Rozmowa z prezydentem Izraela Szymonem Peresem

Mrużymy oczy
O trudnych negocjacjach z Palestyńczykami, Iranie, Syrii i bezsensie jeżdżenia na wakacje - mówi Szymon Peres.
Szymon Peres, urodzony w 1923 r. w Wiszniewie (wówczas na obszarze II Rzeczpospolitej) był dwukrotnie premierem Izraela i ministrem w 12 rządach.
Baz Ratner/Reuters/Forum

Szymon Peres, urodzony w 1923 r. w Wiszniewie (wówczas na obszarze II Rzeczpospolitej) był dwukrotnie premierem Izraela i ministrem w 12 rządach.

POLITYKA: – 20 lat temu doprowadził pan do podpisania porozumień pokojowych w Oslo. Dziś Izrael znów negocjuje z władzami palestyńskimi. Kiedy było bliżej pokoju?
Szymon Peres: – Wtedy zaczynaliśmy od zera. Teraz jednak mamy istotne doświadczenia. Mamy Autonomię Palestyńską i mówimy o pokoju, zgadzamy się co do celu tych rozmów. Bez Oslo nie mielibyśmy jednak obecnych negocjacji.

Na stole leży wiele tematów. Co będzie największym problemem?
Zdecydowanie kwestia Jerozolimy i odpowiednie zorganizowanie bezpieczeństwa wzdłuż izraelskich granic. Do tej pory wszystkie rozwiązania tych problemów okazały się martwe. Negocjacje to bardzo skomplikowana sprawa, bo toczą się nie tylko z oponentami, ale także z własnym społeczeństwem, które mówi – tak, jesteśmy za pokojem, tak, rozumiemy, że trzeba za niego zapłacić, ale jednocześnie pyta: dlaczego mamy płacić tak dużo, dlaczego tak bardzo ufamy drugiej stronie? I mówi wreszcie: wy nie umiecie negocjować. Dlatego ludzie są sceptyczni. Mówiąc trochę mniej serio, w życiu są dwie rzeczy, których nie da się osiągnąć, jeśli lekko nie przymrużymy oczu: to miłość i pokój. Kiedy otworzysz oczy i chcesz zobaczyć, co osiągnąłeś, zostajesz z niczym.

W dniu, w którym Izrael wypuścił palestyńskich więźniów, jednocześnie ogłosił plan budowy kolejnych 1500 mieszkań dla izraelskich osadników we wschodniej Jerozolimie. To nie poprawia klimatu.
Nowe osiedla są trudną kwestią dla Palestyńczyków, ale wypuszczenie więźniów jest trudną kwestią dla premiera Beniamina Netanjahu. Więc od czasu do czasu trzeba to zbalansować.

Kilka miesięcy temu słyszałam w Izraelu, że czuć atmosferę trzeciej intifady. Dziś wprost do ludowego powstania na Zachodnim Brzegu wzywa lider Hamasu Ismail Hanija. Czy to możliwe?
Nie sądzę. Terror to bumerang; większe szkody przynosi temu, kto go używa, niż temu, kto jest jego celem. Co więcej, terror dzieli, a nie jednoczy. Dziś przecież nie ma żadnego państwa arabskiego, które nie byłoby podzielone przez terroryzm: Liban, Syria, Irak, Jemen, Libia... Hanija sam wie, że gdy sięgnie po terroryzm, w odpowiedzi Izrael zacznie strzelać i tak zostanie stamtąd przepędzony. Trzeba odróżnić przemówienia od rzeczywistości. Hanija, niezależnie od tego, co mówi, na pewno obawia się, że gdy jakaś inna grupa terrorystyczna z Gazy zacznie strzelać, to on dostanie od nas odpowiedź. A życie w Gazie jest przecież wystarczająco trudne.

To jednak nie powstrzymuje go przed nawoływaniem do walki na Zachodnim Brzegu.
To prawda, ale tam go nie słuchają, chcą negocjować. Wycofaliśmy się z Gazy, zabraliśmy osadników, a oni zamiast ją rozwijać, zamieniają w twierdzę. Pytamy, po co? Teraz wśród Palestyńczyków mamy więc dwie postawy – jednej patronuje prezydent Autonomii Mahmud Abbas, który chce pokoju, drugiej – Hanija, który mówi, że chce wojny, ale codziennie dziękuje Allahowi, że to jego pragnienie się nie spełnia.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną