Zachód oddala się od Wschodu

Podwójne życie Ukrainy
Poza Ługańskiem i Donieckiem istnieje również Ukraina bez wojny, ale też bez wielkiej nadziei wśród obywateli, że będzie to kiedyś normalne państwo.
Manifestacja patriotyczna w Kijowie. Zachód Ukrainy z coraz większą niechęcią patrzy na Wschód.
Valentyn Ogirenko/EAST NEWS

Manifestacja patriotyczna w Kijowie. Zachód Ukrainy z coraz większą niechęcią patrzy na Wschód.

Uchodźcy z Donbasu we Lwowie. Już słychać narzekania, że są roszczeniowi i mówią po rosyjsku.
Valentyn Ogirenko/Reuter/Forum

Uchodźcy z Donbasu we Lwowie. Już słychać narzekania, że są roszczeniowi i mówią po rosyjsku.

Dla kraju to były dwie smutne rezygnacje w obliczu bezsilności. Najpierw z funkcji sekretarza Narodowej Rady Bezpieczeństwa i Obrony odszedł Andrij Parubij. Legendarny komendant kijowskiego miasteczka namiotowego stanowisko objął w lutym, po ucieczce Wiktora Janukowycza. Dymisję złożył, nie podając powodów.

Jeszcze bardziej niepokojące jest odejście szefowej Narodowej Rady ds. Walki z Korupcją, Tetiany Czornowoł. To dziennikarka, która jako pierwsza pisała o nadużyciach Janukowycza, w tym o jego luksusowej posiadłości w podkijowskiej Meżyhirii. W grudniu zeszłego roku Czornowoł została dotkliwie pobita przez bandytów, których nasłał były prezydent. Jej urzędowanie było dla Ukraińców niejako gwarancją, że dotychczasowy skorumpowany system zostanie wreszcie obalony. Czornowoł zrezygnowała, gdyż – jak twierdzi – nie miała już środków do walki.

Ukraina bez wątpienia znalazła się w najtrudniejszym momencie swojej 23-letniej historii. Na wschodzie trwa regularna wojna. Sytuacja ekonomiczna pogarsza się w błyskawicznym tempie, bez szans na szybką poprawę. W ciągu ostatnich miesięcy siła nabywcza zarobków przeciętnego Ukraińca spadła o 40 proc. Społeczeństwo w tej chwili zmobilizowała rosyjska agresja, ale nie wiadomo, jak długo ludzie wytrzymają gospodarczy kryzys. Tym bardziej że w połowie czerwca Gazprom wstrzymał dostawy gazu i nie zanosi się, aby odblokował je do następnej wiosny. W dodatku zaczyna się kampania przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi, a to z pewnością ożywi wyciszone wojną konflikty polityczne.

Z polskiej perspektywy sytuacja na Ukrainie wydaje się nieskomplikowana. Cała uwaga mediów skupia się na antyterrorystycznej akcji w Donbasie, walkach ukraińskich wojsk z prorosyjskimi separatystami. To zrozumiałe, bo wojna toczy się właściwe tuż za polskim progiem, a od jej rezultatu zależy dużo więcej niż tylko przyszłość ukraińskiego sąsiada. Polityczna i społeczna sytuacja za naszą wschodnią granicą jest jednak dużo bardziej złożona.

Świat już raz się pomylił, zakładając po pomarańczowej rewolucji w 2004 r., że masowy obywatelski sprzeciw musi zaowocować zjednoczeniem kraju oraz koniecznymi reformami. Efektem tego były późniejsze błędy popełniane także przez polskich polityków w stosunkach z Kijowem.

Tegoroczne zwycięstwo euromajdanu i podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską znów dało Ukraińcom szansę na normalne państwo. Tylko że normalnie nie da się go zbudować.

Putinowi na pewno udało się jedno: wyleczył większość Ukraińców z prorosyjskich sympatii – twierdzi redaktor naczelna jednego z najbardziej opiniotwórczych ukraińskich tygodników. Jego dziennikarz właśnie wrócił do Kijowa z Doniecka, gdzie – jak przekonuje – coraz mniej mieszkańców marzy o autonomicznej Ludowej Republice. Wpływ na to ma podobno brutalne zachowanie prorosyjskich separatystów.

Wojna Lwowa z Donieckiem

W Ługańsku i Doniecku ludzie żyją w piwnicach, bez prądu, wody, pod obstrzałem. A gdy prąd jest, oglądają rosyjską telewizję, która od miesięcy mówi o spisku Ameryki i banderowcach szykujących się do wymordowania wszystkich, którzy nie znają ukraińskiego. Do tych telewizyjnych komentarzy dochodzą „wstrząsające” reportaże. Takie jak będąca już klasykiem relacja kobiety opowiadającej rosyjskim dziennikarzom o trzylatku ze Słowiańska, jakoby ukrzyżowanym przez ukraińskich żołnierzy na nieistniejącym w tym mieście placu Lenina.

Podobno na mieszkańców Donbasu ta propaganda działa nieco słabiej niż na samych Rosjan, tym bardziej że życie koryguje telewizyjne rewelacje. Niemniej odbudowanie tej części Ukrainy nie tylko dosłowne, ale i mentalne, nie będzie łatwe. Obywateli wspólnego państwa dzieli coraz więcej, teraz już także groby i interpretacja obecnych wydarzeń. Dla części mieszkańców Donbasu zabici separatyści staną się bohaterami, podczas gdy pozostali Ukraińcy czcić będą poległych na wschodzie żołnierzy. Ta sprawa może stwarzać problemy dużo większe niż stosunek do drugiej wojny światowej, Stepana Bandery, UPA czy Armii Czerwonej.

Niechęć do wschodniej części kraju narasta zresztą także na zachodzie. Na początku Lwów i inne miasta zachodniej Ukrainy chętnie przyjmowały uchodźców z Donbasu. Ale w tej chwili ich liczba wzrosła już do prawie 140 tys. Mieszkają w sanatoriach, szkołach, budynkach publicznych, niekiedy u prywatnych osób. Widać ich na ulicach, słychać w sklepach. W Truskawcu, Samborze, Iwanofrankiwsku, ku irytacji stałych mieszkańców, zaczyna królować język rosyjski. Zdaniem Anastasii Popsui, dyrektorki Community Foundation of IRPIN Region, zajmującej się głównie dziećmi uciekinierów ze wschodu, nie można mieć do ludzi z Donbasu pretensji o język. Gorsze jest co innego – częsta postawa roszczeniowa przesiedleńców, a czasem wyraźna niechęć do „zachodnioukraińskich faszystów”, na których chętnie zwala się odpowiedzialność za wywołanie wojny.

Inna mieszkanka Lwowa potwierdza, że wśród uchodźców trafiają się nawet rodziny separatystów walczących z ukraińską armią. Ludzie powtarzają historie o mężczyźnie, który odwiózł żonę do Lwowa, a sam wrócił do Ługańska, by dalej zabijać „Ukrów”, czy o kobiecie z Doniecka, obiecującej, że „wasi znajdą się w naszych grobach”.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną