekt gwałci podstawowe standardy badań antropologicznych, polegające na ochronie interesów i dobra badanych populacji” – pisze prof. David Price.

Z tego, co widziałem na własne oczy, HTS robi dobrą robotę, ale też nie dziwią mnie kontrowersje – komentuje Fist. – Choć niektóre obiekcje wynikają pewnie z tego, że spora część środowiska naukowego w USA ma sympatie lewicowe, jeśli wręcz nie neomarksistowskie.

Analiza duszy Rosjanina

Choć HTS jest pierwszą w historii jednostką wojskową złożoną z antropologów kultury, nie jest pierwszym przypadkiem flirtu specjalistów w tej dziedzinie z armią. W czasie drugiej wojny światowej antropolodzy z nowojorskiego Uniwersytetu Columbia pod wodzą wybitnej prof. Ruth Benedict analizowali „duszę Japończyków”, by pomóc wypracować najbardziej skuteczną strategię wojskową armii USA wobec ich kraju.

Benedict opisała swoje badania w klasycznej już książce „Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej”. Ze wstępu wynika jasno, że nie miała żadnych wahań etycznych, jak dzisiejsi antropolodzy kultury. Stany Zjednoczone zostały zaatakowane w grudniu 1941 r. w Pearl Harbor przez Japonię – przeciwnika o całkowicie różnej mentalności i kulturze od amerykańskiej. Należało dołożyć wszelkich starań, by poznać wroga i dopasować najlepszą strategię do jego mentalności, kultury, wzorców etycznych. Benedict i jej zespół przebadali ponad tysiąc Japończyków internowanych w USA po wybuchu wojny. Z ankiet wynikło, że to naród karny, posłuszny autorytetom, a najlepszym sposobem uniknięcia krwawej jatki po zajęciu Japonii przez wojska amerykańskie będzie odwołanie się do autorytetu cesarza, który przekona rodaków, że dalszy opór wobec Amerykanów nie ma sensu.

Z grubsza taką właśnie strategię Amerykanie zastosowali wobec Japonii (choć wcześniej przetrącili jej kark zrzuceniem dwóch bomb atomowych). Przyniosła sukces. To przekonało Departament Obrony, że warto inwestować we współpracę z antropologami kultury.

Po wybuchu zimnej wojny dostali oni kolejne zlecenie na opracowanie zbiorowego portretu i strategii wobec Rosjan – najliczniejszej narodowości Związku Radzieckiego, który stał się wówczas głównym rywalem USA. Badania rozpoczęte pod koniec lat 40. nie poszły tak dobrze jak w przypadku Japończyków. Być może stało się tak z powodu śmierci Ruth Benedict, a być może z powodu szczególnej postawy ankietowanych Rosjan mieszkających w USA, którzy często przeczyli sobie, obrażali się na antropologów, oskarżali ich o antyrosyjskość, przedłużali badania, bo za każdy dzień udziału w programie dostawali honorarium.

W rezultacie, oprócz dość banalnych stwierdzeń, że Rosjanie chętnie poddają się władzy, dobrze czują się w państwie rządzonym mocną ręką, nie udało się uzyskać wielu konkluzji. Ciekawa jest natomiast przyczyna, w której amerykańscy uczeni upatrują źródła tej bierności i uległości. Analizując ikonografię, filmy, literaturę oraz opowieści konkretnych osób, a także relacje ludzi podróżujących po Rosji, zespół pod kierownictwem Geoffreya Gorera odkrył, że rosyjskie niemowlęta owijane są w pieluszki jak w kokony, praktycznie bez możliwości ruchu. To tradycja sięgająca korzeniami Bizancjum, ale także podyktowana względami praktycznymi. Dziecko owinięte jak w kokonie mniej płacze, łatwiej można je zabrać ze sobą np. w pole, jest dobrze zabezpieczone przed urazami. Problem w tym, że nie może odbierać ani wysyłać bodźców w takim samym stopniu jak jego rówieśnicy, wychowujący się w sposób swobodny. A po odwinięciu z pieluszek, co następuje około dziewiątego miesiąca życia, nie ma w ogóle wyczucia swojego ciała i porusza się jak niedźwiedź.

Zespół Gorera, w którym była także inna sława amerykańskiej nauki Margaret Mead, szerzej znana jako prekursorka rewolucji seksualnej, stwierdził, że to właśnie sposób spowijania ma kluczowy wpływ na rosyjskie wzory kultury, w tym specyficzne stosunki jednostki z władzą. Wnioski może nie na wiele się zdały z punktu widzenia wojskowych, ale wydana w 1949 r. książka „The People of Great Russia” (Ludzie Wielkiej Rosji), opisująca szczegółowo projekt badający duszę rosyjską, jest fascynująca.

Know-how z Wietnamu

W latach 60., na zlecenie CIA, próbowano wciągnąć antropologów kultury i socjologów w badanie społeczeństw Ameryki Łacińskiej. Amerykanom zależało, by ustalić próg odporności społecznej na represje i brutalność sił porządkowych w krajach rządzonych przez zaprzyjaźnionych z Waszyngtonem dyktatorów. Projekt był cyniczny i utylitarny. Sprawa wyszła dzięki socjologom z Chile, którzy poczuli się urażeni instrumentalnym traktowaniem i odmówili udziału w pracach. W dodatku wypłynął list z tzw. Biura Projektów Specjalnych, że badanie realizowane jest z inicjatywy i za pieniądze CIA. Skandal był tak duży, że projektem Camelot zajęła się specjalna komisja Kongresu, a dalsze prace wstrzymano. Cała prasa była oburzona, że armia próbuje tak brutalnie wykorzystać dla swoich celów naukę.

Epizodycznie antropologów kultury próbowano też wykorzystywać w Wietnamie, ale ich prace nie przyniosły wiele korzyści. Uczeni ze specjalnie utworzonej komórki wsparcia CORDS stwierdzili, że wojna w Wietnamie nie zostanie wygrana przez USA na polu bitwy, ale jej wynik będzie zależeć od zdobycia lojalności miejscowej ludności, co się ostatecznie nie udało.

Diagnoza okazała się trafna, ale – jak piszą historycy badający działalność CORDS – „program został powołany zbyt późno, a zakończony zbyt wcześnie”. To jednak CORDS należy uznać za prekursora HTS. – Wciąż niewiele wiemy o działalności antropologów w mundurach, bo są oni przecież częścią wywiadu, choć jawną – podkreśla Joshua Fist. Z oficjalnych dokumentów Departamentu Obrony USA można wyczytać, że doświadczenia programu są tak owocne, iż zakres badań i rozmieszczenie jednostek Human Terrain System mają być rozszerzone na Afrykę, Amerykę Łacińską, a nawet Meksyk – pod kątem zapobiegania przemytowi narkotyków. W nielicznych publikacjach poświęconych programowi widać zdjęcia ze szkoleń i treningów, które nie mają charakteru wojskowego, ale raczej przypominają wykłady na uniwersytecie. Uczestnicy są ubrani po cywilnemu i siedzą w ławkach jak na sali wykładowej, choć w terenie poruszają się w mundurach.

W 2008 r. amerykański sekretarz obrony Robert M. Gates ogłosił nowy program naukowy „Inicjatywa Minerwa”. Ma on na celu przyciągnięcie specjalistów z zakresu nauk społecznych, którym mają być finansowane badania w pięciu dziedzinach: Chiny, terroryzm, Irak, islam oraz piąta, która ma charakter otwarty. To znów podzieliło środowisko naukowe, choć wywołało już mniej kontrowersji niż HTS, bo ma charakter znacznie bardziej naukowy niż militarny.

Spór wokół HTS pokazuje, jak przez dziesięciolecia zmieniły się standardy etyczne w ramach antropologii kultury. Przeanalizowano i oceniono krytycznie początki tej dziedziny nauki w czasach kolonialnych, gdy wykorzystywano ją na rzecz bardziej światłej czy też efektywnej eksploatacji innych ludów. Zmieniła się także rola antropologa. Dziś dominuje przekonanie, że skoro pozyskuje zaufanie badanych, niejako wkrada się w ich łaski, to powinien pozostać lojalny i pod żadnym pozorem nie wykorzystywać zdobytej wiedzy do praktyk, które mogłyby im zaszkodzić czy pogorszyć ich sytuację. A w przypadku wojen w Iraku czy Afganistanie ocena tych praktyk nie jest jednoznaczna.

Polityka 37.2013 (2924) z dnia 10.09.2013; Ludzie i style; s. 87
Oryginalny tytuł tekstu: "Broń antropologiczna"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Mama transpłciowego dziecka: Mój syn czuje, że w Polsce jest nikim

Nie czarujmy się, że Polki i Polacy na pstryknięcie palcami zrozumieją, co to znaczy transpłciowość. Ale Pawłowicz i Kaczyński paradoksalnie przyczyniają się do edukacji społeczeństwa – mówi Ewelina Słowińska, mama Saszy, aktywistka fundacji Trans-Fuzja.

Mateusz Witczak
12.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną