Czy katastrofa w Egipcie zaszkodzi Putinowi?
Z dnia na dzień coraz więcej wskazuje na to, że tragedia rosyjskiego Airbusa nad Półwyspem Synajskim była skutkiem zamachu terrorystycznego.
Władimir Putin osobiście zabrał głos w sprawie tragedii dopiero po dwóch dniach.
Twitter

Władimir Putin osobiście zabrał głos w sprawie tragedii dopiero po dwóch dniach.

W sobotę, 31 października, nad Półwyspem Synajskim w Egipcie doszło do katastrofy przewożącego turystów rosyjskiego airbusa tanich linii Kogałymawia (Metrojet), zginęły 224 osoby. Tragedia, największa w historii rosyjskiego lotnictwa, wstrząsnęła Rosjanami.

Władimir Putin osobiście zabrał głos w sprawie tragedii dopiero po dwóch dniach, w poniedziałek. W kolejnych dniach rosyjscy urzędnicy, przedstawiciele służb specjalnych i różnych oficjalnych struktur przekonywali, że zamach nie jest główną wersją śledztwa. Nawet gdy w piątek, w ślad za Brytyjczykami, Rosjanie odwołali loty do Egiptu, rzecznik Kremla tłumaczył, że nie jest to związane z możliwym aktem terrorystycznym.

Ogłoszoną tuż po katastrofie przez egipskich islamistów związanych z tzw. Państwem Islamskim deklarację o zestrzeleniu samolotu uznano za nieprawdopodobną – terroryści z pewnością nie dysponowali sprzętem, który by to umożliwił. Coraz więcej wskazuje jednak na wersję wybuchu na pokładzie – ktoś mógł wnieść bombę do samolotu jeszcze przed jego startem.

Wstrzemięźliwość rosyjskich władz w ocenach przyczyn tragedii nie wynika wyłącznie z przywiązania do faktów i procedur. Jeśli potwierdzi się, że na pokładzie doszło do zamachu terrorystycznego, Kreml może stanąć przed poważnym kłopotem – jak przekonać Rosjan, że nie była to odpowiedź na rosyjskie zaangażowanie wojskowe na Bliskim Wschodzie. Dmitrij Pieskow, rzecznik Władimira Putina, mówił już kilka dni temu, że „to różne kwestie, których nie należy ze sobą wiązać”.

Rozpoczęta 30 września rosyjska operacja militarna w Syrii – oficjalnie skierowana przeciwko terrorystom z Państwa Islamskiego – była w oczach obywateli wyłącznie pasmem sukcesów. To właśnie rosyjskie zaangażowanie w nowym regionie świata, pokaz siły bojowej i jej skuteczności (według mediów bardzo wysokiej) miały sprawić, że notowania Władimira Putina osiągnęły rekordowy poziom 89,9 proc. Ten wynik to dla Putina sukces i pułapka jednocześnie. Sukces – bo można ich używać jako dowodu społecznego poparcia. Pułapka – bo z punktu widzenia Kremla notowania mogą tylko rosnąć.

Dotychczas, mimo głośnych deklaracji Kremla i przechwałek rosyjskiego Ministerstwa Obrony dotyczących licznych zniszczonych celów PI, to nie dżihadyści byli głównym celem ataków. Według różnych szacunków obiekty związane z nimi to zaledwie od 10 do 20 proc. celów rosyjskich nalotów. Ale z punktu widzenia Rosjan wojna toczy się wyłącznie w telewizji i tak długo, jak tam jest zwycięska, będą zadowoleni i będą ją popierać. To może się jednak zmienić, jeśli poczują, że ta wojna może się stać realna. A potwierdzenie wersji o zamachu niesie właśnie takie zagrożenie.

Paradoksalnie zamach terrorystyczny zorganizowany przez Państwo Islamskie potwierdziłby rosyjską wersję, głoszącą, że właśnie z tą organizacją Moskwa walczy na Bliskim Wschodzie, choć nie jest ona zgodna ze stanem faktycznym. Jednak dla Władimira Putina i dla rosyjskich władz potwierdzenie wersji o zamachu to zła wiadomość.

W dotychczasowej karierze politycznej Władimir Putin niejednokrotnie mierzył się z zamachami terrorystycznymi. W 1999 r. wybuchy domów mieszkalnych w Moskwie, Bujnaksku i Wołgodońsku stały się przyczynkiem do drugiej wojny czeczeńskiej, która wyniosła nieznanego wcześniej Putina do władzy. Dubrowka i Biesłan były porażką państwa i kompromitacją służb specjalnych, ale w ostatecznym rozrachunku nie zagroziły Putinowi. Zwłaszcza ten drugi zamach w północnokaukaskiej szkole posłużył prezydentowi do umocnienia władzy. Putin wykorzystał go do odwołania wyborów gubernatorów, do konsolidacji władzy centralnej w imię skuteczniejszego zapobiegania zagrożeniom.

Po katastrofie nad Synajem Władimir Putin milczy lub dozuje swoje komentarze, bo – jak niejednokrotnie już dowiódł – nie czuje się komfortowo w sytuacjach, których nie kontroluje.

Na Kremlu trwają jednak zapewne gorączkowe przygotowania do nowej kampanii informacyjnej, której celem będzie przynajmniej zneutralizowanie negatywnego efektu, a kto wie – może nawet przekucie tej porażki w kolejny „sukces”.

Co władze mogą powiedzieć obywatelom? Że „zamach jest tylko dowodem tego, że decyzja o interwencji była słuszna. Czyż prezydent i jego generałowie nie ostrzegali, że jest tylko kwestią czasu, zanim Państwo Islamskie zwróci się przeciwko Rosji i jej obywatelom? Rosja powinna uderzyć we wroga ze wzmożoną siłą, zniszczyć go tak, jak kiedyś zniszczyła terroryzm na Kaukazie Północnym”.

I jeszcze jedno – Rosja może wykorzystać taką sytuację do zbliżenia z Zachodem. Zamach radykalnych islamistów może także wpłynąć na stosunek do Rosji wśród innych państw walczących z kalifatem lub postrzegających go jako zagrożenie współczesnego świata.

Justyna Prus jest analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną