Świat

Drugie burzenie Drezna

Niemieckie miasto zbuntowanych przeciwko islamizacji kraju

Budynek zbudowany w orientalnym stylu wygląda jak meczet, ale to fabryka papierosów w Dreźnie. Budynek zbudowany w orientalnym stylu wygląda jak meczet, ale to fabryka papierosów w Dreźnie. Hannibal Hanschke/Reuters / Forum
Miasto nad Łabą, w którym prawie nie ma muzułmanów, stało się kolebką ruchu antyislamskiego. I trochę się wstydzi.
Znakiem firmowym Pegidy stały się poniedziałkowe marsze ulicami Drezna, nazywane też spacerami. Na pierwszy, zwołany na 20 października, przyszło 350 osób. 5 stycznia demonstrowało już 18 tys.Hannibal Hanschke/Reuters/Forum Znakiem firmowym Pegidy stały się poniedziałkowe marsze ulicami Drezna, nazywane też spacerami. Na pierwszy, zwołany na 20 października, przyszło 350 osób. 5 stycznia demonstrowało już 18 tys.

Artykuł w wersji audio

Skromny parterowy budynek z płaskim dachem przypomina prowizoryczny magazyn albo dom działkowicza. Marschnerstraße 2, Drezno. Kiedyś stały tu generatory prądu, od 2009 r. jest muzułmańskie Centrum Kulturalno-Edukacyjne im. Marwy Elsherbiny. Buty zostawiam w przedsionku, bo budynek służy też jako meczet. Jest wtorek, pora obiadowa, czas modlitwy. Tym razem przyszło tylko sześć osób. Ale w piątki gromadzi się tu nawet kilkuset wyznawców Allaha. – W ostatnich latach nasza wspólnota bardzo się powiększyła – mówi 47-letni Samy Ibrahim, rzecznik centrum. Dla niego to powód do dumy, dla niektórych – dowód postępującej islamizacji Niemiec.

Jesienią w Dreźnie narodziła się Pegida – ruch Patriotycznych Europejczyków przeciwko Islamizacji Zachodu. Jej znakiem firmowym stały się poniedziałkowe marsze ulicami Drezna, nazywane też spacerami. Na pierwszy, zwołany na 20 października, przyszło 350 osób. 5 stycznia demonstrowało już 18 tys., tydzień później, po zamachu na „Charlie Hebdo” – ponad 25 tys. Od Pegidy odcięli się już m.in. kanclerz Angela Merkel, arcybiskup Kolonii Rainer Maria Woelki czy Oliver Bierhoff, menedżer piłkarskiej reprezentacji Niemiec. Mimo to ruch szybko znalazł naśladowców w innych miastach, także za granicą. Często bardziej radykalnych. Nigdzie jednak protesty antyislamskie nie zgromadziły tylu uczestników co w stolicy graniczącej z Polską Saksonii.

Poniedziałkowe manifestacje jesienią 1989 r. przyczyniły się do upadku komunistycznego reżimu w NRD. „To my jesteśmy narodem!” – skandowały wówczas tłumy. Dziś to samo krzyczą zwolennicy Pegidy. Mówią, że nie chcą rewolucji, ale ich język oraz postulaty i tak są rewolucyjne w przewidywalnym dotąd świecie niemieckiej polityki.

Tak jak silnik benzynowy nie toleruje oleju napędowego, tak do chrześcijańskiego systemu wartości nie można wpuścić muzułmańskiego systemu wartości – mówi bez ogródek dr Udo Ulfkotte, niegdyś dziennikarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, dziś autor książek o zagrożeniu islamskim i „przekupnych mediach”. Długo mieszkał w krajach muzułmańskich. Ale z jego dawnej fascynacji islamem nie pozostało nic. 5 stycznia przemawiał podczas demonstracji Pegidy, a wcześniej Bogidy – czyli bońskiej odmiany ruchu. Mówi, że muzułmanie już kilka razy grozili mu śmiercią.

W 2007 r. tygodnik „Der Spiegel” pisał na okładce o „cichej islamizacji Niemiec”.Kiedy my, obywatele, osiem lat później skarżymy się na islamizację, jesteśmy przedstawiani jako ksenofobiczni skrajni prawicowcy – argumentuje Ulfkotte. On jednak idzie znacznie dalej niż „Der Spiegel”. Jest przekonany, że w Niemczech zwyciężają poprawność polityczna i „muzułmański terror”. Przykład: sieć dyskontów spożywczych Aldi wycofała ze sprzedaży mydło „1001 nocy”, bo części muzułmanów nie spodobało się, że na opakowaniu znalazł się meczet.

W 80-mln Niemczech żyje ok. 4 mln muzułmanów. Ale w Dreźnie, liczącym przeszło 500 tys. mieszkańców, wciąż nie więcej niż 5 tys. Łatwiej spotkać w tramwaju człowieka o azjatyckich rysach niż kobietę w muzułmańskiej chuście. W mieście są tylko trzy meczety – wszystkie skromne, bez minaretów. Okazały budynek przy Weißeritzstraße, który wielu przyjezdnych bierze za meczet, to dawna fabryka tytoniu, zbudowana przed wiekiem w orientalnym stylu. – Chętnie byśmy ją odkupili, ale właściciel chciał 12 mln euro, a ostatnio jeszcze podbił stawkę – mówi Samy Ibrahim. Mój rozmówca studiował architekturę na Uniwersytecie Technicznym w Dreźnie. Dziś prowadzi małą firmę ze sprzętem biurowym. Ma niemiecki paszport i dobrze mówi w tym języku. Ale urodził się w Egipcie. W stolicy Saksonii mieszka od 15 lat.

Większość drezdeńskich muzułmanów osiedliła się tu już po zjednoczeniu Niemiec. – W RFN ludzie dorastali obok cudzoziemców, chodzili z nimi do szkoły. Tutaj w czasach NRD było inaczej – tłumaczy Ibrahim. I dodaje, że to dlatego Drezno nie jest tak otwarte na imigrantów jak Berlin, Stuttgart czy Kolonia. To samo mówi mi aktor Ben Daniel Jöhnk, uczestnik protestów przeciwko Pegidzie. Pracuje w Dreźnie, ale pochodzi z Hamburga, więc dostrzega różnicę.

Pegida sprawiła, że drezdeńscy muzułmanie poczuli się jeszcze mniej bezpiecznie. „Der Spiegel” pisał o rodzinie uchodźców z Libii, która w poniedziałki nie posyła dzieci do szkół. Zarząd centrum im. Marwy Elsherbiny zdecydował, że w dniach, w których odbywają się marsze Pegidy, nie będzie drugiej popołudniowej i wieczornej modlitwy. – Boimy się – przyznaje Ibrahim.

W atmosferze, jaka dziś panuje w Dreźnie, łatwo o pospieszne interpretacje. Sprawą, którą przez ostatnie dwa tygodnie żyło miasto, była śmierć młodego Erytrejczyka starającego się o azyl w Niemczech. Wieczorem 12 stycznia – w dniu demonstracji Pegidy – 20-letni Khaled Idris Bahray wyszedł do supermarketu. Rankiem następnego dnia znaleziono go martwego na trawniku przed blokiem z wielkiej płyty, w którym mieszkał. Zginął od ciosów nożem. Od razu pojawiło się podejrzenie, że to mord na tle religijnym. W sobotę 17 stycznia ok. 3 tys. osób demonstrowało na ulicach Drezna, domagając się szybkiego wyjaśnienia tej sprawy. „Jestem Khaledem” – głosiły niektóre z transparentów. Kilka dni później do zabójstwa Erytrejczyka przyznał się jego rodak.

W Dreźnie do dziś żywa jest pamięć Marwy Elsherbiny – tej samej, której imię nosi centrum przy Marschnerstraße. W 2009 r. ta młoda Egipcjanka została zasztyletowana w tutejszym sądzie. Zginęła z rąk mężczyzny, który wcześniej zwyzywał ją od „islamistek” i „terrorystek”. Ze świadka oskarżenia stała się ofiarą zabójstwa. O sprawie zrobiło się głośno w całych Niemczech i za granicą.

Działacze Pegidy przekonują, że to oni są zagrożeni. Ich demonstracja, która miała się odbyć 19 stycznia, została odwołana. Drezdeńska policja zakazała wszystkich planowanych na ten dzień zgromadzeń publicznych pod gołym niebem. Federalny Urząd Kryminalny miał otrzymać od tajnych służb innych państw informacje o konkretnym zagrożeniu terrorystycznym. Inicjator Pegidy Lutz Bachmann znalazł się ponoć na celowniku radykalnych islamistów.

Tego wieczoru Drezno wygląda, jakby wprowadzono właśnie stan wyjątkowy. Już na głównym dworcu kolejowym mijam uzbrojonych policjantów. W tramwajach i na ulicach pustki. Wyludniła się nawet Prager Straße – reprezentacyjny deptak prowadzący do Starego Miasta. Na placu Teatralnym, gdzie o godz. 18.30 mieli się zebrać zwolennicy Pegidy, stawiło się najwyżej 300 osób, w tym wielu dziennikarzy i ciekawskich. W pobliżu rzędy radiowozów. Policja zmobilizowała 1,6 tys. funkcjonariuszy.

Joachim Richter, rzemieślnik z Lipska, przyjechał na darmo. „W Paryżu po zamachach terrorystycznych wielu wyszło na ulicę, a było to dużo niebezpieczniejsze” – mówi dziennikarzom. Nie tylko on jest zły. Odwołanie demonstracji krytykuje nawet wielu przeciwników Pegidy. Państwo pokazało, że nie panuje nad sytuacją i nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom – można usłyszeć. Najbardziej radykalne teorie głoszą, że zagrożenie terrorystyczne było tylko pretekstem, a demonstracji zakazano, by ratować honor miasta.

Wizerunkowo Drezno straciło na Pegidzie. Christoph Münch z Dresden Marketing GmbH coś o tym wie. Reklamowaniem stolicy landu zajmuje się zawodowo. Stara się prezentować metropolię nad Łabą jako miasto otwarte na świat, miejsce kongresów, ważny ośrodek gospodarczy i naukowy. Gdy Münch dowiaduje się, że przyjeżdżam do Drezna, podsyła mi aktualną ofertę kulturalną. Chce mnie przekonać, że istnieje również „inne Drezno”, niemające nic wspólnego z Pegidą.

„Drezno to nie Pegida” – tak nazywa się akcja, którą zainicjował Thomas Rieß, szef trzygwiazdkowego hotelu Gutshof Hauber. Rieß dorastał w Nadrenii. Do Saksonii – w rodzinne strony ojca – przeniósł się w 1991 r., tuż po zjednoczeniu Niemiec. Głośno zrobiło się o nim w ubiegłym roku, gdy z powodzeniem zaskarżył lokalną opłatę uzdrowiskową. – Żyjemy z turystyki i potrzebujemy gości – tłumaczy. W styczniu i lutym w hotelach i tak są wolne miejsca. Ale to właśnie teraz wielu ludzi podejmuje decyzję, gdzie spędzić tegoroczny urlop. Rieß obawia się, że szum wokół Pegidy zaszkodzi miastu i regionowi.

Tylko w ciągu pierwszych 10 miesięcy ubiegłego roku goście w Dreźnie wykupili 3,7 mln noclegów. To jeden z lepszych wyników w Niemczech, ale trudno się dziwić. Stolica Saksonii to w końcu „Florencja Północy”. Zmieniona w ruinę w wyniku alianckich nalotów w lutym 1945 r., ale później podniesiona z gruzów. Wystarczy wymienić takie zabytki jak późnobarokowy zespół pałacowy Zwinger, Opera Sempera czy kościół Marii Panny (Frauenkirche) – zniszczony u schyłku drugiej wojny światowej, a po zjednoczeniu Niemiec pieczołowicie odbudowany.

Jednak w ostatnich latach nie zawsze dobrze pisało się o Dreźnie. Głównie za sprawą politycznych wyborów mieszkańców miasta i regionu. Dwa razy – w 2004 i 2009 r. – do tutejszego landtagu dostała się neonazistowska NPD. W ubiegłym roku prawie dwucyfrowy wynik uzyskała w Saksonii Alternatywa dla Niemiec (AfD) – nowa partia eurosceptyków, która opowiada się także za ograniczeniem imigracji. Na tablicy miejskiej w pobliżu Frauenkirche ktoś przytknął naklejkę: Lutz Bachmann, twórca Pegidy, jest na niej przedstawiony jako marionetka; za sznurki pociągają NPD i AfD.

Aż 89 proc. zwolenników Pegidy głosowałoby właśnie na Alternatywę dla Niemiec – ustalił prof. Dieter Rucht z Centrum Naukowego Badań Społecznych w Berlinie (WZB). Typowy uczestnik demonstracji Pegidy to dobiegający pięćdziesiątki mężczyzna, niewierzący, bezpartyjny, nieźle wykształcony, pracujący, zarabiający nieznacznie powyżej saksońskiej średniej. Tak z kolei wynika z badań, które przeprowadził prof. Hans Vorländer z Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie. – Protestują lekarze i robotnicy. Nie kryje się za tym partyjny ani gospodarczy interes. Jednoczy nas wszystkich to, że mamy dość zakłamanych partii i oszukiwania społeczeństwa – zapewnia Ulfkotte.

Traktuję troski zwolenników Pegidy poważnie, ale islamizację uważam jedynie za pretekst. Prawdziwe problemy są zupełnie inne – odpowiada aktor Ben Daniel Jöhnk. Ulfkotte w pewnym sensie to potwierdza. – W ostatnich latach byliśmy tak wychowywani, żeby tylko nie powiedzieć czegoś złego – skarży się. I wylicza tematy, w których odmienne zdanie jest źle widziane. To nie tylko islam, lecz także globalne ocieplenie, euro, misje zagraniczne Bundeswehry.

Rzeczywiście, w wielu kluczowych sprawach największe niemieckie partie i media są zaskakująco zgodne. Chadecy i socjaldemokraci – kiedyś niemal śmiertelni wrogowie – dziś wspólnie tworzą rząd Angeli Merkel. Opozycyjni Zieloni już dawno przestali być partią antysystemową. Trudno też uznać za takową postkomunistów. W radzie miejskiej Drezna współtworzą lewicową koalicję. W Turyngii – jednym z landów byłej NRD – mają nawet swojego premiera. Rozczarowani wyborcy często nie widzą dla siebie rozsądnej alternatywy.

Sympatycy Pegidy demonstrują, bo są niezadowoleni z polityki (54 proc.) i mediów (20 proc.) – ustalił prof. Vorländer. Dopiero na dalszych miejscach znalazły się negatywny stosunek do imigrantów i osób ubiegających się o azyl (15 proc.) oraz protest przeciwko przemocy motywowanej religijnie lub ideologicznie (5 proc.).

Badanie nie jest jednak reprezentatywne. Dwie trzecie demonstrantów odmówiło udziału w ankiecie. Niektórzy dali się przekonać, dopiero gdy upewnili się, że mają do czynienia z naukowcami, a nie dziennikarzami. – Jest rzeczą wiadomą, że uczestnicy demonstracji bardzo krytycznie postrzegają media i wyrażają to również werbalnie – mówi Thomas Geithner, rzecznik drezdeńskiej policji. Podczas spacerów Pegidy padają hasła o „łże-prasie” i „zdrajcach narodu”.

Julii Vogt zamieszczane w internecie nagrania z poniedziałkowych marszów kojarzą się z nazistowską propagandą z 1933 r. Vogt, z wykształcenia socjolożka, na co dzień pracuje w zespole festiwalu filmów krótkometrażowych Filmfest Dresden. Od jesieni wzięła udział w kilku demonstracjach przeciwko Pegidzie. Mówi, że temat jest wszechobecny w gronie jej znajomych, krewnych, w pracy. – Wszyscy jesteśmy bardzo oburzeni – tłumaczy. Vogt deklaruje zero tolerancji dla Pegidy i jej metod. Jednocześnie czuje się bezradna.

Thomas Rieß też jest przeciwnikiem Pegidy. Ale winą za jej powstanie obarcza polityków. Zaczęło się – jak mówi – od domów dla azylantów. Okoliczni mieszkańcy byli źli, że nikt nie uprzedził o ich utworzeniu. Czuli się ignorowani. Rieß, inaczej niż Vogt, sprzeciwia się kontrdemonstracjom. – Okrzyki „Naziści precz!” nie pomogą – przekonuje. Chodzi o to – wyjaśnia – by ludzie ze sobą rozmawiali, a nie podgrzewali atmosferę. Do tej pory, jak mówi, po obu stronach brakowało gotowości do dialogu.

Twórcy Pegidy długo unikali nawet dziennikarzy. Ostatnio jednak zmienili kurs. W niedzielny wieczór 18 stycznia Kathrin Oertel, rzeczniczka ruchu, wystąpiła w popularnym talk-show Günthera Jaucha w telewizji ARD. Dzień później po raz pierwszy zwołała w Dreźnie konferencję prasową. „Drodzy przedstawiciele mediów” – tymi słowami przywitała tłumnie przybyłych dziennikarzy. Niemiecka prasa obwieściła „ofensywę wdzięku” po stronie Pegidy.

O Bachmannie czy Oertel jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie słyszał. Dziś ich nazwiska są odmieniane przez wszystkie przypadki.

42-letni Lutz Bachmann to syn rzeźnika, kucharz z wykształcenia, właściciel małej agencji fotograficznej i PR. Zaledwie rok temu został odznaczony za pomoc powodzianom. Na swojej stronie internetowej pochwalił się bliską współpracą z firmą Axel Springer, jednym z największych koncernów medialnych w Niemczech. Chętnie powtarza, że na ślubie miał tureckiego świadka i ma wielu przyjaciół muzułmanów. Oficjalnie chce tylko lepszego uregulowania kwestii imigracji. Za wzór stawia Szwajcarię i Kanadę, które preferują wykwalifikowanych imigrantów.

Ale jest jeszcze druga twarz Bachmanna. Niemieckie media przypominają, że w młodości przesiedział dwa lata w więzieniu. Zarzuty były poważne: uszkodzenie ciała, włamanie, kradzież. To było dawno – odpowiada twórca Pegidy. Wygląda jednak na to, że nie zmądrzał do dziś. Na jednym ze zdjęć zamieszczonych na Facebooku pozuje na Adolfa Hitlera – z krótkim wąsikiem i charakterystyczną grzywką. Jeszcze we wrześniu ubiegłego roku pogardliwie pisał w internecie o imigrantach: dziadostwo, robactwo, brudna hołota. Gdy sprawę nagłośnił dziennik „Dresdner Morgenpost”, rozpętała się burza. W ubiegłą środę Bachmann ustąpił z kierowania Pegidą. Być może to dopiero początek jego problemów, bo prokuratura wszczęła już postępowanie przygotowawcze, kwalifikując wpisy internetowe jako podburzanie do nienawiści.

Prof. Dieter Rucht twierdzi, że Pegida punkt kulminacyjny ma już za sobą. Kierownictwo ruchu zapowiedziało zresztą, że w przyszłości nie będzie już spacerów w każdy poniedziałek. Nie można maszerować w nieskończoność. Nawet jeśli Rucht ma rację, Drezno po Pegidzie nie będzie już takie samo. Największym błędem niemieckich polityków byłoby uznanie, że nic się nie stało. Wówczas Pegida powróci, choć może w innym mieście i pod inną nazwą.

Filip Gańczak z Drezna

Polityka 5.2015 (2994) z dnia 27.01.2015; Świat; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Drugie burzenie Drezna"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną