Jest dyrektorem zarządzającym w Facebooku, pierwszą kobietą zasiadającą w jego zarządzie, prawą ręką Marka Zuckerberga. W 2011 r. zarobiła ponad 30 mln dol., posiada ponad miliard w akcjach firmy. „Forbes” w rankingu najbardziej wpływowych kobiet świata klasyfikuje ją na szóstym miejscu.
„To małpi gaj, drabinki na placu zabaw – pisze o swojej karierze Sheryl Sandberg. – Na szczyt można się dostać na wiele sposobów, czasem kompletnie zmieniając trasę”. Bez podejmowania ryzykownych decyzji byłaby zupełnie gdzie indziej. Ukończyła dwa kierunki na Harvardzie, gdzie jej talent menedżerski zauważył prof. Larry Summers, ceniony ekonomista. Po studiach pracowała w firmie doradczej McKinsey, jednak Summers, który wówczas pracował w administracji Clintona, szybko namówił ją na dołączenie do jego zespołu w Departamencie Skarbu. Stamtąd wykonała ryzykowny ruch i zaczęła się rozglądać za pracą w Dolinie Krzemowej. Znalazła miejsce dla siebie w Google, niewielkiej jeszcze firmie, w której misję uwierzyła i dla której gotowa była ograniczyć swoje wymagania. Po kilku latach sukces korporacji przełożył się na jej osobisty, stanęła na czele działu sprzedaży i reklamy internetowej. Sprawowała też kierownicze stanowiska w Disneyu i Starbucksie. Ostatnio jej nazwisko pojawiło się w kontekście spekulacji dotyczących następcy Steve’a Ballmera na stanowisku prezesa Microsoftu. Angielski serwis bukmacherski Ladbrokes wycenił szanse Sandberg na 7:1.
Coś jej jednak zawsze nie pasowało i nie pasuje nadal – nawet dziś, w będącym wielkim wyzwaniem Facebooku. Zauważyła, że choć po studiach praktycznie wszystkie absolwentki poszły do pracy, z biegiem lat coraz mniej kobiet wspinało się u jej boku, coraz to kolejne znikały, zostawały w tyle.