Świat

Trzy słowa do celu

Nie masz adresu, nie istniejesz

Prowincja Sao Paulo, Brazylia Prowincja Sao Paulo, Brazylia Scott Warren/Aurora / Getty Images
Ponad połowa ludzkości żyje bez adresu. Nowoczesność tam do nich nie dociera, bo nie wie którędy.
Slumsy w Bombaju, IndieJohn Downer/Getty Images Slumsy w Bombaju, Indie
Pustkowie Puszczy BiałowieskiejStrombbringer76/Wikipedia Pustkowie Puszczy Białowieskiej

Posiadanie własnego – i czytelnego – adresu pocztowego nie wydaje się luksusem. Ale pół wieku gwałtownej urbanizacji spowodowało, że miasta nie nadążają z przypisywaniem ludziom miejsca na Ziemi. To, co na urzędniczych mapach wygląda jak pustka przedzielona kilkoma ulicami, w rzeczywistości może być już zatłoczoną dzielnicą z tysiącami domów i alejek.

4 z 7 mld mieszkańców globu w sposób nieformalny, zwyczajowy określa miejsce, gdzie żyje. Intuicja podpowiada, by orientować się w przestrzeni dzięki wyraźnym punktom odniesienia. W Szanghaju są nimi cudaczne drapacze chmur, w Ghanie – kwitnące mangowce, w Dubaju – nowe stacje metra, a w Bejrucie – architektoniczne fantomy, np. słynne przed wojną domową kina, których dziś już nie ma.

W wielu współczesnych miastach gubią się nawet starzy wyjadacze: dostawcy warzyw, śmieciarze i gazeciarze. Taksówkarze błądzą, szukając wskazanego adresu, neonu czy straganu, przy którym powinni czekać klienci. Stygną niedostarczone na czas falafle, obłożone lodem ryby psują się w upale, zagubione przesyłki po tygodniach wracają do nadawców. Około 28 proc. wszystkich kosztów ponoszonych przez firmy przewozowe i dostawcze na świecie to straty spowodowane złym adresowaniem.

I nie jest to wyłącznie problem państw rozwijających się – kurierzy z zimną pizzą kręcą się bezradnie po ciasnych zaułkach Londynu albo ciągnących się przez 30 mil kalifornijskich alejach, szukając domu o numerze 67 240.

Bez klarownej sieci adresowej miasto nie może być miastem, nie jest bowiem w stanie wywiązać się z podstawowych zadań wobec obywateli. Jak wysłać karetkę do miejsca, którego nie ma na mapie? Jak odbierać nieczystości z nieoznakowanych domów? Jak kierować patrole policyjne w ulice niemające nazw? Wreszcie – jak pobierać podatek od niezarejestrowanych, nieskatalogowanych nieruchomości?

Miliony niewidocznych

Gdy setki milionów Hindusów głosują w wyborach parlamentarnych, światowe media nagłaśniają wielkie „ćwiczenia z demokracji”. Ale równocześnie miliony niewidocznych Hindusów nie mogą się zarejestrować na listach wyborczych, bo jedyny adres, jaki mają, to domek sklecony z cegieł na tyłach dworca albo foliowy namiot rozpięty pod murem.

Całkowity niemal brak adresowania jest też wielkim problemem Afryki. Gdy w połowie lat 60. jej państwa uzyskiwały niepodległość, miasta obejmowały zaledwie 20 proc. ludności. Dziś populacja kontynentu jest zurbanizowana już w połowie, a nielegalne budownictwo rozlewające się na przedmieściach nigdy nie zostało wpisane do rejestrów.

W Ghanie rozporządzenie prezydenta Johna Mahamy właśnie porządkuje rzeczywistość – mieszkańcy w konsultacjach wybierają nazwy ulic, władze mają 18 miesięcy na wyprodukowanie oznaczeń. W stolicy kraju – Akrze – zidentyfikowano już 4 tys. ulic. Ghańczycy śpieszą się, bo brak adresu nie pozwala im założyć konta w banku, dlatego tak szybko w Afryce rozwijają się finanse telefoniczne – miliony ludzi odkładają oszczędności na kontach komórkowych, bo banki nie chcą ich obsłużyć.

Problemy z adresami to jednak nie tylko specyfika biednych krajów. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które w ciągu czterech dekad zmieniły pustynie w gigantyczne place budowy, dotarcie z punktu A do B jest codziennym problemem. W Dubaju pocztę dostarczali najpierw Hindusi na wielbłądach, potem utworzono skrzynki, do których przyjeżdżało się samodzielnie odebrać przesyłki, oficjalnie usługi pocztowe ruszyły dopiero w 2001 r. Kurierzy i taksówkarze radzą sobie na głównych ulicach, ale zagadką pozostają ukryte za nimi labirynty uliczek oznaczonych plątaniną cyfr i liter. Rząd popiera więc korporację Uber, która pozwala zamawiać taksówkę według współrzędnych z GPS. I wdraża właśnie aplikację Makani (arab. – moja lokalizacja), która łączy każdy budynek ze współrzędnymi poprzez 10-cyfrowy kod.

Cierpią Tokio i Londyn

Po technologie sięgają też Japończycy, którzy właściwie nie korzystają z adresów. Ich domy numerowane są nie według ulic, lecz sąsiedztw i przecznic, a do tego chronologicznie – w kolejności powstawania, co znaczy, że obok budynku z numerem 4 stoją 73 i 22. Dlatego 40 mln mieszkańców aglomeracji Tokio, wskazując drogę, tworzy skomplikowane poematy z wykorzystaniem automatów z napojami, drzew, sklepików i latarni.

Ale już niedługo, o ile powiedzie się projekt Tokio Ubiquitous Network, budynki w stolicy Japonii będą „mówić” ludziom, gdzie są. Ambitny plan zakłada instalację mikrokomputerów we wszystkich budynkach i obiektach tak, by każdy mógł komunikować się z nimi przez smarftony i uzyskiwać informacje dotyczące lokalizacji, ale też świadczonych usług i wydarzeń.

Z braku dobrych map cierpi również Londyn, pełen krętych uliczek, zawracających nagle lub kończących się ślepo. Większość mieszkańców i turystów trzyma się jedynego pewnika – ikonicznej mapy metra, a zamiast pieszo docierać do biur i sklepów, niepotrzebnie do nich jeździ, przeciążając stacje i pociągi. Aż 86 proc. osób przechodzących przez Oxford Street nigdy nie skręca w boczną uliczkę!

Dlatego niewielka firma Applied porozumiała się z zarządem transportu i stworzyła program Legible London (czytelny Londyn). System znaków drogowych dla pieszych – przejrzystych i opisanych map bliskiej okolicy – został ustawiony w wielu punktach miasta, ma też wersje mobilne. Efekt? Gubi się o połowę mniej ludzi, a czas dotarcia na piechotę do celu skrócił się o 30 proc.

Catherina Farvacque-Vitkovic w opracowanej przy wsparciu Banku Światowego książce „Adresowanie ulic i zarządzanie miastami” zwraca uwagę, że nazewnictwo ulic to jedynie narzędzie, które ma pomóc miastom w zintegrowaniu się. Autorka przekonuje, że to krok ku inteligentnym miastom, które nie tyle gromadzą mieszkańców, ile odpowiadają na ich potrzeby i pozwalają się rozwijać. Tylko jak zrobić ten krok w skali globu, a nie w bogatych aglomeracjach, jak Tokio czy Londyn?

What3Words

Dwa lata temu Brytyjczyk Chris Sheldrick wpadł na banalnie prosty pomysł, by precyzyjnie zaadresować świat, cały świat. Wraz z kolegami stworzył system What3Words (ang. – jakie trzy słowa), który każdemu miejscu na globie przypisał adres złożony z losowo dobranych trzech wyrazów.

Unikatowe adresy ma już wszystko: od Empire State Building po środek Oceanu Spokojnego. What3Words podzieliło powierzchnię globu gęstą siatką 57 trylionów kwadratów o wymiarach trzy na trzy metry. Każdemu z nich algorytm przyporządkował unikatową kombinację słów, np. „dział zagraniczny POLITYKI” pracuje pod adresem: trumpet.mattres.pulse (trąbka.materac.tętno), a prawy czubek molo w Sopocie – fuzzy.tins.binders (puchaty.puszki.segregatory).

Darmową aplikację przyjmie każdy smartfon – zajmuje tylko 10 MB pamięci i działa bez dostępu do internetu. Można też korzystać z serwisu w wyszukiwarkach internetowych. A trzy słowa podać dalej w SMS, przez Facebooka czy na Twitterze.

What3Words to uproszczony mechanizm korzystania z GPS i tradycyjnych współrzędnych. Różni się tym, że zamiast skomplikowanego ciągu liter i liczb określa wysokość nad poziomem morza oraz długośći i szerokość geograficzną trzema słowami. To tyle, ile ludzki mózg zapamiętuje niemal perfekcyjnie. Nowy globalny system adresowy działa podobnie jak Mapy Google. Ale te mapy są dziurawe – świetnie sprawdzają się w odniesieniu do dobrze oznaczonych budynków czy ulic. Co, jeśli chcemy odnaleźć płot rozdzielający dwie farmy w Argentynie? Albo dowieźć przesyłkę do domu w kenijskiej wiosce? Lub odnaleźć najbliższą pompę z wodą?

Adres już jest

What3Words ma tę przewagę, że opisuje świat wszędzie tam, gdzie ludzie nie utworzyli adekwatnych adresów i gdzie nie ma niczego charakterystycznego. Na przykład, gdy chcemy umówić się na spotkanie na wielkim Stadionie Narodowym w Warszawie, wystarczy wskazać trzy słowa określające konkretną jego bramę. A zamiast poszukiwać przyjaciół na festiwalu Open’er i umawiać się z nimi „pod tym różowym balonem obok namiotu dla mediów, trochę na prawo od toi-toiów”, wystarczy wysłać trzy słowa, dzięki którym namierzą nas w tłumie pod sceną z dokładnością do 9 m kw.

Żadne dwa miejsca nie zostały nazwane tak samo. Lokalizacje bardziej popularne, np. dworce czy skrzyżowania, zyskały adresy złożone z krótszych, łatwiejszych do zapamiętania słów. Natomiast pustkowia czy niezamieszkane góry adresowane są trudniejszymi wyrazami.

Wielką zaletą sekwencji trzech słów jest to, że zostały one już przypisane wszystkim miejscom na świecie. Zarówno istniejące, jak i przyszłe slumsy Brazylii lub betonowe wieżowce Korei Południowej de facto mają już adres. Nie trzeba pieniędzy ani czasu na stworzenie systemu, wystarczy spróbować istniejącego.

Sheldrick zapewnia, że jego pomysł – choć wywraca do góry nogami istniejące rozwiązania – w praktyce okazuje się od nich dużo prostszy. Jak wszystkie genialne rozwiązania, ma szansę albo zrewolucjonizować globalną geografię, albo zgasnąć. Na razie radzi sobie nieźle.

Trzy słowa o wodzie

Na współpracę z brytyjskim start-upem zdecydował się już rząd Norwegii – oficjalny państwowy urząd odpowiadający za tworzenie map i rejestru nieruchomości ma internetowy serwis norgeskart.no i posługuje się sekwencjami trzech słów.

Zastosowanie What3Words wydaje się doskonałym rozwiązaniem również dla organizacji humanitarnych. Pomogłoby precyzyjnie dostarczać pomoc podczas katastrof naturalnych. Niedawne trzęsienie ziemi w Nepalu uświadomiło, jak tragiczne konsekwencje ma brak aktualnych map – tworzone były ad hoc, dzięki przekierowaniu satelitów i współpracy wielu internetowych ochotników.

Tymczasem w Tanzanii What3Words wspólnie z Bankiem Światowym tworzy precyzyjną mapę ujęć wody. Zaś w Rio de Janeiro współpracuje z organizacją Carteiro Amigo (Przyjazny Listonosz) i pomaga dostarczać pocztę w faweli Rocinha. Trwa także program pilotażowy w kilku międzynarodowych bankach. Jeśli się powiedzie, pozwoli zakładać konta osobom dotąd niespełniającym formalnych wymogów.

What3Words jest i ma pozostać bezpłatny dla użytkowników. Jego twórcy zarabiają, udostępniając technologię firmom komercyjnym. Nam zaś dają niedrogą szansę, byśmy na własny użytek zmienili nazwy ulubionych adresów. Za jedyne 1,5 dol. rocznie amerykański prezydent Barack Obama może przemianować Biały Dom przy 1600 Pennsylvania Avenue choćby tak: great.president. winner (wielki.prezydent.zwycięzca).

Bilet do nowoczesności

Brak adresu oznacza życie bez nowoczesności – z dala od szpitali, urzędów i miejsc pracy, przy nieutwardzonej drodze, którą nie kursuje żaden autobus, z nieregularnymi dostawami prądu i wody. Ktoś, kto nie posiada zameldowania lub choć stałego miejsca pobytu, ma nikłe szanse na poważną posadę. Żyje i pracuje często w szarej strefie, istnieje w mieście jako cień.

Posiadanie adresu to często ostatnie z niezrealizowanych marzeń tych, którzy ogromnym wysiłkiem zbudowali domy na nieprzystępnych podmiejskich zboczach czy bagniskach, podciągnęli wodę, prąd, zorganizowali wywóz śmieci i żłobki, a wąskie alejki i domy oznaczyli kodem czytelnym tylko dla miejscowych.

Dopóki nie otrzymają oficjalnego adresu, nie zostaną uznani za legalnych obywateli miejskiego uniwersum. Te kilka liter i cyfr stanowi więc bilet do nowej tożsamości. Ona zaś składa się z wszystkiego, co powinno zapewnić miasto: połączonych przestrzeni, wymiany i komunikacji. W połowie XXI stulecia już 70 proc. ludzi będzie żyć w miastach. Ilu z nich na niby?

W skomplikowanym i zmieniającym się świecie posiadanie własnego miejsca do życia pozostaje uniwersalnym marzeniem. Teraz towarzyszy mu nowe – nie wystarczy mieć dom, ludzie szczęśliwi mają także adres.

Polityka 31.2015 (3020) z dnia 28.07.2015; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Trzy słowa do celu"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Wybuchowe wesele. Zostali bez domu i z kredytem na całe życie

W jednej chwili wesele Wawrzyniaków zamieniło się w koszmar. Każdego dnia nurtuje ich pytanie: jak tu obchodzić rocznicę?

Norbert Frątczak
18.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną