Świat

Więcej tajemnicy

Jak nadmiar jawności szkodzi demokracji?

Iwan Krastew – zdaniem „Foreign Policy” jeden ze stu najbardziej wpływowych współczesnych intelektualistów. Iwan Krastew – zdaniem „Foreign Policy” jeden ze stu najbardziej wpływowych współczesnych intelektualistów. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Iwan Krastew, filozof polityki, o tym, jak nadmiar jawności niszczy zaufanie i szkodzi demokracji.
Iwan Krastew jest dyrektorem Centrum Strategii Liberalnych w Sofii, współzałożycielem Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych.Marcin Kaliński/PAP Iwan Krastew jest dyrektorem Centrum Strategii Liberalnych w Sofii, współzałożycielem Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych.

Jacek Żakowski: – Dlaczego woli pan nie wiedzieć?
Iwan Krastew: – Bo jako obywatel wolę ufać, niż udawać, że wiem.

Prywatnie też woli pan wiedzieć mniej?
Nie lubię psychoanalitycznego modelu rodziny, w której ludzie wciąż sobie mówią, co czują, co myślą, co sobie wyobrażają. To jest destrukcyjne.

Bo?
Bo choć byśmy się nie wiem jak starali, możemy przekazać tylko niewielką część myśli i uczuć. A każdy szczegół rozbudza wyobraźnię. Nikt nie wie, co się w niej wykluje. To zawsze prowadzi do nieporozumień.

Lepiej wybrać samotność we dwoje?
Zostawić miejsce dla przyjaźni. Przyjaciel to osoba, której powierzamy nasze tajemnice. Nie należy mieszać przyjaźni z innymi relacjami – z miłością, rodziną, biznesem. Kult transparentności dewastuje przyjaźń. Gdy każdy ma wiedzieć wszystko o wszystkich i wszystkim, na przyjaźń nie ma miejsca. O tym jest słynna książka „Krąg” Dave’a Eggersa opisująca świat, w którym przez narzędzie w rodzaju Facebooka kolejnej generacji wszyscy się dowiadują, co każdy myśli, czuje, przeżywa. Niewiele zostaje z człowieczeństwa, kiedy nam się odbierze tajemnice.

To tajemnica nas w innych fascynuje. Wciąż pytamy, jaka jest tajemnica pani/pana urody, sukcesu, długowieczności. Chłopcy zaglądają dziewczynkom pod spódniczki, paparazzi polują na biusty gwiazd, turyści jadą na koniec świata. Ciekawość i niepewność dają naszemu życiu energię.
Społecznemu też.

O tym jest pana książka i dlatego pytam.
To jest książka o konsekwencjach kultu transparentności i znaczeniu tajemnicy jako wartości sfery publicznej – społeczeństwa, państwa, polityki. W społeczeństwie odtwarzają się prawidłowości ze sfery prywatnej. Ludzie chcą jak najwięcej wiedzieć, bo wydaje im się, że dzięki temu coś lepiej zrozumieją, przed czymś się uchronią, będą skuteczniej działali, staną się bezpieczniejsi. A to jest iluzja. Z faktu, że ktoś z jednym partnerem lubi jakiś rodzaj seksu, niewiele wynika dla relacji z innym partnerem. A na pytanie „dlaczego?” – nie da się znaleźć pełnej odpowiedzi. Im więcej wiemy, tym więcej jest w nas obaw, a przed nami znaków zapytania. Transparentność to groźna iluzja.

To jedna z podstawowych idei toczącej się neoliberalnej reformy demokratycznego ładu. A pan opisuje ją jako pułapkę, w którą coraz głębiej wpadamy. Nie krytykuje pan ekscesów transparentności. Pan kwestionuje samą ideę.
Bo pod hasłem transparentności prawo obywatela do informacji, których mu potrzeba, zamienia się w prawo obywatela do wszystkich informacji.

Transparentność to eksces prawa do informacji?
Nie jestem tu oryginalny. Od stu lat w antyutopiach transparentność przedstawiana jest jako zagrożenie. W słynnej antyutopii Jewgienija Zamiatina „My” domy są ze szkła i każdy zawsze może widzieć każdego. Katastrofa!

Bo nie ma zasłon.
Ja uważam, że zasłony są dobre. Człowiek musi mieć prawo decydowania, kiedy odsłania zasłony albo zdejmuje ubranie i pokazuje się innym.

W sferze publicznej jest trochę inaczej. Politycy nie mogą być kotami kupowanymi przez wyborców w workach.
To właśnie jest pułapka. Inwazja idei transparentności wynika z tego, że wciąż możemy wybierać polityków, ale faktycznie nie możemy już wybierać polityki. Coraz skuteczniej domagamy się wiedzy o tym, jacy byli w dzieciństwie, czy próbowali trawki, z kim chodzili do łóżka, ile mają w banku, bo coraz mniej wiemy o tym, co będą robili, jeśli zdobędą urząd. Nawet ich o to nie dopytujemy, bo od nich to w coraz mniejszym stopniu zależy.

Transparentność zamiast demokratycznego wyboru? Jak w feudalizmie, kiedy każdy mógł wybrać sobie drogę do nieba pod warunkiem, że nie naruszał ziemskiego porządku?
Tak. Każdy może wiedzieć, co chce, byle nie naruszał porządku. Dziś równie trudno jest być przeciw hasłu „mam prawo wiedzieć”, jak w średniowieczu być przeciw wierze, że „Pan Bóg nas kocha”.

Nikt nie zaprzeczy, że mamy prawo wiedzieć.
Przede wszystkim mamy prawo nie wiedzieć. Możemy nie chcieć wiedzieć, jak władza publiczna działa. Jako obywatele możemy być ciekawi tylko, jakie są skutki jej działań. Czy obiad jest smaczniejszy i zdrowszy, kiedy w drogiej restauracji kelner szczegółowo panu opowiada, z czego i jak przyrządzono danie?

 

Zwykle im dłużej opowiada, tym mniej jest na talerzu, a więcej na rachunku.
Jak w polityce. Im więcej transparentności, tym mniej odpowiedzialności. Bo odpowiedzialność dotyczy głównie naszych tajemnic, tego, co niedostępne dla innych. Prywatnie – jak sobie radzimy z ukrytymi pragnieniami. Publicznie – tego, co robimy, wiedząc i decydując za innych. Transparentność tworzy pozory powszechnego udziału we władzy i tymi pozorami ogranicza odpowiedzialność polityków faktycznie podejmujących decyzje. W tym sensie to nie jest radykalizacja idei demokratycznej. To alternatywa dla realnej demokracji. Wystarczy popatrzeć, jak entuzjastyczni są wobec transparentności Chińczycy, którzy ani myślą wprowadzać demokrację.

Jak pan do tego doszedł?
W latach 90. napisałem książkę o korupcji. A właściwie nie tyle o korupcji, co o instytucjonalnej obsesji korupcyjnej. Zadałem sobie pytanie: dlaczego wielkie korporacje, które w latach 60. na wielką skalę stosowały korupcję, w latach 90. zaczęły ją obsesyjnie zwalczać? Wytłumaczenie jest proste. Na zamkniętych, chronionych barierami, rynkach lat 60. korupcja była ceną wejścia. Łapówki otwierały korporacjom drogę do rynków Trzeciego Świata. A na otwartym, zglobalizowanym rynku lat 90. korupcja stała się formą ochrony tych, którzy wiedzą, kogo i jak korumpować, przed konkurencją obcych, którzy mogą mieć lepszy towar. W centralnej Europie po transformacji korupcja stała się narzędziem umacniania przewagi silnych nad słabymi. Wtedy stała się społecznie uciążliwa i zaczęła być problemem politycznym.

A idea transparentności pojawiła się jako narzędzie walki z korupcją.
Dlatego się nią zainteresowałem.

To dlaczego jest pan jej przeciwnikiem?
Bo to jest przeciwskuteczne narzędzie. Ludzie się jej domagają, bo wierzą, że dzięki transparentności będą kontrolowali władzę. A władza się na nią godzi, bo sądzi, że dzięki temu odzyska zaufanie. Obie nadzieje są fałszywe.

Bo?
Działają dwa różne mechanizmy. Władza ma monopol na dostarczanie wielu informacji, ale nie ma monopolu na ich interpretowanie. Każdy ujawniony fakt daje pożywkę dowolnym spekulacjom. Każdy może być reinterpretowany, wstawiony do dowolnej sekwencji przyczynowo-skutkowej. I zawsze powstaje pytanie, czy władza rzeczywiście ujawniła wszystko. A ponieważ z natury nie da się ujawnić wszystkiego, rodzą się pytania dotyczące tego, czego nie ujawniono. Jak pan ujawni stenogram rozmów na najwyższym szczeblu, powstanie pytanie, czy politycy czegoś sobie nie powiedzieli na schodach? Kiedy raz ulegnie pan nieufności i przyjmie zasadę, że mamy prawo wiedzieć, wątpliwościom i domysłom nie będzie końca. Zamiast budować zaufanie, transparentność zmniejsza zaufanie do instytucji i sprzyja powstawaniu teorii spiskowych.

Im więcej wiemy, tym bardziej ­podejrzewamy, że najważniejszego nie wiemy?
Oczywiście. I tym większa szansa, że przyłapiemy władzę na jakichś nieścisłościach, na których wyhodujemy kolejne paranoje. Vargas Llosa opisał kiedyś tajemnicze zabójstwo chłopca w peruwiańskiej wiosce. Ponieważ nie dało się znaleźć winnego, wszyscy przypuszczali, że winny jest wojskowy i armia go kryje. Kiedy aresztowano jakiegoś porucznika, ludzie zaczęli mówić, że widocznie armia kryje pułkownika. A kiedy pułkownik został aresztowany, rozeszła się plotka, że zamordował generał. Tak działa opinia publiczna, kiedy zaufanie do władzy jest niskie. Ludzie, którzy nie wierzą władzy, nigdy nie uwierzą, że ujawniła wszystko.

Ale wiedzą więcej, kiedy władza jest transparentna.
Od pewnego poziomu, który w demokracjach dawno osiągnęliśmy, im więcej informacji władza udostępni, tym zwykli ludzie mniej wiedzą. Asymetria jest za duża, żeby ją wyrównać. Kiedy rząd wrzuca do sieci na przykład 20 mln rekordów, co może z tym zrobić nauczyciel z Sofii czy Warszawy?

Media i trzeci sektor mogą wyszukać to, co go interesuje.
Jedni znajdą jedno, a drudzy drugie. Jedni powiedzą, że są tam dowody na winę władzy, a drudzy, że na jej niewinność. I co dalej? Co ten nauczyciel ma sądzić?

Zależy komu ufa.
Czyli jesteśmy w punkcie wyjścia. Wracamy do zaufania. To może lepiej wybierać ludzi, którym ufamy.

Mediom i think tankom ludzie bardziej ufają niż politykom. Chcą, żeby patrzyły władzy na ręce.
Dopóki nie wejdą w politykę. Kiedy cieszący się zaufaniem aktywista zostaje politykiem, zaufanie pryska. A kto patrzy na ręce mediom i think tankom? Kto kontroluje kontrolującego? „Guardian” pisze, że tak selekcjonuje dokumenty Snowdena, żeby nie ujawniać niebezpiecznych tajemnic. Już słychać pytanie, co oni ukrywają. Kiedy władza zrobi kompletny striptiz, ludzie zażądają tego samego od kontrolujących. A kiedy oni wyrzucą miliony rekordów, będą musieli powstać kontrolujący trzeciej generacji, którzy przedrą się przez dokumenty dotyczące mediów i think tanków. Ich też ktoś będzie musiał kontrolować.

Czyli wszyscy będą musieli bardziej się pilnować.
Głównie, żeby nie zostawiać śladów. W Bułgarii ćwiczyliśmy, jak to działa. Po kolejnym kryzysie rząd postanowił, że będzie obradował jawnie, w obecności kamer transmitujących obrady. Na początku to było ciekawe. Ale bardzo szybko posiedzenia rządu zamieniły się w spektakl grany dla wyborców. Ministrowie dostawali role do odegrania. Premier wygłaszał podniosłe przemówienia. A prawdziwe decyzje zapadały wcześniej w kompletnie nieformalnym trybie.

 

Nieufność rodzi nieuczciwość, nadmiar informacji prowadzi do dezinformacji, nadmiar transparentności prowadzi do nietransparentności.
I pogłębia nieufność. Zauważył pan, że coraz częściej spieramy się już nie o interpretacje, ale o czyste fakty? Kiedyś się mówiło, że dżentelmeni o faktach nie dyskutują. Dziś wciąż dyskutują. Jedni mówią, że elektrownia atomowa będzie kosztowała 10 mld, a drudzy, że 20 mld. Jak obywatel ma podjąć decyzję, czy jego kraj na to stać? To jest spirala, którą trudno zatrzymać. Kiedy przekonanie, że nie wolno ufać nikomu, staje się naturalnym środowiskiem polityki, politycy zaczynają mobilizować nieufność. Już nie polemizują ze swoimi przeciwnikami, nie chwalą się swoimi sukcesami ani zaletami. Bo wygrywa nie ten, kto będzie lepiej rządził, lecz ten, kto na konkurentów skuteczniej rzuci cień podejrzeń.

Z transparentności wyrasta polityka oskarżeń?
Nie oskarżeń, ale właśnie podejrzeń. Skuteczne oskarżanie wymaga zaufania do oskarżającego. Gdy nikt nikomu nie ufa, nie ma sensu oskarżać. Zresztą oskarżenia można weryfikować. Z zarzutów można się wybronić. A przed cieniem podejrzeń nie ma żadnej obrony poza tarczą zaufania, która już nie istnieje. Najgroźniejsza jest fraza „X zrobił to i to. Czy można takim ludziom ufać?”. W ten sposób wykończono ruchy protestu po 2008 r. One były świadome tego ryzyka, więc na wszelki wypadek nie formułowały swoich postulatów i nie kreowały liderów. Ale to nie pomogło. Poparcie dla nich stłumił cień podejrzeń o to, kto naprawdę za nimi stoi i do czego naprawdę zmierzają. Powtarzano, że chcą władzy, że to są ruchy polityczne. Jakby było w tym coś złego. To samo politycy robią ze związkami zawodowymi i z trzecim sektorem, który ich krytykuje. Dezawuują. Nie polemizują. A jednocześnie wciągają jak najwięcej osób do gry pozornego bezpośredniego udziału w decyzjach.

Na przykład?
Pod hasłem transparentności wyrzucają tysiące informacji w jakiejś sprawie i ogłaszają społeczne konsultacje. Niech się każdy wypowie. Ale ów każdy nie ma szans przebić się przez informacyjne morze. A kiedy włączają się zorganizowane grupy, które przeanalizowały dane, politycy mówią, że to grupy interesów walczące o swoje sprawy. W ten sposób uzyskują pozór społecznej legitymacji dla wcześniej podjętych decyzji. Niby mamy więcej demokracji, a faktycznie mniej. Putin miał jeszcze lepszy pomysł. Ponieważ zarzucano mu fałszowanie wyborów, umieścił w lokalach wyborczych kamery internetowe i sprzedał to jako milowy krok ku transparentnemu państwu. Każdy mógł z domu widzieć, co się tam dzieje 24 godz. na dobę. Tysiące aktywistów śledziły transmisję w internecie. A zwykli ludzie widząc kamery myśleli: „oho, władza patrzy”. I głosowali, jak trzeba.

Sami znaleźli się w zamiatinowskiej pułapce szklanego domu, który był przeznaczony dla władzy.
Cały ten mechanizm jest taki, że budujemy pułapki na władzę i sami w nie wpadamy.

Widzi pan jakieś wyjście z tej pułapki?
Trzeba zapytać, od czego się to zaczęło. Moim zdaniem od zastąpienia kryterium reprezentacji przez kryterium kompetencji przy podejmowaniu decyzji, na kogo zagłosuję w wyborach. Dawniej ludzie głosowali szczerze. Na tych, których lubili, których rozumieli, którzy byli tacy jak oni i którzy mieli reprezentować ich interesy. Potem zaczął dominować pogląd, że trzeba wybierać ludzi kompetentnych. Ale kryterium kompetencji zawiodło.

Bo zawiodły kompetencje?
Po pierwsze okazało się, że kompetentni się mylą, czego dowodem jest kryzys. A po drugie narosło przekonanie, że kompetencje służą kompetentnym, które zerwało nici zaufania między wybieranymi i wybierającymi. To uruchomiło całą grę w transparentność. Wyborcy zaczęli żądać: „Przekonajcie nas, że jesteście uczciwi. Pokażcie nam, jak podejmujecie decyzje”. A wybrani mówili: „Kładziemy karty na stół. Sami się przekonajcie, że nie oszukujemy”. To miał być ersatz zaufania. Ale on nie działa. A skoro nie działa i szkodzi, pewnie trzeba go porzucić i wrócić do władzy wybieranej wedle zaufania, a nie wedle złudnych kompetencji, oraz do rozliczania rządów ze skutków działania, nie z transparentności, która niszczy zaufanie i realny demokratyczny wpływ na podejmowane decyzje.

 

Iwan Krastew – zdaniem „Foreign Policy” jeden ze stu najbardziej wpływowych współczesnych intelektualistów. Jest dyrektorem Centrum Strategii Liberalnych w Sofii, współzałożycielem Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych. Autor m.in. „In Mistrust We Trust: Can Demo­cra­cy Survive When We ­Don’t Trust Our Leaders?”, której polskie wydanie „Demokracja nieufnych” ukazało się właśnie nakładem ­Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Polityka 6.2014 (2944) z dnia 04.02.2014; Rozmowy Żakowskiego; s. 37
Oryginalny tytuł tekstu: "Więcej tajemnicy"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną