Świat

Kat daje ulgę

Al-Kaida opanowuje Jemen

Czas relaksu. Młodzi Jemeńczycy żujący kat. Czas relaksu. Młodzi Jemeńczycy żujący kat. Suhaib Salem/Reuters / Forum
Rozpad Jemenu najbardziej ucieszy Al-Kaidę, która właśnie tam wyszkoliła zabójców „Charlie Hebdo”.
ms/Polityka
Al-Kaidzie nie wystarczy, że zabija, musi także ofiarę upokorzyć.Stringer/Reuters/Forum Al-Kaidzie nie wystarczy, że zabija, musi także ofiarę upokorzyć.

Przez ponad trzy wieki to kawa była wizytówką Jemenu. Jej ziarna, małe i o nieregularnym kształcie, w nieco oliwkowym kolorze, po zaparzeniu wprawiały najbogatszych Europejczyków w smakową ekstazę. Pod koniec XVII w. kawa Mocha była już tak droga, że we Francji mógł sobie na nią pozwolić tylko dwór królewski. Aż do XX w. była eksportowym hitem tego zapomnianego kraju.

Dziś trudno ją kupić nawet w jemeńskim porcie Mocha, od którego pochodzi jej nazwa. Jemeńczycy dobrowolnie pozbyli się kawy, czyli największego źródła dochodów, zanim znaleźli ropę, na rzecz niepozornego krzaku o małych, okrągłych liściach, przypominających szpinakowe. Kraj jest górzysty i terenów pod uprawę jest niewiele. Dla kawy szybko zabrakło więc miejsca. Jej pogromca smakuje podle, trwale brudzi palce, psuje oddech i zęby, ale z czasem przynosi coś, czego nie zapewni nawet najlepsza kawa na świecie – błogie uczucie szczęścia i harmonii.

W poprzednim roku zbiory katu, bo tak nazywa się ten magiczny krzak, były dramatycznie niskie, czego efekty widać dziś gołym okiem. Jemen pogrąża się w kryzysie politycznym, z którego może już cało nie wyjść w sensie dosłownym. Od września zachodnia i centralna część państwa, ze stołeczną Saną włącznie, jest pod kontrolą plemiennych bojówek z północy, lojalnych wobec prominentnego klanu al-Huti. Mniej więcej wtedy usamodzielniło się południe, marzące o powrocie do socjalizmu. I w końcu wschodni Jemen opanowała Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP), najpotężniejsza dziś franczyza organizacji założonej przez Osamę bin Ladena, którego ojciec pochodził zresztą z Jemenu.

Uniwersytet Al-Kaidy

Jeszcze cztery lata temu Waszyngton przywoływał Jemen jako wzór stabilnego arabskiego państwa, sojusznika Ameryki w walce z terrorem. Ten spokój przez 34 lata zapewniał Ali Abdullah Saleh, miłośnik ray banów i elektrowstrząsów (dla innych), zwany też ze względu na swoje polityczne metody Małym Saddamem. Jego rządy dość niespodziewanie w 2012 r. zakończyła arabska wiosna, masowe demonstracje w Sanie i atak bombowy na pałac prezydencki, po którym poparzony Saleh odleciał do Arabii Saudyjskiej. Następca, Abd-Rabbu Mansur Al-Hadi, już zupełnie nie radził sobie z tym skomplikowanym krajem. W końcu w poprzednią środę podał się do dymisji.

Pod okiem Hadiego w Jemenie rozkwitła Al-Kaida, która wraz z miejscowymi radykałami założyła tam swój pierwszy uniwersytet Iman. Jego absolwentami byli m.in. bracia Kouachi, którzy 7 stycznia dopuścili się bestialskiego ataku na redakcję paryskiego tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”. Obaj spędzili w Jemenie co najmniej trzy tygodnie w 2012 r., w tym kilka dni na pustynnych ćwiczeniach z ostrą amunicją. Potem z Jemenu dostali coś w rodzaju stypendium w wysokości 20 tys. dol.

Jemeńska Al-Kaida ma też kilka „sław” wśród studentów korespondencyjnych. Bracia Carnajew, odpowiedzialni za zamach podczas maratonu bostońskiego dwa lata temu, ładunek wybuchowy przygotowali na podstawie artykułu „Jak zbudować bombę w kuchni twojej mamy”. Tekst ukazał się na łamach magazynu jemeńskiej Al-Kaidy „Inspire”. Byłego szefa AQAP Anwara Al-Awlakiego można też uznać za promotora Nidala Malika Hasana, psychologa z amerykańskiej bazy wojskowej Fort Hood, który za jego inspiracją zastrzelił tam 13 osób w 2009 r.

Al-Kaida od początku miała w Jemenie doskonałe zaplecze kadrowe. Wielu Jemeńczyków walczyło w latach 80. w Afganistanie, a gdy wojna się skończyła, w większości wrócili do domu. Wkrótce też tysiące sfrustrowanych i zradykalizowanych Jemeńczyków wróciło z Arabii Saudyjskiej, która zamknęła dla nich rynek pracy, gdy Mały Saddam poparł dużego Saddama w 1990 r. po inwazji Iraku na Kuwejt. Jemeńskie władze były zbyt słabe, aby od razu wyrzucić Al-Kaidę z kraju. Doszło nawet do cichego układu między rządem a Al-Kaidą: my wam dajemy spokój, a wy działacie wyłącznie poza krajem.

Po zamachach z 11 września 2001 r. prezydent Saleh zyskał wielkiego sojusznika w walce z Al-Kaidą, choć z perspektywy czasu dziś chyba tego żałuje. Amerykanie postanowili zapolować na jemeńską Al-Kaidę za pomocą dronów i urządzili sobie w Jemenie poligon doświadczalny dla tej nowej broni. Jemeński rząd nie chciał podawać w wątpliwość suwerenności kraju, każdorazowo brał więc na siebie odpowiedzialność za ataki. Tylko że Amerykanie nie mogli się powstrzymać i kilkakrotnie dzień lub dwa po deklaracji Jemeńczyków przyznawali, że to jednak oni, nie chwaląc się, stoją za tym wszystkim, co oczywiście kompromitowało Sanę w oczach obywateli.

Gdy więc i tak już słaba władza centralna w Sanie ostatnio w zasadzie przestała istnieć, liderzy miejscowej Al-Kaidy przeszli w tryb „hulaj dusza, piekła nie ma” – ściągają do Jemenu swoich byłych podopiecznych z Pakistanu czy Iraku i nowych „studentów” z Europy. Tworzą we wschodnim Jemenie główną bazę Al-Kaidy, która przymierza się do ofensywy, bo walczy o rząd muzułmańskich dusz z tzw. Państwem Islamskim. Lepszego miejsca na świecie nie znajdą.

Skamielina

W Sanie jest specjalne targowisko Dżihana, gdzie zamiast dywanów czy cebuli sprzedaje się AK-47 i M-16. Obok katu drugą pasją Jemeńczyków jest broń. Według raportu Small Weapons Survey z 2007 r. na dwóch Jemeńczyków przypada jeden karabin – lepiej uzbrojeni są tylko Amerykanie. Kiedyś były tylko dżambije, dwustronne i zakrzywione sztylety, często urzekająco zdobione, noszone za pasem nieco ponad żołądkiem. Oficjalnie służą do strzyżenia owiec, ale ze względu na kształt, doskonale nadają się też do podcinania gardeł. Dziś ich rolę spełniają pistolety i karabiny, które – jak dżambije – wręcza się kilkunastoletnim chłopcom przy okazji rytualnej inicjacji.

Jemen to żywa skamielina – kulturowa, polityczna i społeczna. Przez niemal tysiąclecie – aż do lat 60. XX w. – był systemowo odcięty od świata, nie licząc handlu kawą i niewolnikami. Z tego powodu zachował się tam język arabski, którego żaden inny Arab nie rozumie. Starówka w Sanie jest niemal nietknięta architektonicznie od XIII–XIV w., a kwintesencją jej stylu są akmary, półokrągłe, witrażowe zwieńczenia okiennic. Prawdziwa perła to pustynne miasto Szibam, pełne XVI-wiecznych wieżowców (do dziewięciu kondygnacji) zbudowanych z gliny.

W podobnym stopniu skamieniałe jest jemeńskie społeczeństwo, w którym wciąż najważniejszym, a poza miastami jedynym punktem odniesienia jest plemię. Ponad 60 proc. Jemeńczyków to analfabeci, klasy średniej w zasadzie nie ma, marginalne znaczenie ma inteligencja. Również islam przetrwał tam w formach, które większość współczesnych muzułmańskich purystów uznałaby za heretyckie. Najciekawsza z jemeńskich grup religijnych to zaidyci, formalnie należący do islamu szyickiego, ale np. do irańskich szyitów mają tak samo daleko jak do sunnitów. Zaidyci stanowią prawie połowę spośród 24 mln Jemeńczyków i mieszkają w północno-zachodniej części kraju.

To właśnie zaidyccy duchowni w IX w. stworzyli ośrodek władzy, który przetrwał z niedługimi przerwami do 1962 r., kiedy to ostatniego zaidyckiego imama obaliła grupa lewicowych oficerów, inspirowanych republikańską rewolucją Gamala Abdela Nasera w Egipcie. Spadkobiercy tych wojskowych rządzili w Sanie do poprzedniej środy. Drugi ośrodek władzy na terenie dzisiejszego Jemenu powstał w południowych prowincjach pod rządami Brytyjczyków, którzy w połowie XIX w. w Adenie założyli bazę zaopatrzeniową dla swoich statków w drodze do Indii.

W 1967 r. Brytyjczycy wyjechali, a w ich miejsce przybyli radzieccy towarzysze, którzy pomogli miejscowym założyć republikę socjalistyczną. Różnicę widać do dziś – nie tylko w mentalności ludzi, ale też w rozklekotanych ciężarówkach marki Star, brylujących na ulicach Adenu. Gdy jednak skończyły się pieniądze z Moskwy, socjaliści z południa musieli przyjąć propozycję zjednoczenia i tak w 1990 r. powstał Jemen w dzisiejszym kształcie.

Kalka sunnicko-szyicka

Unia trzeszczała od samego początku. Południowcy szybko zorientowali się, że są traktowani przez Sanę jak obywatele drugiej kategorii, co w 1994 r. doprowadziło do wojny domowej i prawie do nowej secesji. Jednocześnie republikańskie władze robiły, co mogły, aby ograniczyć znaczenie plemion na rzecz władzy centralnej. Sana rozpoczęła m.in. kampanię przedstawiającą zaidytów jako heretyków.

To wówczas w północnych prowincjach powstał ruch na rzecz obrony praw zaidytów. Początkowo skupiał się on na prowadzeniu księgarń i organizowaniu obozów formacyjnych dla młodzieży. Ale w miarę jak ze stolicy przybywali coraz lepiej uzbrojeni „misjonarze”, również zaidyci zaczęli się zbroić. Na czele tej mobilizacji stanęła szanowana i bogata rodzina al-Huti – stąd nazwa całego ruchu, który w ubiegłym tygodniu przejął pełnię władzy w Sanie.

Liderzy tego ruchu od początku podkreślali, że nie chodzi im o religię, że ich cele mają charakter społeczny: koniec z dyskryminacją prowincji i niesprawiedliwym podziałem dochodów z ropy. Tylko że dziś na Bliskim Wschodzie wszędzie przykładana jest ta sama kalka: sunnici, szyici, wojna. Niuanse już dawno przegrały z budowaniem wielkich tożsamości i obrazu wroga. Te często sztuczne podziały rozkręcane są przez dwa największe mocarstwa regionu: sunnicką Arabię Saudyjską i szyicki Iran. To one dzielą region na swoje strefy wpływów.

Jemen nie jest tu wyjątkiem. Najpierw Saudowie zaczęli wspierać rząd w Sanie w walce z zaidytami (w zasadzie szyitami). Zamieszkują oni tereny zaraz przy granicy z Arabią Saudyjską i według Rijadu są tylko narzędziem w rękach Teheranu, który chce destabilizować południową flankę Arabii. Irańczycy z nieskrywaną przyjemnością wpisali się szybko w tę dialektykę i uznali zaidytów za swoich, których trzeba bronić przed sunnitami. Znamienne, że irańskie media państwowe od 2010 r. przestały oskarżać jemeńskich zaidytów o herezję, co im się wcześniej często zdarzało, a zaczęły ich nazywać „szyickimi rebeliantami”.

Najwięcej traci na tym sam Jemen, gdzie nigdy wcześniej podziały religijne nie miały takiego znaczenia. Jak tak dalej pójdzie, miejscowi sunnici i szyici w końcu sami uwierzą, że te importowane etykietki służą do oznaczania celu ataku. Nastąpi dalsza radykalizacja nastrojów, pogłębienie podziałów religijnych – jemeńska Al-Kaida nie mogłaby sobie wymarzyć lepszego scenariusza.

Jedyna chyba nadzieja, że produkcja katu wróci do normy. Roślina ta ma właściwości stymulujące, a w większych ilościach nawet halucynogenne. 90 proc. dorosłych Jemeńczyków żuje liście katu codziennie i po kilku godzinach porannej aktywności, wraz ze zbliżającym się południem, zapada w przyjemny letarg. Robi się miło, wszystko staje się OK.

Kilku zupełnie poważnych jemeńskich socjologów twierdzi, że gdyby nie te liście, nie dałoby się utrzymać spokoju społecznego w kraju. Może więc i zjeżdżający do Jemenu terroryści Al-Kaidy zasmakują w lokalnej tradycji, wyluzują i zostaną muzułmańskimi rastafarianami, czego należy im życzyć.

Polityka 5.2015 (2994) z dnia 27.01.2015; Świat; s. 41
Oryginalny tytuł tekstu: "Kat daje ulgę"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Demonstrancie, pokaż twarz!

Zakazy zakrywania twarzy podczas demonstracji mnożą się nie tylko w państwach autokratycznych, ale też na Zachodzie. Czy możliwa jest demokracja bez anonimowości?

Jędrzej Winiecki
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną